fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Podwodne skarby

Mechanizm z Antykithiry: starożytny przyrząd zaprojektowany do obliczania pozycji ciał niebieskich, odkryty we wraku obok greckiej wyspy Antykithira 17 maja 1902 r.
Wikipedia
Historia naszej cywilizacji w ogromnej części kryje się pod wodą. Technika umożliwia coraz dokładniejsze badanie tego zaginionego świata. Ale ta sama technika dla zatopionych zabytkowych obiektów stanowi śmiertelne zagrożenie.

Jeśli ktoś żywi przekonanie, że archeologia podwodna to młoda dyscyplina, jest w błędzie. Nawet jeśli włożyć między bajki wyczyny Aleksandra Wielkiego opuszczającego się w głębiny w szklanej klatce, i tak korzenie tej dyscypliny sięgają starożytności, już wtedy nurkowie starali się wydobywać jak najwięcej cennych towarów ze statków, które zatonęły blisko brzegów, w płytkich wodach. Proceder ten „tlił się" nieustannie w toku dziejów, jednak ogromnej dynamiki nabrał w XVI i XVII wieku, gdy z Nowego Świata, z hiszpańskich posiadłości po zachodniej stronie Atlantyku, żaglowce zaczęły przywozić złoto i srebro na Półwysep Iberyjski. Bardzo wiele spośród tych żaglowców poszło na dno w regionie Morza Karaibskiego. Stanowiły nieodpartą pokusę dla amatorów szybkiego i łatwego wzbogacenia się. Jednak to nie nurkowie byli tymi, których wzbogacały wraki.

Dzieje archeologii podwodnej związane są z postępami człowieka w sztuce przebywania pod wodą. Ale to nie pionierzy tej sztuki czerpali z niej zyski, przeciwnie, zarabiali grosze, natomiast tracili zdrowie, a często życie. I nawet nie znamy ich imion.

W beczce do dna

W 1656 r. na rafę Matanilla na Bahamach wszedł żaglowiec „Nuestra Senora de Las Maravillas", przewoził monety. Ekipa nurków i obsługi z hiszpańskiego statku pracowała przez trzy lata, ratując co się da. Indiańscy i murzyńscy nurkowie opuszczali się w głąb morza w dzwonach nurkowych lub po prostu skakali za burtę trzymając w dłoniach wielkie kamienie, które pozwalały im od razu opaść na dno. Tam używali łomów i kotwic na linach, by rozrywać deski poszycia, po czym ładowali srebro i złoto do koszyków, które następnie wyciągano na powierzchnie za pomocą żurawia.

W 1676 r. kapitan Martin Demelgar ponownie rozpoczyna eksploracje „wielkiego wraku", robi to przez trzy lata z pokładu fregaty wyposażonej w dzwon nurkowy, wynajął do tej pracy 25 indiańskich nurków. Pracowałby zapewne dłużej, gdyby w 1679 r. nie przepędzili go piraci, którzy kontynuowali dzieło; „Była to ciężka, żmudna robota wśród ostrych koralowych skał i gnijących desek, toteż nurkowie często wracali na powierzchnię ranni i niezdolni do dalszej pracy" (Benerson Little, „Złoty wiek piratów").

Wydobywanie cennych rzeczy spod wody stało się bardziej efektywne w Europie w XVII stuleciu dzięki wynalazkowi technicznemu, jakim był dzwon nurkowy – początkowo drewniany (pierwotnie nawet zwykła beczka), potem metalowy. Zasada jego działania jest identyczna jak w przypadku szklanki odwróconej do góry dnem i zanurzonej w wodzie; wprawdzie woda wnika do niej, ale tylko częściowo, w górnej części odwróconej szklanki, przy denku, pozostaje poduszka powietrzna; w dzwonie nurkowym jest na tyle duża, że umożliwia oddychanie człowiekowi tkwiącemu wewnątrz. Człowiek ten nie miał oświetlenia, działał po omacku, w ciemności, w przenikliwym zimnie. Nurek, w skórzanej odzieży, w butach z podwójnej skóry nasączonej łojem, wchodził do dzwonu z ołowianej platformy zawieszonej w wodzie na odpowiedniej głębokości na łańcuchach zwisających z grubej belki umocowanej na zewnątrz dzwonu. Warunki pracy w takim urządzeniu potrafiłby oddać chyba tylko sam Alfred Hitchcock w filmie grozy.

A jednak dzięki takiemu dzwonowi udało się latem 1664 i 1665 r. wydobyć większość z 64 dział ze słynnego szwedzkiego okrętu „Vasa" (zatonął w 1628 r.). Osiągnięcie techniczne godne uwagi, zważywszy, że każde działo ważyło niemal tonę, a trzeba je było zdjąć z łoża armatniego i wydobyć przez furtę strzelniczą w burcie.

Kolejne spektakularne osiągnięcie w tej dziedzinie miało miejsce dopiero w XIX wieku, gdy szczelny skafander, miedziany hełm ze szklanym okienkiem, do którego tłoczono powietrze gumowym przewodem, i ołowiane buty, umożliwiły nurkowi chodzenie po dnie i w miarę swobodną pracę. Dzięki takiemu wynalazkowi dwaj Anglicy, bracia Deane, natknęli się w 1836 r., koło portu w Portsmouth, na wrak wspaniałego żaglowca „Mary Rose", chluby marynarki angielskiej (oczka w głowie króla Henryka VIII). Bracia wydobyli działa, muszkiety i wiele sztuk broni białej. Ale niemal wszystkie te okazy pozostały własnością korony brytyjskiej, natomiast nurkowie uzyskali prawo zaledwie do kilku przedmiotów i paru metrów łańcucha, który zresztą pocięli na kawałki i sprzedali jako pamiątki.

W 1900 r. zła pogoda zmusiła grupę poławiaczy gąbek do schronienia się na małej wyspie Antykithira, na północ od Krety. Tam, na głębokości 50 metrów, natknęli się na wrak z II wieku p.n.e. Znaleźli w nim kilkadziesiąt posągów z brązu i marmuru. O znalezisku zawiadomili młodą Republikę Grecką, poszukującą wówczas swoich korzeni. Władze wysłały na miejsce okręt wojenny z zadaniem strzeżenia skarbu, nurków zaś wzięły pod swoja opiekę finansową i technologiczną. Pracowali teraz ubrani w ciężkie skafandry. Z uwagi na głębokość, na jakiej spoczywał wrak, zanurzali się tylko dwa razy dziennie, za każdym razem nie dłużej niż przez pięć minut. Pracowali w ten sposób dziewięć miesięcy. W tym czasie jeden z nich zmarł, dwaj inni zostali sparaliżowani.

Jednak rezultat tej kampanii przeszedł oczekiwania: wydobyto imponującą kolekcję antycznych posągów; jeden z nich, nazwany Młodzieńcem z Antykithiry, jest ozdobą podręczników historii sztuki. Z wraku tego pochodzi także słynny mechanizm, rozpoznany zresztą dopiero wiele lat później. Składa się z 37 kół zębatych z brązu, o średnicy od 1 do 17 cm. Koła, napędzane boczną korbą, poruszały kilkoma wskazówkami. Tarcza z przodu pokazywała ruch Słońca i Księżyca na tle zodiaku oraz używanego wówczas w Grecji kalendarza egipskiego z uwzględnieniem roku przestępnego co cztery lata. Ukazywała też fazy Księżyca. Tarcze z tyłu pozwalały synchronizować kalendarz słoneczny z księżycowym oraz przewidywać zaćmienia Słońca i Księżyca. Poprzez niewspółśrodkowe połączenie dwóch kół mechanizm odtwarzał nawet takie szczegóły, jak nierównomierny ruch Księżyca na niebie, pozwalał też przewidywać momenty wschodów i zachodów ważniejszych gwiazd i gwiazdozbiorów.

Z butlą na plecach

Kolejny przełom nastąpił w czwartej dekadzie XX w. Francuz Yves Le Prieur wypróbował w akwarium zestaw do swobodnego nurkowania: butle ze sprężonym powietrzem umocowane na plecach i ręczny regulator ciśnienia powietrza pobieranego z butli. Le Prieur wyprzedził o kilka lat akwalung skonstruowany przez dwóch innych Francuzów, inżyniera Gagnana i emerytowanego oficera marynarki wojennej Jacques'a-Yves'a Cousteau – zastosowali oni automatyczny regulator ciśnienia, dzięki temu płetwonurek zyskał swobodne ręce, mógł wykonywać pod wodą różne czynności, między innymi delikatnie i precyzyjnie odgrzebywać zabytki w dennym piasku i mule.

W Polsce za moment narodzin archeologii podwodnej można uznać rok 1969. Wtedy w pobliżu toru wejściowego do gdańskiego portu natrafiono na dwa wraki. Z jednego wydobyto 11 dział, 8 z nich sygnowanych herbem oraz inicjałami królów ze szwedzkiej dynastii Wazów; na kilku były daty od 1600 do 1694, na jednym data 1570, a działo było wykonane dla polskiego władcy Zygmunta II Augusta. Wszystkie eksponaty trafiły do Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku (obecnie: Narodowe Muzeum Morskie).

„Drugi wrak okazał się pozostałością średniowiecznego statku, który zatonął na skutek pożaru na prawej burcie wkrótce po wyjściu w morze. Rozgrzana smoła, wylewając się z beczek, szczelnie okryła część ładunku, chroniąc go przed zniszczeniem. Statek wiózł typowe dla średniowiecza produkty eksportowane przez port gdański. Miejscem przeznaczenia były najprawdopodobniej porty zachodnioeuropejskie. Wydobyto między innymi plastry miedzi (stąd wrak ten nazwano miedziowcem), ciosy dębowe różnej wielkości, dębowe klepki do produkcji beczek, beczki wypełnione smołą, dziegciem, rudą żelaza, sztaby żelaza oraz bryły wosku" (Waldemar Ossowski, „Archeologiczne badania podwodne wraka W-32").

Jak wygląda archeologia podwodna teraz? Na przykład trójwymiarowy animowany model wraku statku z pierwszej połowy XIX wieku przygotowało Narodowe Muzeum Morskie w Gdańsku. Wykonano go w ramach prac nad Wirtualnym Skansenem Wraków Zatoki Gdańskiej. Wrak jest reliktem żaglowca z drewna dębowego, długości 30 metrów. Analizy wykazały, że drewno użyte do jego budowy pochodzi z Pomorza Wschodniego. Z wraka wydobyto ponad 140 zabytków, m.in. fragmenty obuwia, naczynia ceramiczne, buteleczkę szklaną, narzędzia ciesielskie, czerpak łyżeczki cynowej oraz fragmenty fajeczek glinianych. Znaczna część wraku zagłębiona jest w dnie, z którego wystają elementy burt sięgające do wysokości pokładu. Stępka wraku znajduje się ponad 2,5 m pod powierzchnią dna. Zdaniem naukowców z Gdańska tego rodzaju modele są nie tylko atrakcyjne wizualnie, ale stanowią uniwersalne i precyzyjne narzędzie pomiarowe dla archeologii podwodnej. Co istotne dla archeologów, metoda pozwala na dokumentowanie wraków także przy bardzo słabej widoczności pod wodą, ograniczonej nawet do mniej niż jednego metra.

Badacze z Narodowego Muzeum Morskiego planują stworzyć trójwymiarową dokumentację archeologiczną wszystkich wraków drewnianych w Zatoce Gdańskiej. Latem rozpoczną się prace na czterech kolejnych jednostkach. Wśród nich znajdą się: wrak XVII-wiecznego okrętu „Solen" oraz XIX-wiecznego barku „Loreley".

Lepiej niż na lądzie

„Przedmioty wydobywane z wraków swą wartością naukową i niezłym stanem zachowania niejednokrotnie przewyższają obiekty odkrywane na stanowiskach lądowych, dlatego archeologia podwodna stała się jedną z ważniejszych i bardziej atrakcyjnych dziedzin nauk historycznych" – napisał dr Jerzy Litwin, dyrektor Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku („Wrak statku General Carleton, 1785"). Bardzo łatwo dowieść prawdziwości tych słów. Wrak został odkryty koło wyspy Batz między wybrzeżami Kornwalii i Bretanii, w pobliżu miasteczka Roscoff, przy zachodnim krańcu La Manche. Statek zatonął między II i IV wiekiem. Płynął z Kornwalii do Rzymu, przewoził 800 sztab cyny o łącznej wadze 5,5 tony. Cyna służyła jako składnik przy produkcji brązu. Pochodzi z kopalń w Kornwalii, o których wspomina Juliusz Cezar w swoich pamiętnikach („O wojnie galijskiej"). Sztabki mają różną wielkość: najmniejsze ważą 500 gramów, największe 34 kilogramy. Można na nich zauważyć pieczęcie w postaci liter i symboli. Część sztabek to stop cyny i ołowiu. W czasach antycznych cyna była na wagę złota, bez tego surowca nie można było odlewać z brązu broni, luksusowych przedmiotów czy pomników.

Metalowe sztaby odkrywane w starożytnych wrakach nie zawsze trafiają do muzeum. W 1998 r. włoski płetwonurek odkrył na głębokości 28 metrów, koło Sardynii, wrak rzymskiego oneraria magna – statku do przewozu wielkich ładunków. Poszedł na dno między 80 a 50 rokiem p.n.e., prawdopodobnie celowo zatopiony przez załogę, aby ładunek nie wpadł w niepowołane ręce. Ten ładunek to 1000 sztabek, każda o wadze 33 kg – łącznie 33 tony ołowiu. Włoski fizyk Ettore Fiorini, pracujący przy projekcie CUORE, postarał się o przekazanie na potrzeby laboratorium 150 takich sztabek, 4950 kg najczystszego na świecie ołowiu, 1000 razy mniej radioaktywnego od współcześnie wydobywanego metalu.

Do osłony takich urządzeń jak CUORE, w których bada się rzadkie cząstki elementarne (Cryogenic Underground Observatory for Rare Events – Kriogeniczne Podziemne Obserwatorium Rzadkich Zdarzeń), najlepiej nadaje się stary ołów, mniej radioaktywny od współczesnego. Wydobywany ołów (także ruda ołowiu) zawiera izotop ołowiu 210. Obróbka umożliwia usunięcie większości tego promieniotwórczego pierwiastka, ale część pozostaje. Okres jego połowicznego rozpadu wynosi 22 lata (w ciągu 22 lat znika połowa pierwiastka, po kolejnych 22 latach połowa tego, co zostało itd.). W rzymskich rurach ołowianych sprzed dwóch tysiącleci ołów 210 rozpadł się już niemal całkowicie. Skąd wziąć taki ołów do współczesnych laboratoriów fizycznych? Właśnie ze starożytnego wraka. Nie jest to jedyny taki przypadek, gdy fizycy wykorzystują znalezisko archeologiczne. Sztabki ołowiu wydobyte z XVIII-wiecznego wraka koło atlantyckiego wybrzeża Francji trafiły do CDMS (Cryogenic Dark Matter Search) w Minnesocie, gdzie posłużyły do budowy osłony wykrywacza ciemnej materii.

Historia naszej cywilizacji kryje się pod wodą. Na wybrzeżu Skanii, na południu Szwecji, odkryto zatopioną osadę sprzed 11 000 lat. To nie była Atlantyda, lecz osada myśliwych i rybaków ulokowanych na wysepce, zabrało ją morze, gdy jego poziom gwałtownie rósł z końcem epoki lodowej. Dotychczas wydobyto z tego dennego stanowiska w Bałtyku narzędzia drewniane i krzemienne, kawałki sznurów, kościany harpun i szczątki turów.

Atlantydą nie jest także osada odkryta na dnie Morza Północnego, między Szkocją a Danią. Także ona padła ofiarą morza wzbierającego pod koniec epoki lodowej. Osad takich było na terenie będącym teraz dnem Morza Północnego więcej, mogło tam żyć w sumie nawet kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Koniec epoki lodowej spowodował, że pod wodą znalazło się 40 proc. terenów Europy. Dotyczy to także terenów Polski. Na dnie Zalewu Szczecińskiego naukowcy z Uniwersytetu Szczecińskiego znaleźli pozostałości po drzewach rosnących tam 6000 lat temu, korytach strumieni, ludzkich osadach i cmentarzyskach. Tam, gdzie dzisiaj jest Zalew, kiedyś były odnóża doliny Odry, która uchodziła do ówczesnego morza w okolicach dzisiejszego Bornholmu. Ląd sięgał więc znacznie dalej niż obecnie. Wiele terenów znajdujących się u ujścia rzeki, gdzie kiedyś żyli ludzie, w ciągu kilkuset lat zostało zalanych. Tak powstał Zalew Szczeciński. Zatoka Pomorska kiedyś była lądem i w ciągu kilkuset lat woda morska dotarła pod Szczecin. Jednak apetyt morza nie ustał wraz z końcem potopu po epoce lodowej.

W „Gazecie Gdyńskiej" ukazała się w 1935 r. notatka o tym, że podczas budowy portu Hel, kilkaset metrów od brzegu, natrafiono na fundamenty kościoła. Już po II wojnie badacze z Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku spenetrowali to miejsce. Okazało się, że pod wodą tkwią średniowieczne ruiny. W 1260 r. Hel otrzymał prawa miejskie, wzniesiono wtedy kościół parafialny, ratusz, szpital. Jednak miasteczko przegrało z morzem, które pochłonęło je wraz z częścią Półwyspu Helskiego.

Morze wygrało z wieloma miastami. U wybrzeży Libii, na przylądku Ras Etteen, między portami Derna i Bomba w Cyrenajce, badacze z Uniwersytetu w Neapolu zlokalizowali na głębokości 3 m, na obszarze ponad hektara, pozostałości zabudowań, ulic i grobowców. Miasto to zniszczyła fala tsunami po trzęsieniu ziemi w 365 r.

W 1968 r. świat obiegła wiadomość o zatopionym mieście Pavlopetri na Peloponezie. Ruiny miasta sprzed ponad 4500 lat znajdują się na głębokości 4 m. Odkrycia dokonali archeolodzy z Uniwersytetu Cambridge, ale badań nie podjęli, archeologia podwodna dopiero wówczas raczkowała. Po upływie ponad czterech dekad władze greckie uznały, że metody tej dyscypliny naukowej są już na tyle rozwinięte, że można wpuścić badaczy do podwodnego miasta. Archeolodzy podwodni dysponują teraz najnowocześniejszym sprzętem, jakiego używają wojsko oraz firmy poszukujące ropy i gazu. Za pomocą skanera akustycznego archeolodzy tworzą trójwymiarowy obraz dna morskiego i podwodnych obiektów. W ten sposób spełnia się postulat Grahama Hancocka, autora książek o tajemnicach przeszłości, który twierdzi: „Jeśli chcemy poznać najstarszą historię ludzkości, musimy zejść pod wodę i szukać zatopionych miast". Jakby na potwierdzenie jego słów oceanolodzy z angielskiego Uniwersytetu w Durham za pomocą sonaru zlokalizowali w Zatoce Khambhat przy zachodnich wybrzeżach Indii na głębokości 40 m strukturę wyglądającą jak miasto. Obiekty podobne do domów i ulic zajmują powierzchnię 7 kilometrów kwadratowych. Podwodny robot wydobył z tego miejsca wiele zabytków: paciorki z muszli, gliniane ułamki naczyń i kawałek drewna, którego wiek określono na... 9500 lat.

Mało optymistyczny sscenariusz

Od czasu, gdy ludzie zaczęli przemierzać morza i oceany, niezliczona ich rzesza straciła życie poza stałym lądem. Historycy żeglugi szacują, że na dnie mórz i oceanów spoczywa, lekko licząc, milion wraków. Archeologia podwodna badająca te zabytki rozwija się wyjątkowo dynamicznie, korzystając z najnowocześniejszych osiągnięć techniki. Ale właśnie ta nowoczesność bardzo prędko może przypieczętować jej los. Niebawem archeologia podwodna może nie mieć czego badać. Do takiego, mało optymistycznego wniosku, doszli eksperci zgromadzeni na konferencji zorganizowanej przez UNESCO, najpierw w Paryżu, następnie w Nowym Jorku. Ostrzegli: „Pozostało 15 do 20 lat na uratowanie największego muzeum świata". Zagrażają mu rabusie, złodzieje dysponujący robotami przystosowanymi do pracy na wielkich głębokościach, nawet kilku kilometrów. Zagrożenie stanowią zorganizowani w dobrze funkcjonujące szajki płetwonurkowie amatorzy. Ogromnie destrukcyjna jest działalność gospodarcza, turystyczna, rybołówstwo i transport. Walny udział w tym dziele zniszczenia ma 4,6 mln statków i łodzi rybackich, w tym 64 proc. motorowych (według danych FAO za rok 2016). Układanie na dnie kabli dewastuje podwodne stanowiska archeologiczne, podobnie jak budowanie mostów, nabrzeży portowych, falochronów i sztucznych raf.

Morze skrywa gigantyczne dziedzictwo, niezmiernie zróżnicowane, od jaskiń z epoki lodowcowej do których wejścia znajdują się teraz poniżej powierzchni wody, po świadectwa najnowszych konfliktów zbrojnych. To największe muzeum świata, obejmujące 70 proc. powierzchni planety, niemal wcale nie jest zabezpieczone, ani fizycznie, ani prawnie, niemal z całego tego „gmachu" w zasadzie można swobodnie wydobywać, co się komu podoba – alarmuje Michel L'Hour, jeden z pionierów archeologii podwodnej. Niestety, ma powody do takiej jeremiady. Wystarczy przypomnieć, że konwencję UNESCO z 2001 r. o ochronie dziedzictwa podwodnego ratyfikowało dotychczas tylko 57 państw.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA