fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Bogusław Chrabota: Mury nas nie obronią

Wikipedia
Kiedy się ogląda pozostałości po Chińskim Wielkim Murze, niełatwo się uwolnić od natarczywej refleksji o absurdalności całej tej konstrukcji. Bo przecież trudno sobie wyobrazić, że obrona tak potężnego wału w ogóle była możliwa.

Poważny najeźdźca miał w arsenale tysiąc metod, by pokonać umocnienia. Znane doskonale były balisty, w powszechnym użyciu tarany i drabiny, była na koniec taktyka, na przykład pozorowanego ataku. Ludy Wielkiego Stepu, Hunowie czy później Mongołowie umieli symulować natarcie, by odwrócić uwagę obrońców od swego prawdziwego celu. Jednocześnie przeprowadzali prawdziwy atak 100 mil dalej na wschód czy na zachód i pokonywali umocnienia bez większych problemów.

Niby to jasne, a jednak mur budowano na przestrzeni 20 wieków, od czasów pierwszych cesarzy, aż po późną dynastię Ming. Budowano konsekwentnie, co musi świadczyć o skuteczności tego typu idei obronnej. Całe północne i zachodnie Chiny są pełne pozostałości po konstruowanych przed wiekami murach i wałach. To zarazem dowód, że legenda o jednym ciągłym murze jest nieprawdziwa. Mur to dziesiątki rozproszonych fortyfikacji z różnych okresów. Co więcej, idea muru nigdy nie stanowiła chińskiej wyłączności. Podobne umocnienia budowali w tym samym czasie również Rzymianie. Najsłynniejszym był Mur Hadriana, na północnym limes w Brytanii, który chronił rzymskie prowincje przed najazdami wojowniczych Piktów z górzystych terenów dzisiejszej Szkocji. Rzymianie nie poprzestali na Murze Hadriana. Podjęli dalszą ekspansję i kolejny zdobyty teren odgrodzili od terenów barbarzyńskich nowym Murem Antonina. Obie fortyfikacje przegradzały wyspę liniami obronnymi o długości ponad 100 i 60 kilometrów. Piszę „fortyfikacje", bo mur nie był jedynie wałem, a skomplikowanym zespołem umocnień z basztami, zamkami i zapleczem stacjonujących w cieniu umocnień garnizonów. Podobnie zresztą wyglądał Mur Chiński.

Do dziś na pustyni Gobi podziwiać można potęgę glinianych zamków chroniących wielotysięczną załogę muru. Strażnicy imperium byli świetnym, doskonale zorganizowanym i skutecznym wojskiem, którego trzon tworzyły szybkie oddziały kawalerii. To dlatego mur był skuteczny. Chronił przed bandami włóczęgów, które nie potrafiły sforsować muru, ale kiedy u jego podnóża stawała potężniejsza siła militarna, wygrywała (lub przegrywała) logistyka, a więc duża mobilność większych jednostek.

Bywały mury także w nowożytnej Europie (najdłuższy, który przetrwał do dziś, znajdziemy nieopodal miejscowości Ston w Chorwacji), ale nasza rodzima strategia bezpieczeństwa od czasów rzymskich opierała się jednak bardziej na sojuszach niż na monstrualnych projektach obronnych. Czy to kwestia braku odpowiednich zasobów, czy ukształtowaniu terenu, filozofia obronności w Europie polegała na odstraszaniu: nie zaczynaj z małym, bo oberwiesz od jego sojusznika – dużego. Skuteczność tej metody? Równie mała, a może nawet mniejsza od budowy murów. Historia Europy od niepamiętnych czasów to ciągłe utarczki, zmienne sojusze, niekończące się konflikty i marzenia o pax dei.

Ale i ten okres przeszedł do historii. Od czasów kongresu wiedeńskiego (Napoleon pokazał, jak wyniszczająca może być nawet najkrótsza kampania wojenna) sojusze stały się trwalsze, a wojny rzadsze. W końcu wygrała (chyba) technologia. I ona położyła kres wojowniczym tradycjom. Tym, co najbardziej spaja sojusze i chroni przed konfliktem zbrojnym, jest wyobrażenie jego współczesnych skutków. Ma w tym swoje znaczenie instynkt zachowawczy. Dobrze wiemy, czym może się skończyć konflikt nuklearny i robimy wiele (wszystko?), by do niego nie dopuścić. Życie uczy, że – paradoksalnie – najlepiej schronić się pod skrzydła najsilniejszych. Wtedy jest się silnym ich siłą. Polska kuli się jak pisklę w cieniu skrzydeł potęgi nuklearnej, jaką jest NATO. To jedyny gwarant naszego bezpieczeństwa, jedyny i bezalternatywny. Śmieszne jest więc z natury rzeczy samodzielne prężenie muskułów czy wywijanie szabelką. Albo wojownicze okrzyki kierowane do sojuszników. O sile krajów rozstrzyga ich potencjał. Nasz jest w skali świata niewielki, więc liczy się tylko NATO. I nawet jeślibyśmy wzorem dzisiejszych budowniczych murów Trumpa czy Orbána wierzyli, że coś nam da budowanie takich czy innych ogrodzeń, o naszym bezpieczeństwie decyduje brutalna gra superpotęg. Szczęśliwym zrządzeniem losu współtworzymy jedną z nich. I niech tak pozostanie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA