Rzecz o historii

James Monroe: Twórca amerykańskiej mocarstwowości

James Monroe (1758–1831), piąty prezydent Stanów Zjednoczonych.
Wikipedia
James Monroe nie miał charyzmy Jerzego Waszyngtona, elegancji Thomasa Jeffersona, uporu Johna Adamsa czy intelektu Jamesa Madisona. A jednak to właśnie Monroe rozpoczął budowę potęgi państwa.

James Monroe przyszedł na świat 28 kwietnia 1758 r. w hrabstwie Westmoreland – miejscu dość niezwykłym w historii Ameryki. Tutaj bowiem 26 lat wcześniej urodził się Jerzy Waszyngton. James Monroe był najstarszym synem farmera, cieśli i sędziego okręgowego Spence'a Monroego. Jego pradziadek Patrick Andrew Monroe przybył do Wirginii w połowie XVII w. W 1650 r. kupił plantację w Washington Parish w hrabstwie Westmoreland. Z kolei rodzina pani Elizabeth Monroe z domu Jones pochodziła z Walii. Wśród przodków piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych byli także francuscy hugenoci, którzy przybyli do Nowego Świata w XVII w., uciekając przed prześladowaniami ze strony katolików. Spence Monroe i Elizabeth Jones wzięli ślub w 1752 r., ale ich pierwsze dziecko – James – przyszło na świat dopiero sześć lat później. Sąsiedzi i znajomi państwa Monroe byli przekonani, że małżeństwo nie może mieć dzieci. Tymczasem James był pierwszym z pięciorga dzieci tej pary. Rodzina Monroe, podobnie jak większość rodów farmerskich Wirginii, należała do Kościoła episkopalnego. Nie byli to jednak ludzie przesadnie pobożni, o czym świadczyć może fakt, że późniejsze poglądy Jamesa na religię były zbliżone do liberalnego stanowiska reprezentowanego przez Thomasa Jeffersona.

Pierwszą nauczycielką Jamesa była jego matka. Dopiero w wieku 11 lat uzdolniony chłopak został przyjęty do Akademii Miejskiej Campbella, czyli lokalnej szkoły założonej i prowadzonej przez wielebnego pastora Archibalda Campbella z Washington Parish. W kronikach hrabstwa zachowały się dokumenty szkolne, z których wynika, że James Monroe wyróżniał się wśród innych uczniów w nauce łaciny i matematyki. Jego kolegą z ławki szkolnej był starszy o trzy lata John Marshall, który w 1801 r. zostanie mianowany przez prezydenta Johna Adamsa czwartym w historii prezesem Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych. O czym mogli rozmawiać ci dwaj chłopcy, którzy każdego dnia pokonywali wspólnie kilkukilometrową drogę do szkoły? Czy chociaż przez moment przez ich dziecięce umysły przebiło się przeczucie, że pewnego dnia będą rządzić państwem, które wówczas jeszcze nie istniało?

Bohater wojny o niepodległość

Wspólne wędrówki do szkoły przyszłego prezydenta i prezesa Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych zakończyły się w 1774 r., kiedy James Monroe wyjechał na studia do College of William & Mary w Wirginii. Rodziców Johna Marshalla nie stać było na dalszą edukację syna, mimo że chłopiec wykazywał niezwykłe zainteresowanie literaturą i naukami humanistycznymi.

James Monroe trafił do największej kuźni umysłów amerykańskiego Południa. Nazwana na cześć króla Williama III i królowej Marii II uczelnia Kościoła episkopalnego była, jak na owe czasy, szkołą bardzo postępową. Studiowali na niej bowiem nie tylko synowie kolonistów z Wirginii, ale także młodzi Indianie. Było to jedno z nielicznych miejsc, które traktowało zasymilowaną rdzenną ludność indiańską na równi z białymi obywatelami kolonii. Dopiero w 1786 r., kiedy za sprawą starań Jamesa Madisona stan Wirginii wprowadził wolność religii, uczelnia zmieniła się w szkołę o bardziej laickim profilu nauczania.

16 lutego 1774 r. zmarł Spence Monroe. Wszystko wskazywało, że zaledwie po roku studiów 17-letni James będzie musiał opuścić uczelnię. Na szczęście otrzymał wsparcie finansowe od swojego wuja, sędziego Josepha Jonesa. I to on prawdopodobnie zachęcił swojego siostrzeńca do wstąpienia w szeregi Armii Kontynentalnej. Wuj przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych był postacią niezwykle barwną i zasłużoną dla walki o niepodległość. W 1751 r. ukończył studia prawnicze w Londynie i otrzymał stopień adwokata sądów gminnych, a już trzy lata później, w wieku 27 lat, został adwokatem królewskim w mieście Fredericksburg w Wirginii. Joseph Jones należał do grupy umiarkowanych patriotów, którzy w latach 1774–1775 stworzyli Komitet Bezpieczeństwa mający za zadanie kontrolować i koordynować proces rządzenia w 13 nowo utworzonych stanach Ameryki Północnej.

Niewątpliwie to właśnie wuj Joseph Jones rozpalił w 18-letnim Jamesie Monroe zapał do walki o niepodległość swojego kraju. W lipcu 1775 r. James w towarzystwie trzech profesorów College of William & Mary i 24 studentów wziął udział w ataku na arsenał znajdujący się w Pałacu Gubernatorskim w Williamsburgu. Grupie udało się zdobyć 200 muszkietów i 300 szabli, które zostały przekazane na uzbrojenie lokalnej milicji. Na początku 1776 r. James Monroe wstąpił w szeregi 3. Pułku Wirginii dowodzonego przez płk. Hugha Mercera. Młodzieniec nigdy już nie powrócił na uczelnię. Za to w szybkim czasie zdobył stopień porucznika Armii Kontynentalnej. 26 grudnia 1776 r. poprowadził swój oddział do boju przeciw najemnikom heskimi w bitwie pod Trenton. Ciężko ranny, trafił na rekonwalescencję do domu sędziego Wyncoopa w Pensylwanii. Wkrótce został awansowany na kapitana i adiutanta gen. Williama Alexandra.

Zwolennik niewolnictwa

James Monroe zapisał się w kronikach wojny o niepodległość jako niezwykle dzielny żołnierz. 11 września 1777 r. uratował w bitwie pod Brandywine Creek markiza Josepha de La Fayette'a, a po brawurowym, choć nieudanym, ataku wojsk kolonialnych pod Germantown został awansowany na majora. W liście rekomendacyjnym dla Jamesa Monroego dowódca Armii Kontynentalnej, gen. Jerzy Waszyngton, napisał: „W każdej sytuacji major Monroe zyskał opinię dzielnego, aktywnego i rozsądnego oficera".

W 1779 r. młody major James Monroe stanął przed dylematem, co dalej zrobić ze swoim życiem. Wuj Joseph Jones przekonał go, że powinien jak najszybciej rozpocząć studia prawnicze. Dzięki rekomendacjom Jerzego Waszyngtona i poparciu wuja Monroe trafił pod opiekę gubernatora Wirginii i nauczyciela prawa Thomasa Jeffersona. Po trzech latach spędzonych u boku tego polityka został wybrany na członka legislatury stanowej. Zasiadał też w radzie gubernatorskiej, a w 1783 r. wybrano go na delegata Kongresu Kontynentalnego.

Trzy lata spędzone u boku Thomasa Jeffersona zostawiły trwały ślad w poglądach politycznych Monroego. Był nieufny wobec wzrostu władzy federalnej nad władzą stanową i zdecydowanie wspierał ekspansję terytorialną Stanów Zjednoczonych.

Tylko raz, w 1788 r., opuścił obrady legislatury stanowej w Wirginii, kiedy na porządku dziennym stanęła sprawa niewolnictwa. Monroe był bowiem w tym czasie zagorzałym przeciwnikiem abolicji. Choć skrzętnie unikał rozmów na temat niewolnictwa, wszystkie zachowane informacje historyczne wskazują, że był zdecydowanym zwolennikiem niewolniczego ustroju amerykańskiego Południa. Sam posiadał wielu niewolników, których traktował bezlitośnie. Nie miał żadnych skrupułów: rozdzielał rodziny niewolnicze i sprzedawał jej członków do odległych plantacji, wiedząc, że nigdy się już nie spotkają. O warunkach panujących na jego plantacji Oak Hill w Aldie świadczą liczne próby ucieczek niewolników. Najbardziej znana jest historia niewolnika o imieniu Daniel, który kilkakrotnie próbował uciec z farmy Monroego. W swoich zapiskach piąty prezydent USA nazywał Daniela „łajdakiem" i „bezużytecznym łajnem", całkowicie nie przejmując się tragicznym losem tego człowieka i jego rodziny. Amerykański historyk William Seale twierdzi, że w czasie dwóch kadencji prezydenckich Jamesa Monroego w latach 1817–1825, część służby Białego Domu składała się z jego własnych niewolników. Było to ewidentne złamanie przepisów ustanowionych przez Kongres, zabraniających wykorzystywania niewolników do pracy w urzędach publicznych.

W 1800 r. wybuchł największy bunt niewolników w historii Wirginii. Pewien umiejący pisać i czytać niewolnik o imieniu Gabriel zaplanował rebelię przeciw białym plantatorom, która miała się rozpocząć od porwania gubernatora tego stanu, którym wówczas był właśnie James Monroe. Informacja o przygotowywanym zamachu dotarła do gubernatora. Monroe nakazał milicji stanowej wyłapanie konspiratorów. Po krótkim procesie, bez udziału ławy przysięgłych, wszyscy buntownicy zostali skazani na karę śmierci przez powieszenie. Gubernator Monroe wpłynął jednak na stanową Radę Wykonawczą, aby część konspiratorów sprzedać. Czy był to akt miłosierdzia, czy raczej czyste wyrachowanie – pozostanie tajemnicą.

Jego poglądy na niewolnictwo ewoluowały przez lata. W 1816 r. założył m.in. z Henrym Clayem i Andrew Jacksonem Amerykańskie Towarzystwo Kolonizacyjne (ang. American Colonization Society), które propagowało koncepcję utworzenia amerykańskiej kolonii w Afryce, do której mieli być deportowani wszyscy wyzwoleńcy. Koncepcja stworzenia społeczeństwa mieszanego rasowo była dla niego nie do przyjęcia.

Dyplomata, który uratował Amerykę przed wojną z Francją

W 1786 r. 28-letni James Monroe poślubił młodszą o 10 lat Elizabeth Kortright, córkę kapitana brytyjskiej armii kolonialnej. Dwa lata później przegrał walkę o miejsce w Izbie Reprezentantów Kongresu z Jamesem Madisonem. Wydawało się, że kariera polityczna weterana wojny o niepodległość dobiegła końca. Przełom przyszedł jednak w 1790 r., kiedy legislatura Wirginii powierzyła mu mandat senatora w miejsce zmarłego Williama Graysona, podpułkownika Armii Kontynentalnej i byłego adiutanta Jerzego Waszyngtona.

W 1794 r. rewolucyjny rząd francuski zażądał od prezydenta Jerzego Waszyngtona odwołania ambasadora amerykańskiego w Paryżu, federalisty Gouverneura Morrisa. Pamiętamy go dzisiaj głównie jako autora preambuły do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, zaczynającej się od słów: „My, naród Stanów Zjednoczonych, pragnąc udoskonalić Unię...", ale w 1794 r. jego poglądy stały się przyczyną gwałtownego pogorszenia stosunków między Francją a Stanami Zjednoczonymi. Morris był zwolennikiem rządów arystokracji i brzydził się dyktaturą jakobinów.

Prezydent Jerzy Waszyngton, świadomy napięć, jakie budzą u Francuzów poglądy Gouverneura Morrisa, postanowił zastąpić go Jamesem Monroem. Nie był jednak wybór całkowicie przypadkowy. Prezydent postanowił upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – załagodzić konflikt z Francuzami i pozbyć się z Senatu jednego z najzagorzalszych krytyków swojej polityki.

Misja nowego amerykańskiego ambasadora w Paryżu była niezwykle delikatna. Jednak Monroe wywiązał się z niej doskonale. W przemówieniu powitalnym przed francuskim Zgromadzeniem Narodowym nazwał Francję „naszym sojusznikiem i przyjacielem". Słowa te nie miały jedynie kurtuazyjnego charakteru, ale wyraźnie określały Amerykę jako sojusznika Francji w przypadku konfrontacji zbrojnej z Wielką Brytanią. Rezolucje złożone od obu izb amerykańskiego Kongresu uspokoiły Francuzów, którzy od pewnego czasu z niepokojem śledzili negocjacje pokojowe innego amerykańskiego dyplomaty – Johna Jaya w Londynie. Starania Jamesa Monroego przyniosły wymierne rezultaty, głównie w postaci zniesienia ograniczeń handlowych nakładanych na amerykańskie statki we francuskich portach oraz wypłaty odszkodowań za zarekwirowane przez francuską flotę wojenną angielskie towary przewożone na amerykańskich statkach.

19 listopada 1794 r. nadeszła katastrofa dla misji Jamesa Monroego w Paryżu. Tego bowiem dnia John Jay podpisał w Londynie traktat nazywany od jego nazwiska traktatem Jaya. Przewidywał on oddanie Amerykanom fortów zajętych przez Brytyjczyków, wypłatę odszkodowań dla amerykańskich armatorów za straty wojenne na kwotę 10 mln dolarów, spłatę brytyjskich długów z czasów kolonialnych w wysokości 600 tys. funtów, przyznanie Indianom prawa do wolnego przemieszczania się między USA i Kanadą oraz nadanie przez Amerykanów klauzuli największego uprzywilejowania w stosunkach z Wielką Brytanią. Zwłaszcza to ostatnie postanowienie traktatu wywołało niepokój w Paryżu. 5 stycznia 1795 r. francuski minister spraw zagranicznych w gniewnym tonie zażądał wyjaśnień od ambasadora Jamesa Monroego. Ten, ratując sytuację, zapewniał, że na pewno nie dojdzie do ratyfikacji układu przez Kongres na warunkach, jakie wynegocjował John Jay.

Jednak 29 lutego 1796 r. prezydent Jerzy Waszyngton podpisał traktat, przez co Francuzi całkowicie stracili zaufanie do ambasadora Jamesa Monroego. Dwa tygodnie później ambasador został wezwany do francuskiego szefa dyplomacji, który przedłożył długą listę pytań i skarg francuskiego rządu. Paryż miał pretensję, że amerykańska polityka neutralności tak naprawdę sprzyja pod każdym względem Wielkiej Brytanii. Francuzi uznali, że ratyfikacja traktatu Jaya stanowi formalne wypowiedzenie układu sojuszniczego między USA i Francją z 1778 r. Tylko dzięki niezwykłemu talentowi dyplomatycznemu amerykańskiego ambasadora oraz jego prywatnym znakomitym stosunkom towarzyskim z członkami Dyrektoriatu nie doszło do wybuchu wojny francusko-amerykańskiej.

Mało kto w amerykańskim Kongresie i rządzie potrafił dostrzec i docenić ten niezwykły wysiłek, jaki włożył Monroe w zachowanie pokoju z Francją. Podburzany przez federalistów z Kongresu prezydent Jerzy Waszyngton odwołał Jamesa Monroego z placówki w Paryżu pod koniec grudnia 1796 r. Federalistom nie udało się jednak zniechęcić opinii publicznej przeciwko odwołanemu ambasadorowi. Wręcz przeciwnie, prasa opisała wysiłki Monroego i uczyniła z niego ulubieńca opinii publicznej. Wykorzystując swoją popularność, Monroe jako jeden z nielicznych amerykańskich polityków ośmielił się oskarżyć prezydenta Jerzego Waszyngtona o nieudolność i błędy w kierowaniu polityką zagraniczną, podając do publicznej wiadomości okoliczności jego odwołania z placówki we Francji. Jego ostry raport krytykujący Waszyngtona trafił na biurko prezydenta Johna Adamsa, który odniósł się do niego bardzo niechętnie i zamiótł sprawę pod dywan.

Sekretarz stanu i wojny w jednym gabinecie

Publiczna krytyka administracji Waszyngtona spowodowała, że James Monroe stał się politykiem niezwykle popularnym. Potwierdza to jego wybór na gubernatora Wirginii w 1799 r. Cztery lata później wrócił do dyplomacji. Jego przyjaciel, prezydent Thomas Jefferson, postanowił mianować go szefem specjalnej misji we Francji. Monroe miał przekonać Francuzów do zawarcia traktatu pozwalającego na żeglugę amerykańskich statków po należącym do Francuzów dorzeczu Missisipi. Nie wiedział jednak, że już w 1802 r. minister spraw zagranicznych Francji, Charles Talleyrand, zaproponował amerykańskiemu ambasadorowi Robertowi R. Livingstonowi zakup Luizjany. Ostatecznie Amerykanie kupili Luizjanę za kwotę 23 213 568 dolarów, z czego 3,75 mln stanowił dług anulowany przez USA na rzecz cesarstwa. Po podpisaniu umowy Livingston powiedział do towarzyszących mu przedstawicieli misji amerykańskiej w Paryżu: „Długo żyliśmy, ale to jest największym osiągnięciem naszego życia. Od tego dnia Stany Zjednoczone staną się mocarstwem pierwszej rangi".

Monroe nie miał już zadania w Paryżu, prezydent skierował go więc do Madrytu na negocjacje w sprawie zakupu części Florydy. Te jednak zakończyły się pół roku później całkowitą porażką. Także kolejna misja Jamesa Monroego, tym razem w Londynie, dotycząca negocjacji w sprawie zaopatrywania się brytyjskich statków w amerykańskich portach, zakończyła się fiaskiem. Na jesieni 1807 r. prezydent Jefferson zaproponował Jamesowi Monroemu stanowisko gubernatora Luizjany. Wówczas ten kupiony od Francuzów kraj był najbogatszym stanem Ameryki. Monroe odmówił jednak, oczekując, że uda mu się uzyskać stanowisko w administracji rządu federalnego. Jego marzenia spełnił dopiero prezydent James Madison, który w 1811 r. mianował go sekretarzem stanu, a w 1814 r. wyznaczył na sekretarza wojny. Zdecydowana postawa w czasie wojny z Brytyjczykami sprawiła, że Monroe stał się jednym z najpopularniejszych polityków w kraju. Kiedy w 1816 r. zgłosił swoją kandydaturę na prezydenta Stanów Zjednoczonych po ustępującym Jamesie Madisonie, nikt nie miał wątpliwości, że tylko on zasługuje na to najwyższe stanowisko w państwie. Monroe zdobył 183 głosy elektorskie, a jego rywal Rufus King tylko 34.

59-letni James Monroe został zaprzysiężony na piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych 4 marca 1817 r. Obejmując najwyższe stanowisko w państwie, był wówczas jednym z najpopularniejszych polityków w kraju. Pierwszym zadaniem, jakie postawił sobie nowy prezydent, było wzmocnienie obronności kraju. W tym celu udał się w podróż po 13 stanach, podczas której odwiedzał głównie forty wojskowe. Jako były sekretarz wojny miał doskonałą orientację, które obiekty obronne wymagają wzmocnienia.

Amerykańska opinia publiczna była zachwycona. Obywatele po raz pierwszy od proklamacji niepodległości czuli się bezpiecznie w swoim kraju. 12 lipca 1817 r., w dniu przybycia prezydenta Jamesa Monroego do Bostonu, na łamach największej lokalnej gazety „Columbian Centinel" ukazał się artykuł federalisty Benjamina Russella pod znamiennym tytułem „Era dobrego samopoczucia". Bostoński dziennikarz wychwalał politykę obronną kraju nowego prezydenta. Określenie „Era dobrego samopoczucia" stało się z czasem głównym sloganem prezydentury Jamesa Monroego. Można było piątemu prezydentowi zarzucić wiele błędów, ale jedno było pewne – od czasu podpisania traktatu gandawskiego z 1814 r. Amerykanie czuli się tak pewnie jak nigdy dotychczas.

W połowie 1817 r. para prezydencka wprowadziła się do odbudowanego po wojnie Białego Domu. Rezydencja mieściła się wśród pastwisk na peryferiach rosnącej z roku na rok amerykańskiej stolicy. Wyglądała bardziej na wiejski dworek niż na pałac głowy państwa. Ale dzięki przyjęciom organizowanym przez panią Elizabeth Kortright Monroe powoli nabierała splendoru i znaczenia. Prof. Longin Pastusiak zwrócił uwagę, że „jej przyjęcia były wystawne, ale bardzo oficjalne". W przeciwieństwie do Dolley Madison, małżonki prezydenta Jamesa Madisona, pani Monroe wprowadziła do Białego Domu ścisłą etykietę i protokół.

Doktryna Monroego

Do największych sukcesów piątego prezydenta USA zalicza się głównie politykę obronną państwa. Tymczasem to nabyte przez lata doświadczenie dyplomatyczne było najmocniejszą stroną tego przywódcy. Po długich negocjacjach z brytyjskim posłem Charlesem Bagotem prezydentowi udało się uzyskać zmniejszenie floty brytyjskiej na obszarze Wielkich Jezior oraz ustanowić stałą granicę Stanów Zjednoczonych z Kanadą. Traktat graniczny z 18 kwietnia 1817 r. nosi nazwę Porozumienia Rush–Bagot od nazwiska wspomnianego brytyjskiego posła i sekretarza stanu Richarda Rusha. W rzeczywistości jednak jego głównym architektem był sam prezydent Monroe.

Nawet bankructwo Banku Stanów Zjednoczonych w 1819 r. i następujący po nim kryzys gospodarczy nie zmniejszyły zaufania obywateli do prezydenta. „Era dobrego samopoczucia" przejawiała się w rozbudowie infrastruktury komunikacyjnej, przekopywaniu największych na świecie kanałów żeglugi śródlądowej (kanał Erie), rozbudowie poczty, budowie mostów i powstawaniu nowych miast. Ameryka powiększała swoją bazę transportową oraz terytorium. Kiedy James Monroe rozpoczynał swoją prezydenturę, amerykańska Unia liczyła 19 stanów. Pod koniec drugiej kadencji była większa o 5 stanów i 667 672 km2 – obszar ponaddwukrotnie większy od terytorium współczesnej Polski.

Ale to nie sukcesy terytorialne, rozbudowa infrastruktury komunikacyjnej czy slogan ,,Era dobrego samopoczucia" zawsze będą kojarzyć się z prezydenturą Jamesa Monroego. W powszechnym obiegu przyjęło się bowiem przypisywać piątemu prezydentowi autorstwo doktryny, która głosiła konieczność realizacji własnych interesów narodowych bez wtrącania się w konflikty europejskie, ingerowania w sprawy kanadyjskie, i nakazywała pilnowanie terytorium Ameryki Północnej przed jakąkolwiek próbą kolonizacji z zewnątrz. Koncepcja ta nazwana została doktryną Monroego, chociaż jej prawdziwym autorem był sekretarz stanu John Quincy Adams, syn drugiego prezydenta USA Johna Adamsa i następca Jamesa Monroego na najwyższym urzędzie w państwie. Nazwa doktryny Johna Quincy'ego Adamsa przylgnęła do prezydenta Monroego, ponieważ to on przedstawił ją Kongresowi 2 grudnia 1823 r.

Podobnie jak jego poprzednicy po zakończeniu drugiej kadencji James Monroe nie ubiegał się więcej o prezydenturę. Powrócił z żoną do swojej posiadłości w Oak Hill, gdzie pod koniec życia zajął się próbą opracowania nowej konstytucji. Śmierć 65-letniej Elizabeth Monroe całkowicie załamała byłego prezydenta. Z powodu kłopotów finansowych musiał sprzedać posiadłość w Oak Hill. Wyjechał do Nowego Jorku, gdzie zajęła się nim córka. Podobnie jak jego poprzednicy, John Adams i Thomas Jefferson, zmarł w dniu święta niepodległości 4 lipca, tylko cztery lata po nich – w 1831 r.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL