fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Obława augustowska: Mały Katyń

Rosjanie do dzisiaj nie chcą wyjawić, dokąd NKWD wywiozło Polaków aresztowanych podczas obławy augustowskiej i gdzie znajdują się ich groby.
Agencja Wschód/Reporter, Michał Kość
To był największy masowy mord dokonany na Polakach po zakończeniu II wojny światowej. Podczas obławy augustowskiej Sowieci rozstrzelali około 600 osób. Ich mogił wciąż nie odnaleziono.

21 lipca 1945 r. Wiktor Abakumow, szef Głównego Zarządu Kontrwywiadu (GUKR) SMIERSZ, za pomocą szyfrogramu zameldował swojemu zwierzchnikowi, narkomowi spraw wewnętrznych Ławrientijowi Berii, wykonanie zadania: „Zgodnie z Waszym poleceniem został przeze mnie 20 lipca rano skierowany samolotem do miasta Treuburg [dziś Olecko – przyp. aut.] pomocnik naczelnika GUKR SMIERSZ generał-major Gorgonow z grupą funkcjonariuszy kontrwywiadu dla przeprowadzenia likwidacji aresztowanych w lasach augustowskich bandytów. (...) Wojskami 3. Frontu Białoruskiego w dniach od 12 do 19 lipca przeczesano te lasy, zatrzymano 7049 ludzi. Po sprawdzeniu wypuszczono 5115 ludzi, spośród pozostałych 1934 zatrzymanych wykryto i aresztowano jako bandytów 844 ludzi, w tym 252 Litwinów, którzy mieli związki z formacjami bandyckimi na Litwie i zostali przekazani miejscowym organom NKWD-NKGB Litwy. (...) Zatem liczba aresztowanych na 21 lipca br. wynosi tylko 592 ludzi, a zatrzymanych, którzy są sprawdzani, 828 ludzi. (...) Jeśli uznacie za zasadne przeprowadzenie operacji w tym stanie rzeczy, to likwidację bandytów zamierzamy przeprowadzić w następujący sposób: 1. Wszystkich wykrytych bandytów w liczbie 592 ludzi zlikwidować. W tym celu zostanie wydzielony zespół operacyjny i batalion wojsk Zarządu SMIERSZ 3. Frontu Białoruskiego. (...) Pracownicy operacyjni i zestaw osobowy batalionu będą doskonale poinstruowani o zasadach przebiegu likwidacji bandytów. (...) 3. Odpowiedzialność za przeprowadzenie likwidacji zostanie rozłożona na pomocnika naczelnika Głównego Zarządu SMIERSZ generała-majora Gorgonowa i naczelnika Zarządu Kontrwywiadu 3. Frontu Białoruskiego generała porucznika Zielenina. Towarzysze Gorgonow i Zielenin to dobrzy i doświadczeni czekiści i to zadanie wykonają".

Wymienieni w szyfrogramie enkawudziści rzeczywiście okazali się sprawnymi sowieckimi urzędnikami. Żaden z 592 Polaków oddzielonych od reszty aresztowanych podczas obławy nie zobaczył już swoich bliskich.

Rozdrażnieni mordercy

„W połowie lipca 1945 r. z Moskwy do Berlina wyruszył specjalny pociąg. Pociągiem tym na konferencję poczdamską jechał pasażer nr 1 – Stalin. W jego świcie był także narkom spraw wewnętrznych Beria. Na trasie przejazdu podjęto bezprecedensowe środki ostrożności" – pisze w jednej ze swoich książek rosyjski historyk Nikita Pietrow. Według niego właśnie próba oczyszczenia terenu z „polskich bandytów", zanim pojawi się tam pociąg dyktatora, była jedną z istotnych przyczyn przeprowadzenia przez Rosjan obławy augustowskiej. Na każdy kilometr torów miało przypadać 8–10 żołnierzy wojsk wewnętrznych, jeszcze silniejsze posterunki miały stanąć przy mostach. Niejako przy okazji enkawudziści ruszyli także przeczesywać lasy i pacyfikować polskie wsie.

Przejazd sowieckiego dyktatora i jego dworu mógł być bezpośrednią przyczyną obławy, ale wśród dowódców NKWD myśl ta dojrzewała już od dłuższego czasu. Powód był bardzo prosty: na terenie Białostocczyzny i Suwalszczyzny polska partyzantka niepodległościowa szybko rosła w siłę i stawała się prawdziwym utrapieniem dla stacjonującej tu Armii Czerwonej, radzieckich transportów wojskowych, a także dla przedstawicieli siłą narzuconej władzy ludowej.

Sprzyjające warunki terenowe sprawiały, że polska konspiracja była w tych rejonach niezwykle aktywna przez cały okres okupacji, zarówno tej pierwszej – sowieckiej, jak i później, po zajęciu tych terenów przez Niemców. W czerwcu 1944 r. obwód suwalski liczył 3716 zaprzysiężonych żołnierzy. Siły obwodu augustowskiego oceniano na 1260 członków. Znaczne osłabienie akowskiej partyzantki nastąpiło podczas akcji „Burza", kiedy to liczne oddziały ujawniały się wobec Sowietów, by wspólnie z nimi uderzyć na Niemców. Zdezorganizowane po klęsce akcji „Burza" podziemie akowskie w drugiej połowie 1944 r. i na początku 1945 r. było ustawicznie nękane przez oddziały NKWD i SMIERSZ. Tylko na terenie obwodu suwalskiego na początku listopada 1944 r. aresztowały one ok. 90 członków AK, a w połowie stycznia 1945 r. kolejnych 300.

Mimo tych represji Sowietom nie udało się całkowicie zlikwidować polskiej partyzantki, a gdy wiosną 1945 r. front przesunął się daleko na zachód, ponownie się ona uaktywniła. Jeszcze w lutym 1945 r. komendant Białostockiego Okręgu AK (który obejmował także rejon Suwałk i Augustowa), ppłk Władysław Liniarski „Mścisław", nie akceptując rozkazu dowództwa AK o rozwiązaniu organizacji, utworzył Armię Krajową Obywatelską (AKO), która rozpoczęła aktywną walkę z Sowietami i ich agentami. Jedną z najsilniejszych jednostek w Obwodzie AKO Augustów był oddział samoobrony sierż. Władysława Stefanowskiego „Groma" (pod koniec czerwca liczył 120–150 żołnierzy), działały tam także jednostki dowodzone przez ppor. Jana Szumskiego „Snopa", sierż. Wacława Sobolewskiego „Sęka" i ppor. Edwarda Wawiórkę „Skibę". W obwodzie suwalskim największą siłę stanowił kilkudziesięcioosobowy oddział sierż. Józefa Sulżyńskiego „Brzozy". W okolicach tych działały również inne niezależne oddziały.

Według sprawozdania Wojewódzkiej Rady Narodowej w Białymstoku od początku marca do lipca 1945 r. podziemie niepodległościowe w tym województwie przeprowadziło 186 akcji skierowanych przeciwko przedstawicielom władzy komunistycznej. Celem ataku żołnierzy podziemia były przede wszystkim posterunki MO i urzędy gminne. Na terenie powiatu augustowskiego do końca kwietnia 1945 r. zlikwidowano sześć z siedmiu funkcjonujących dotąd posterunków milicji. Podobne sukcesy podziemie odniosło w powiecie suwalskim, gdzie do lipca 1945 r. rozbito osiem takich placówek. Zamarła także praca sterroryzowanych urzędników gminnych. Przedstawiciele nowej władzy bali się wystawić nos poza większe, dobrze strzeżone miejscowości. Podczas pacyfikacji posterunków MO w ręce partyzantów dość często wpadały listy agentów i współpracowników NKWD i UBP. Dla wielu z nich oznaczało to wyrok śmierci. Nic więc dziwnego, że władza ludowa słała do swoich moskiewskich mocodawców alarmujące telegramy, w których błagała o interwencję i zrobienie porządku z „leśnymi bandami".

W pewnym momencie prośby te zaczęły padać na podatny grunt, ponieważ odradzające się polskie podziemie stawało się coraz większym zagrożeniem również dla samych Sowietów. We wspomnianym już sprawozdaniu Wojewódzkiej Rady Narodowej w Białymstoku odnotowano, że w ciągu kilku miesięcy z rąk polskiej partyzantki zginęło 45 żołnierzy i oficerów Armii Czerwonej, a 42 zostało uprowadzonych.

Ale to nie straty w ludziach wywołały największy gniew władców Kremla. Dużo bardziej niepokoiły ich coraz częstsze ataki na transporty wojskowe. Augustowszczyzna leżała bowiem na szlaku przerzutowym łupów wojennych, które Armia Czerwona i NKWD zrabowały w Prusach Wschodnich. Dotyczyło to m.in. zagarniętych tam stad bydła, które potem przepędzano na wschód. Dużym echem odbiła się m.in. akcja oddziału „Groma", który w maju 1945 r. na szosie grodzieńskiej przechwycił ok. 350 trofiejnych krów, które czerwonoarmiści pędzili do ZSRR. O atakach na konwoje stad bydła ludowy komisarz spraw wewnętrznych ZSRR Ławrientij Beria meldował 29 maja 1945 r. Józefowi Stalinowi. Według dr. Jerzego Milewskiego z IPN Beria obiecał wtedy dyktatorowi podjęcie specjalnych kroków w celu ochrony transportów.

Część historyków (np. dr Piotr Łysakowski z IPN) nie zgadza się jednak z teorią, że obława augustowska była efektem spontanicznego działania Sowietów w odpowiedzi na akcje polskiego podziemia. Według nich był to raczej precyzyjnie zaplanowany mord, podobny do zbrodni katyńskiej, który miał na celu wyeliminowanie najbardziej wartościowych i antysowiecko nastawionych jednostek na terenie Suwalszczyzny.

Pierwsze uderzenie nastąpiło jeszcze w maju 1945 r. Kapitulacja III Rzeszy dała Rosjanom możliwość przerzucenia na Suwalszczyznę dodatkowych jednostek Armii Czerwonej i NKWD. Oddziały te, wykorzystując informacje agenturalne, przystąpiły do aresztowań i operacji skierowanych przeciwko członkom podziemia. Władysław Liniarski „Mścisław", komendant okręgu AK, a później Delegatury Sił Zbrojnych w Białymstoku, słał alarmujące listy do rządu w Londynie. W jednym z nich napisał: „Do miast i miasteczek na terenie województwa białostockiego przybyły bataliony wojsk NKWD, które zakwaterowano w szkołach i większych budynkach murowanych. Przygotowano dużą ilość piwnic jako więzienia. (...) Akcja zakrojona na dużą skalę, są masowe aresztowania. W czasie obław, zwykle z rana, wsie są otaczane wojskiem NKWD z bronią maszynową i kto chroni się ucieczką, jest na miejscu mordowany". Najgorsze miało jednak dopiero nadejść.

Obława

Na początku czerwca 1945 r. na rozkaz Stalina Sztab Generalny opracował szczegółowy plan akcji, która w historiografii znana jest jako obława augustowska lub obława lipcowa. Od 10 lipca 1945 r. regularne oddziały Armii Czerwonej należące do 3. Frontu Białoruskiego i jednostki 62. Dywizji Wojsk Wewnętrznych NKWD (w tym 385. Pułk Strzelecki Wojsk Wewnętrznych NKWD) rozpoczęły systematyczne przeczesywanie i pacyfikację rozległego przygranicznego rejonu położonego na skraju Puszczy Augustowskiej.

Jednostki sowieckie były wspomagane przez 110-osobowy pododdział 1. Praskiego Pułku Piechoty oraz miejscowych funkcjonariuszy UB. Wśród tych ostatnich znalazł się m.in. późniejszy minister spraw wewnętrznych, członek Biura Politycznego i sekretarz Komitetu Centralnego PZPR Mirosław Milewski. Człowiek ten, który całe swoje życie poświęcił obronie interesów ZSRR w Polsce, właśnie od tego momentu zaczął szybko piąć się po szczeblach partyjnej kariery. Podczas obławy pomagał enkawudzistom w przeprowadzaniu przesłuchań zatrzymanych, a te – podobnie jak cała akcja – były niezwykle brutalne.

„Szli tyralierą. Skrupulatnie przetrząsali zagajniki i zarośla. Zabierali ludzi z łąk, wyganiali z chałup. Jednych aresztowano, bo na listach sporządzonych przez konfidentów figurowali jako członkowie AK. O losie innych decydował przypadek" – piszą w swojej książce „Nie tylko Katyń" Ireneusz Sewastianowicz i Stanisław Kulikowski.

Wszyscy świadkowie obławy podkreślają złowrogą rolę donosicieli w całej akcji. Co gorsza, wielu z nich było później dumnych ze swoich dokonań. W archiwach IPN odnaleziono na przykład donos Izydora Wutowicza do WUBP w Białymstoku z sierpnia 1952 r., w którym podkreślał on: „Będąc na terenie gm. Lipsk pow. Augustów w 1945 r. wspólnie z NKWD ścigałem miejscowych bandytów spod znaku AK, gdyż w tym czasie współpracowałem z NKWD". Konfidenci, ale także funkcjonariusze MO i UB, wskazywali osoby kwalifikujące się do aresztowania, pełnili funkcję przewodników i tłumaczy, asystowali przy brutalnych przesłuchaniach. Jedną z ofiar obławy, Tadeusza Pietrołaja, aresztował jego szkolny kolega Roman Dyndo, będący wówczas funkcjonariuszem PUBP w Suwałkach.

Jednostki sowieckie w wielu wypadkach natrafiały na silny opór oddziałów partyzanckich. Dochodziło wtedy do regularnych bitew. Tak było m.in. w okolicach jeziora Brożane, gdzie został rozbity oddział sierż. Władysława Stefanowskiego „Groma". Z kotła wyrwała się jedynie niewielka grupa pod dowództwem sierż. Józefa Sulżyńskiego „Brzozy". Część partyzantów wyłapano w lasach, innych zatrzymywano w ich konspiracyjnych lokalach w miasteczkach i wsiach. Ofiarami obławy nie byli jednak wyłącznie członkowie podziemia niepodległościowego, nierzadko do aresztu trafiali zupełnie przypadkowi ludzie, pacyfikowano całe wsie, nie oszczędzano kobiet, starców i młodzieży. Zofia Rytelska, siostra aresztowanego Stanisława Święcickiego ze wsi Karolin, po latach opowiadała autorom książki „Nie tylko Katyń": „Połowa lipca, śliczna pogoda. Miałam 15 lat. Trzeba było grabić koniczynę. Brat, Stanisław, mówi: »Ty zostań w domu. Pójdę z mamą«. Tam go złapali. Mama płakała, prosiła... »My tolko prawierit dokumenty« – mówili. Wzięli. Z innych wsi też brali, bo dużo ludzi prowadzili. (...) Poszliśmy do Sejn, do magistratu. Dużo ich było napędzono. Na drugi dzień poszłyśmy z siostrą. Płakała. »Niczewo, dziewczonka. On prijdiot doma« – obiecywali. Nie przyszedł". Najprawdopodobniej Stanisław Święcicki podzielił los kilkuset Polaków, którzy po zakończeniu obławy po prostu zniknęli.

Podczas obławy augustowskiej w ręce NKWD można było trafić na różne sposoby: oprawcy zjawiali się w domach, zgarniali ludzi spod kościołów, zatrzymywali na drogach lub podczas prac w polu. Zwykle działali jawnie, ale zdarzało się, że stosowali podstęp. Tak było na przykład we wsi Jaziewie, gdzie zwołano zebranie wiejskie, a potem aresztowano wszystkich jego uczestników.

Zatrzymanych wywożono w różne miejsca i poddawano brutalnemu śledztwu, próbując wyciągnąć od nich nazwiska ukrywających się „bandytów". Polewano ich zimną wodą, sadzano na krześle z gwoździami, bito do nieprzytomności. Podczas całej akcji zatrzymano ponad 7 tys. osób. Po dokładnej rewizji 5115 zwolniono. Dłużej znęcano się nad pozostałą grupą, liczącą 1934 zatrzymanych. Ostatecznie, jak donosił Abakumow w przytoczonym na wstępie dokumencie, 592 osoby zaklasyfikowano jako bandytów i wywieziono w nieznane. Było wśród nich 27 kobiet (w tym jedna ciężarna) i 15 osób niepełnoletnich. Wiele rodzin straciło w jednej chwili nawet po trzy, cztery bliskie im osoby. Nigdy nie otrzymali od nich żadnej informacji, listu, nikt z zatrzymanych nie wrócił po latach z zesłania. Sowieci nigdy nie postawili ich przed sądem, a wszelkie informacje zawsze urywają się wraz z zakończeniem śledztw.

Dlaczego spośród tysięcy zatrzymanych podczas obławy wybrano akurat tych ludzi, w jakim miejscu ich zamordowano, gdzie znajdują się ich mogiły? Do dzisiaj nie znamy odpowiedzi na żadne z tych pytań. Wiele poszlak wskazuje na to, że przynajmniej część ofiar obławy augustowskiej mogła zostać wywieziona w okolice Grodna i zamordowana na terenie tzw. Fortów Grodzieńskich, gdzie wcześniej NKWD przeprowadzało inne masowe egzekucje. Inna hipoteza mówi, że ostatnie miejsce spoczynku znaleźli na poligonie 77. Pułku Piechoty w Lidzie, gdzie w sierpniu 1945 r. NKWD rozstrzelało dużą grupę Polaków.

Bez epilogu

Obława augustowska trwała dwa tygodnie. Zakończyła się oficjalnie 25 lipca 1945 r., choć pojedyncze zatrzymania i śledztwa będące jej pokłosiem zdarzały się nawet kilka tygodni później. Rodziny zaginionych podczas obławy rozpoczęły poszukiwania swoich bliskich niemal od razu po ich zniknięciu. Początkowo największą aktywnością, a także odwagą, wykazali się mieszkańcy gminy Giby, gdzie podczas akcji NKWD zatrzymano aż 90 osób. Wysyłali pisma do władz samorządowych, później do premiera, w końcu specjalna delegacja pojechała do samego Bieruta. Nie udzielono jej jednak żadnych informacji i odesłano z kwitkiem. Nie mogło być zresztą inaczej. W PRL, państwie wasalnym ZSRR, nie można było nawet głośno mówić o tego typu zbrodniach. Kłamano i milczano o Katyniu, w podobny sposób zbywano pytania o zaginionych podczas lipcowej obławy w 1945 r.

Iskierka nadziei na odnalezienie mogił swoich bliskich pojawiła się dopiero w 1987 r., kiedy to Stefan Myszczyński (wśród ofiar obławy było trzech jego braci i ojczym) odkrył nieznane groby przy drodze Rygol – Giby. Ekshumacja wykluczyła jednak, że są to ofiary obławy augustowskiej. W mogile znajdowały się szczątki żołnierzy niemieckich. Wydarzenie to stało się jednak impulsem do wybudowania w Gibach pomnika poświęconego zamordowanym i powstania Obywatelskiego Komitetu Poszukiwań Mieszkańców Suwalszczyzny Zaginionych w Lipcu 1945 r., który zaczął gromadzić materiały związane z akcją NKWD i jej ofiarami. Już w latach 90. zostały one włączone do akt śledztwa, jakie rozpoczęła Prokuratura Wojewódzka w Suwałkach, potem prowadziła Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich, a dziś kontynuuje Instytut Pamięci Narodowej. Wszelkie próby wyjaśnienia tej zbrodni rozbijają się jednak o mur niechęci ze strony Rosjan. Co prawda w odpowiedzi na polski wniosek w 1995 r. rosyjska Główna Prokuratura Wojskowa przyznała, że 592 obywateli polskich trafiło w lipcu 1945 r. w ręce NKWD, ale w podsumowaniu stwierdzono, że „nie przedstawiono im zarzutów, sprawy karne nie zostały przekazane do sądów, a dalsze losy aresztowanych nie są znane".

Przez kolejne 20 lat postawa Rosjan nie uległa zmianie, a dziś są nawet mniej skorzy do współpracy. IPN w ramach śledztwa zwracał się m.in. o pomoc prawną do Rosji. Latem 2013 r. otrzymał od rosyjskiej Prokuratury Generalnej odpowiedź, że realizacja polskich wniosków o pomoc prawną „nie wydaje się możliwa". Rosyjskim czynownikom, którzy dziś, tak jak przed laty, wykonują bez szemrania wszystkie polecenia płynące z Kremla, psują od czasu od czasu humor niezależni rosyjscy badacze, tacy jak wspomniany Nikita Pietrow, który w 2011 r. ujawnił cytowany na początku tekstu szyfrogram Abakumowa, jednoznacznie świadczący o odpowiedzialności Sowietów za mord na setkach Polaków aresztowanych w lipcu 1945 r.

W 2014 r. IPN rozpoczął w różnych miejscowościach województwa podlaskiego akcję pobierania materiału biologicznego do badań DNA od bliskich ofiar obławy augustowskiej. Jeśli w przyszłości uda się odnaleźć miejsce, gdzie spoczywają pomordowani, zebrany materiał ma pozwolić na ich identyfikację. Podejmowane są także próby nawiązania współpracy z władzami Białorusi. Być może w archiwach naszych wschodnich sąsiadów kryją się cenne wskazówki, które pozwolą ostatecznie ustalić miejsce pochówku niewinnych ofiar sowieckich katów. Czas już ku temu najwyższy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA