fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

LOT ku wolności. Jak Polacy porywali samoloty

Kolejnej grupie Polaków udało się uciec: na lotnisku Tempelhof wylądowali 22 listopada 1982 r.
BEW
Na początku lat 80. XX w. samoloty LOT były jednymi z najczęściej porywanych maszyn na świecie. Sprawcami byli zdesperowani obywatele PRL, którzy w ten sposób próbowali uciec na Zachód.

W piątkowy poranek 12 lutego 1982 r. o godzinie 7.30 z warszawskiego Okęcia startuje samolot LOT An-24, popularny „antek", z 25 pasażerami na pokładzie. Portem docelowym rejsu nr 747 jest Wrocław, ale w pewnym momencie kontrolerzy z Warszawy spostrzegają, że samolot mocno zbacza na zachód. Nie muszą się zresztą zbytnio wysilać, ponieważ niebo nad Polską jest niemal puste – po wprowadzeniu dwa miesiące wcześniej stanu wojennego ruch lotniczy niemal zamarł. Kiedy kontrolerzy pytają kapitana Czesława Kudłka o przyczynę zmiany trasy przelotu, ten informuje ich, że w samolocie jest uzbrojony porywacz, który żąda, aby lądować w Berlinie Zachodnim, na lotnisku Tempelhof.

Samolot rzeczywiście został porwany, leci w stronę Berlina, ale porywaczem jest... sam kpt. Kudłek, który postanowił uciec z pogrążonej w chaosie stanu wojennego Polski. Na pokładzie „antka" jest także jego żona z dwójką małych dzieci. Niedługo po starcie Kudłek o swojej decyzji informuje drugiego pilota Andrzeja Śmielkiewicza. Ten początkowo sądzi, że kapitan żartuje, ale gdy zauważa, że kolega ma minę poważną jak nigdy dotąd, sztywnieje i milknie na dobrych kilkanaście minut, rozważając wszystkie za i przeciw. – To ostatnia chwila, aby zmienić kierunek lotu – odzywa się w końcu cicho, a Kudłek, nie namyślając się długo, pociąga za wolant – samolot płynnie, ale odczuwalnie skręca. To właśnie ten manewr zauważają kontrolerzy. Wywołuje on również konsternację wśród części pasażerów, a przede wszystkim wzbudza niepokój u dwóch milicjantów i dwóch „smutnych panów" siedzących w ostatnim rzędzie. To przede wszystkim właśnie do nich są skierowane słowa kpt. Kudłka, które po chwili rozlegają się w głośnikach: – Szanowni państwo. Zostałem właśnie poinformowany, że na lotnisku we Wrocławiu nie możemy wylądować z powodu odbywających się tam manewrów wojskowych. Kierujemy się na lotnisko w Szczecinie. Za wszelkie niedogodności przepraszamy. Rozlega się szum nieprzychylnych komentarzy, który jednak szybko cichnie – przecież to komunistyczna Polska, do tego stan wojenny, w tym kraju wszystko jest możliwe. Samolot jest coraz bliżej granicy. Kudłek prosi kontrolerów o załatwienie zgody na przelot przez terytorium NRD. Szybko przychodzi odmowa. Mimo to po kilkunastu minutach „antek" przelatuje nad graniczną Odrą. Po chwili wstrząsa nim silna turbulencja połączona z głośnym hukiem. Pasażerowie przez okno widzą trzy wojskowe migi w barwach enerdowskich i radzieckich, które wykonują dziwne manewry w pobliżu samolotu. Esbecy nie mają już wątpliwości – tutaj dzieje się coś złego. Zrywają się z miejsc i ruszają w stronę kabiny pilotów.

Wcześniej wślizguje się do niej jeden z pasażerów. To Andrzej Baruk, znajomy kapitana, który jest wtajemniczony w akcję uprowadzenia samolotu. Baruków i Kudłków połączyła nieciekawa perspektywa zarobkowo-mieszkaniowa. Rodzina pilota już kilka miesięcy wcześniej postanawia wyjechać do znajomych mieszkających w Niemczech. Kupują bilety z pechową datą – 13 grudnia 1981 r. W dniu wprowadzenia stanu wojennego z Polski nie odlatuje żaden samolot. Na domiar złego w zmilitaryzowanym LOT zapowiedziano weryfikację pilotów i zastępowanie cywilów wojskowymi. W najgorszej sytuacji są ci, którzy nie mają stałego meldunku w Warszawie. Kudłek nie ma. W jego głowie zaczyna więc kiełkować pomysł porwania samolotu. 17 stycznia 1982 r. LOT wznawia komunikację na liniach krajowych, niedługo potem Kudłek dowiaduje się, że 12 lutego pokieruje lotem nr 747.

Esbecy szybko docierają do drzwi kabiny pilotów. Zaczynają za nie szarpać, jednocześnie waląc pięściami. Bezskutecznie. Drzwi są zamknięte na dwa zamki, a dodatkowo blokuje je Andrzej Baruk. Tymczasem piloci myśliwców towarzyszących maszynie LOT zbliżającej się do Berlina wyraźnie sygnalizują Kudłkowi, że musi wylądować na wschodnioberlińskim lotnisku Schoenefeld. Kudłek kilkukrotnie informuje ich, że ma na pokładzie porywacza. Na pilotach z NRD i ZSRR, a w zasadzie na ich dowódcach, nie robi to większego wrażenia. Sytuacja staje się naprawdę niebezpieczna. Kapitan polskiego samolotu zdaje sobie sprawę, że wojskowe maszyny nie muszą nawet wystrzelić pocisku, aby ich strącić, wystarczy, że z odpowiednią prędkością i wystarczająco blisko zanurkują przed cywilną maszyną, by ta straciła siłę nośną. – Daj im znać, że lądujemy na Schoenefeld – mówi Kudłek do drugiego pilota. – I rozpocznij zniżanie. Samolot LOT wysuwa podwozie, jest coraz niżej nad pasem startowym wschodnioberlińskiego lotniska, za chwilę przyziemi. Piloci migów, uspokojeni manewrem, odlatują z hukiem odrzutowych silników do bazy. Wtedy Kudłek gwałtownie podrywa „antka", samolot przelatuje obok wieży kontroli lotów, po chwili „przeskakuje" nad murem berlińskim, jeszcze tylko kilka kilometrów i widać upragniony Tempelhof. Udało się.

Proces Rudolfa Olmy, który 26 sierpnia 1970 r. próbował porwać samolot An-24 lecący z Katowic do Warszawy
PAP

LOT, czyli Landing On Tempelhof

Było to pierwsze uprowadzenie samolotu LOT w stanie wojennym, ale jak się szybko okazało – nie ostatnie. Do kolejnego, mimo wzmożonej ochrony, doszło już 30 kwietnia 1982 r. Tym razem na trasie z Wrocławia do Warszawy. Również miało nietypowy przebieg, ponieważ brały w nim udział prawie wszystkie osoby znajdujące się na pokładzie – spośród 54 pasażerów aż 36 nie zamierzało wylądować w stolicy Polski, ale w Niemczech. Całą akcję miało przeprowadzić bezpośrednio osiem osób, wśród nich pomysłodawca ucieczki – Wiesław Sokół. Reszta, czyli członkowie rodzin i znajomi, miała ich wspierać. Porywacze nie byli uzbrojeni, ale nie działali w sposób spontaniczny, wszystko było dobrze przygotowane. Kilku z nich czterokrotnie pokonało samolotem trasę Warszawa–Wrocław, aby poznać, jak przebiega odprawa, jakie są zwyczaje załogi, a przede wszystkim jak zachowują się czterej funkcjonariusze ochrony. Data przeprowadzenia akcji również nie była przypadkowa – w przeddzień jednego z najważniejszych świąt obchodzonych w Polsce Ludowej, czyli 1 maja, liczono na pewne „rozkojarzenie" władz i bezpieki. 20 minut po starcie uczestnicy spisku zaatakowali i zaskakująco łatwo obezwładnili milicjantów i esbeków. Początkowo nakazali pilotom lecieć do Norymbergi. Samolot miał jednak za mało paliwa, aby tam dotrzeć. Załoga sama zasugerowała niezastąpiony Tempelhof. Po przekroczeniu granicy pojawiły się jak zawsze myśliwce radzieckie, piloci jednak z zimną krwią doprowadzili maszynę do amerykańskiej strefy okupacyjnej.

Bardziej dramatyczny przebieg miało uprowadzenie samolotu An-24 w listopadzie 1982 r. Dokonał tego 22-letni Piotr Winogrodzki, funkcjonariusz specjalnych latających patroli antyterrorystycznych ZOMO, którego zadaniem była... ochrona tego lotu przed porywaczami. Razem z nim w samolocie było jeszcze dwóch funkcjonariuszy, ale Winogrodzki, wykorzystując swoją wiedzę, zdołał ich przechytrzyć i zmusił pilota do lądowania na Tempelhof. Kiedy samolot podczas kołowania wystarczająco zwolnił, porywacz wyskoczył z maszyny, a za nim antyterroryści, i wywiązała się pomiędzy nimi strzelanina, którą przerwała interwencja żołnierzy amerykańskich. Winogrodzki został postrzelony, ale przeżył. Trafił do więzienia, a potem został skazany na pięć lat aresztu. „W Polsce nie ma przyszłości. [...] na mieszkanie trzeba czekać Bóg wie ile lat" – tłumaczył później motywy swojego działania reporterowi tygodnika „Der Spiegel". Co ciekawe, porwanie samolotu LOT przez Winogrodzkiego wykorzystało czterech pasażerów, którzy na Tempelhof poprosili o azyl polityczny.

W latach 70. i 80. XX w. zachodnioberlińskie lotnisko Tempelhof dla uwięzionych za żelazną kurtyną mieszkańców demoludów stało się prawdziwą bramą do wolności. Dotyczyło to szczególnie Niemców z NRD i Polaków. Dla naszych rodaków był to najbliżej położony port lotniczy świata zachodniego (raptem 80 km od granicy), dlatego tak często za cel obierali go porywacze maszyn LOT. Dodatkowo formalnie nie leżał w Niemczech Zachodnich, ale w amerykańskiej strefie okupacyjnej, co po uzyskaniu azylu otwierało więcej możliwości emigracji. W latach 1963–1987 na Tempelhof wylądowało 16 uprowadzonych z Polski maszyn. Najwięcej było ich na początku lat 70. i podczas rewolucji Solidarności oraz stanu wojennego. „Złośliwcy twierdzą, że linie lotnicze LOT mają nazwę stosowną do oferowanych przez siebie usług: Landet Oft in Tempelhof (ląduje często na Tempelhof)" – napisała niemiecka gazeta „Tageszeitung" po którymś z kolejnych uprowadzeń. Skrót ten rozwijano także jako „landing on Tempelhof" (lądowanie na Tempelhof). A od lat 70. po PRL-u krążył popularny dowcip: „Do kabiny pilotów samolotu lecącego z Warszawy do Wrocławia wpada uzbrojony pasażer i krzyczy: – Lecimy do Wrocławia, bo będę strzelał. – Właśnie zgodnie z rozkładem lecimy do Wrocławia, proszę się uspokoić – odpowiada zdziwiony pilot. – Akurat! Już trzy razy leciałem LOT-em z Warszawy do Wrocławia i zawsze lądowałem na Tempelhof".

Oprócz berlińskiego lotniska innymi ulubionymi kierunkami ucieczek lotniczych z PRL były Wiedeń i Kopenhaga. W sumie między rokiem 1970 a 1982 doszło do 20 nieudanych prób i 14 uprowadzeń samolotów LOT, co stawiało nas w ścisłej czołówce statystyk porwań samolotów na świecie.

Hans Tiede, aby uciec z NRD, porwał i zmusił pilotów samolotu LOT do lądowania na Tempelhof (30 sierpnia 1978 r.)
PAP

Bomba w torcie

Historia uprowadzeń cywilnych maszyn LOT rozpoczęła się w 1949 r. Statystycznie pierwsze było to z 16 września 1949 r., ale historykom dotychczas nie udało się ustalić zbyt wielu szczegółów tego wydarzenia. Wiadomo jednak, że dziewięcioosobowa grupa porywaczy opanowała samolot Li-2 lecący z Gdańska do Katowic i zmusiła załogę do wylądowania w Nyköping w Szwecji.

Lepiej zbadana historia z grudnia 1949 r. jest podobna do porwania przeprowadzonego ponad 30 lat później przez kpt. Kudłka, ponieważ wtedy samolot LOT również uprowadzili jego piloci. Pomysłodawcą był kpt. Mieczysław Sadowski, który wraz z dwoma przyjaciółmi, też pilotami – Janem Konikowskim, który był drugim pilotem, i Tomaszem Tomaszewskim, który poleciał jako pasażer – porwali samolot Dakota DC-3. Planowy rejs odbywał się na trasie Katowice–Gdańsk z międzylądowaniem w Łodzi. Kiedy w Łodzi na pokład weszły rodziny pilotów – Hanna Sadowska i Halina Tomaszewska z dwoma synami, lotnicy przystąpili do realizacji planu ucieczki. Celowo podawali nawigatorowi fałszywe informacje o położeniu, które ten przekazywał dalej do kontroli lotu, a po przekroczeniu linii wybrzeża zmniejszyli wysokość i utrzymywali maszynę kilka metrów nad falami, by uniknąć wykrycia przez wojskowe radary. Szczęśliwie wylądowali na duńskim Bornholmie.

W 1970 r. tylko w ciągu trzech miesięcy – między czerwcem a wrześniem – były dwa porwania i trzy próby. Najpierw 5 czerwca 1970 r. Zbigniew Iwanicki, grożąc eksplozją dwóch granatów, porwał do Kopenhagi An-24, który miał lecieć ze Szczecina do Gdańska. 19 sierpnia 1970 r. 19-letni cukiernik Krzysztof Kryński, przy współudziale czterech innych pasażerów lotu, uprowadził na Bornholm samolot Ił-14 lecący z Gdańska. Najbardziej dramatyczny przebieg miała próba porwania An-24 lecącego z Katowic do Warszawy przeprowadzona przez Rudolfa Olmę. 26 sierpnia wniósł on na pokład bombę własnej konstrukcji ukrytą w torcie. Piloci, chcąc unieszkodliwić porywacza, wykonali nagłe nurkowanie. Olma, upadając, przypadkowo pociągnął za sznurek od zawleczki. Nastąpił wybuch. Porywacz został ciężko ranny (stracił m.in. lewą dłoń i oko), obrażenia odniosło także dziewięciu pasażerów. Mimo wybuchu bomby samolot udało się załodze sprowadzić bezpiecznie na lotnisko. Olma został skazany na 25 lat więzienia.

Kolejna fala porwań nadeszła dziesięć lat później jako efekt rewolucji Solidarności i związanych z tym politycznych niepokojów – w 1981 r. zanotowano aż dziesięć prób uprowadzenia samolotów. Jedną z najbardziej znanych podjął 22 sierpnia 1981 r. Jerzy Dygas, który wniósł na pokład samolotu LOT nr 762 granat (wypełniony trotylem, ale bez zapalnika) i wraz z dwójką innych pasażerów sterroryzował załogę, domagając się lotu na Tempelhof. Piloci spełnili jego żądania. Sprawa stała się głośna w PRL, ponieważ Dygas był gońcem „Tygodnika Solidarność" i SB wykorzystała jego ucieczkę w akcji mającej na celu zdyskredytowanie czasopisma.

Bornholm jak Tempelhof

W okresie PRL doszło także do licznych porwań samolotów wojskowych. W latach 1948–1989 łącznie zbiegło 19 lotników i uprowadzili oni ze sobą 12 maszyn. Pierwszy zdezerterował 21 marca 1949 r. Arkadiusz Korobczyński, który uciekł samolotem szturmowym Ił-2 na szwedzką wyspę Gotland. 5 marca 1953 r. na wieść o śmierci Stalina brawurowej ucieczki najnowszym MiG-15 Bis dokonał por. Franciszek Jarecki, a dwa miesiące po nim, w maju 1953 r., również migiem, wylądował na Bornholmie por. Zdzisław Jaźwiński. Ucieczki pilotów wojskowych zdarzały się także w okresie stanu wojennego. 1 kwietnia 1982 r. w samolocie An-2 uciekło trzech chorążych z 13. Pułku Lotnictwa Transportowego w Balicach pod Krakowem: Jerzy Czerwiński, Andrzej Malec i Krzysztof Wasilewski, a na początku lutego 1983 r. Henryk Książek i Zbigniew Wojsa, pilotując śmigłowiec Mi-2, przedostali się na szwedzką wyspę Tärnö.

Piloci wojskowi ryzykowali dużo więcej niż cywilni lotnicy. Karą za dezercję była śmierć. Taki los spotkał m.in. ppor. Edwarda Pytkę, instruktora z Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Radomiu, który w sierpniu 1952 r. postanowił uciec samolotem Jak-9 do Berlina Zachodniego. Został jednak przechwycony przez sowieckie lotnictwo. Jego szczątki odnaleziono w 2015 r. na warszawskiej Łączce. Podobnie niebezpieczne były próby ucieczek podejmowane samolotami aeroklubowymi lub rolniczymi. Zdarzało się bowiem, że były one atakowane przez myśliwce wojskowe, m.in. 16 lipca 1975 r. czechosłowackie myśliwce zestrzeliły uciekającego do Austrii An-2 pilotowanego przez Dionizego Bielańskiego.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA