fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Kamikadze: misje straceńców

Lotniskowiec USS „Bunker Hill” po ataku dwóch kamikadze (11 maja 1945 r.).
Wikipedia
Samobójcze akcje wojskowe mają równie długą historię, jak dzieje wojen w ogóle. Jednak dopiero w XX wieku przybrały formę zorganizowaną. Najbardziej spektakularny jest przypadek japońskich kamikadze, ale koncepcje żywych torped znane są także z innych armii, w tym polskiej.

Największa bitwa morska w historii dobiegała końca. Po trzech dniach zmagań floty japońskiej i amerykańskiej u wybrzeży Filipin szala zwycięstwa zdecydowanie przechyliła się na stronę tych drugich. 25 października 1944 r. zdesperowani Japończycy zdecydowali się więc na użycie broni, jakiej świat dotychczas nie widział. Na grupę lotniskowców eskortowych admirała Thomasa L. Sprague'a, kierujących się do zatoki Leyte, gdzie doszło do decydującego starcia, uderzył boski wiatr – kamikadze. Amerykańskie załogi lotniskowców „Sangamon", „Suwannee", „Santee" i „Petrof Bay", zmagając się z koszmarnym upałem i wilgotnością, zajęte były przyjmowaniem i uzbrajaniem samolotów powracających z porannych misji, kiedy nagle z pobliskiej chmury w stronę „Santee" zanurkował samotny japoński myśliwiec Mitsubishi A6M Rei-Sen, popularnie zwany Zero, siekąc wściekle po pokładzie okrętu z broni maszynowej. Takie brawurowe ataki już się uprzednio zdarzały, jednak zaskakujące dla wszystkich było to, że pilot nie podciągnął w ostatniej chwili swojej maszyny, ale uderzył z maksymalną prędkością w pokład startowy, wybijając w nim dziurę i eksplodując wraz z niesioną bombą w jednym z hangarów, w którym zgromadzone były 500-kilogramowe bomby. W wyniku ataku zginęło 16 marynarzy, a 27 zostało rannych.

Kiedy pozostali przy życiu koledzy ruszyli gasić pożary, z nieba niczym grom runął drugi pilot samobójca. Jego celem był lotniskowiec „Sangamon". Tym razem Amerykanie nie dali się zaskoczyć. Samolot, ostrzelany z pokładu sąsiedniego okrętu „Suwannee", został trafiony 100 metrów przed celem i spadł do morza. Podobny los spotkał trzeciego pilota samobójcę, który został zestrzelony przez załogę „Petrof Bay".

Był jednak jeszcze czwarty napastnik. Przyczajonego na wysokości 2500 metrów kamikadze dostrzegli artylerzyści „Suwannee". Wystrzelone pociski poważnie uszkodziły samolot. Japoński pilot był jednak zdeterminowany, aby wypełnić swoją misję. Wprowadził płonący samolot w lot nurkujący i po chwili wbił się w pokład lotniskowca między przednimi podnośnikami i eksplodował pod pokładem startowym.

W tym samym czasie kolejna pięcioosobowa grupa kamikadze startowała z lotniska Mabalacat na Luzonie, kierując się w stronę innej grupy amerykańskich okrętów biorących udział w bitwie w zatoce Leyte. Tym razem lotnicy japońscy obrali nieco inną taktykę. Lecieli bardzo nisko nad powierzchnią morza, aby oszukać amerykańskie radary, a kiedy znaleźli się u celu, gwałtowanie wzbili się na wysokość 1500–2000 metrów i niczym polujące jastrzębie spadli na amerykańskie lotniskowce, na których lądowały właśnie samoloty powracające z misji bojowej.

Artylerii przeciwlotniczej lotniskowca „Fanshaw Bay" udało się zestrzelić dwa myśliwce zmierzające w jego stronę. Dwa trafienia zaliczyła także załoga „White Plains". Jeden z uszkodzonych samolotów japońskich, będąc jeszcze około 150 metrów od celu, zdołał jednak odbić w bok i uderzyć w pokład sąsiedniego lotniskowca „St. Lo". Jego załoga nie miała tyle szczęścia co ich koledzy ze wspomnianego „Santee". 250-kilogramowa bomba podwieszona pod myśliwiec Zero eksplodowała na poziomie hangarów i wywołała reakcję łańcuchową. Potężne detonacje zgromadzonych w magazynach hangarowych bomb i torped w ogłuszających eksplozjach rozerwały kadłub „St. Lo". W ciągu niespełna pół godziny lotniskowiec zniknął pod wodą, stając się trumną dla 113 marynarzy. Kolejnych 30 zmarło później na skutek odniesionych ran.

Dwa pierwsze ataki japońskich pilotów samobójców stały się faktem. Do końca wojny Japończycy mieli przeprowadzić ich jeszcze blisko trzy tysiące.

Opiłki żelaza

„Moim zdaniem istnieje tylko jeden sposób, aby nasza skąpa siła dała maksimum efektu – zorganizowanie jednostek uderzeniowych składających się z myśliwców Zero uzbrojonych w bomby 250-kilogramowe. Z nimi każdy samolot uderzy w nieprzyjacielski lotniskowiec. (...) Co o tym myślicie?" – te słowa wiceadmirała Takijiro Onishiego, wypowiedziane 19 października 1944 r. podczas odprawy 201. jednostki powietrznej w bazie w Mabalacat, zaskoczyły obecnych na niej oficerów. Szok był jednak krótkotrwały. „Tylko dla rozładowania napięcia zastępca dowódcy jednostki, komandor podporucznik Tamai, zapytał jednego z oficerów, jaka byłaby skuteczność takiego ataku – odpowiedź bowiem znali przecież wszyscy. Po chwili Tamai przeprosił admirała i wyszedł, by rozważyć tę sprawę. Wrócił po pewnym czasie i oświadczył, że 201. jednostka powietrzna podejmie się organizacji jednostek taranujących. Decyzja zapadła więc w ciągu kilku minut, ale w tej decyzji były wieki japońskiej historii, w której posłuszeństwo, wierność, poświęcenie aż do ofiary z własnego życia było zawsze uważane za najwyższą cnotę" – pisał Zbigniew Flisowski w swojej znakomitej książce „Burza nad Pacyfikiem".

Dla Japończyka misja kamikadze nie była równoważna z samobójstwem. Piloci nie uderzali w okręt nieprzyjaciela, aby zginąć bohaterską śmiercią, jak – dajmy na to – czynią dzisiaj muzułmańscy fanatycy, którzy uważają, że dzięki temu idą do swojego wyimaginowanego raju, a przy okazji zabijają kilku „niewiernych". Dla pilota kamikadze jego misja miała całkowicie praktyczny cel. Był nim okręt nieprzyjaciela, który w wyniku ich skrajnego poświęcenia miał zatonąć. Śmierć w akcji była jedynie rezultatem, a nie celem.

Japończycy podkreślają także, że misja kamikadze była zawsze bardziej świadectwem miłości do swego kraju i rodziny niż dowodem nienawiści do wroga. Pilot kamikadze Yoshi Miyagi tak scharakteryzował tę postawę: „Pewien przyjaciel rzekł mi, że pilot kamikadze to tylko robot, którym inni sterują. Nie wolno mi okazywać emocji ani mieć osobowości. Jestem niczym, tylko opiłkiem żelaza przyciąganym przez magnes – amerykański lotniskowiec. Amerykanie zwą to samobójstwem... Ale takie samobójstwo jest także formą poświęcenia, które może zostać zrozumiane tylko w Japonii, w kraju idealizmu. Jutro człowiek miłujący wolność pożegna się z tym światem. W głębi serca rad jestem, że zginę".

Idea samobójczych ataków na okręty przeciwnika narodziła się w głowie admirała Onishiego w czasie, kiedy powierzono mu ważną funkcję w ministerstwie uzbrojenia. Zdał sobie wtedy sprawę z gigantycznych problemów z zaopatrzeniem, z jakimi borykała się w drugiej fazie wojny armia japońska. Według niego, aby sprostać wrogowi, który dla odmiany dysponował zasobami niemal nieograniczonymi, trzeba było podjąć środki nadzwyczajne. Admirał wiedział, co robi, rzucając swoją odważną propozycję w czasie odprawy w Mabalacat. Kiedy jego ludzie zaczęli rekrutować ochotników na misje samobójcze, zgłosili się wszyscy piloci 201. jednostki powietrznej. Na początek wybrano osiemnastoosobowy zespół pod dowództwem doświadczonego pilota Yukio Seki. To właśnie on niespełna tydzień później poprowadził atak na amerykańskie lotniskowce w bitwie pod Leyte.

Nowe jednostki uderzeniowe sformowane w bazie Malacabat otrzymały nazwę Shinp? Tokubetsu K?geki Tai, co oznacza Specjalne Jednostki Uderzeniowe Boski Wiatr. Nazwa nawiązywała do zamierzchłej przeszłości, kiedy to pod koniec XIII wieku tajfun dwukrotnie uchronił Japonię przed inwazją ogromnej armii mongolskiej Kubilaja. Japończycy uznali to za dowód opieki bogów i nazwali zbawienny tajfun Boskim Wiatrem. Sami Japończycy częściej odczytują ideogramy oznaczające Boski Wiatr, używając sino-japońskiego określenia „shinp?". Jest ono bardziej oficjalne i dostojniejsze od potocznego, czysto japońskiego „kamikadze".

Do korpusu shinp? trafiali głównie ludzie młodzi, 90 proc. z nich nie ukończyło 24 lat. Często byli to studenci najlepszych japońskich uniwersytetów, ogarnięci patriotycznym zapałem. Większość załóg stanowili ochotnicy. Pod koniec wojny zdarzały się jednak przypadki przymusowego wysyłania zwykłych pilotów na tego typu misje. „Na ścianie mojej jednostki widziałem graffiti: do wczoraj to był problem innych, dziś nadeszła moja kolej, niech to diabli. Tydzień później dowiedzieliśmy się, że nasza grupa szkoleniowa została przekształcona w szwadron kamikadze. Gdy wywiesili listę nazwisk, nie mogłem uwierzyć, że znalazło się tam moje" – wspominał po latach były pilot Nakajima Kazuo. Kazuo miał jednak szczęście – lotnisko zostało zbombardowane, zanim wyruszył w samobójczą misję.

Kamikadze wyróżniali się mundurem z siedmioma guzikami w kształcie płatków kwitnącej wiśni i marynarską kotwiczką na rękawie. Start do misji samobójczej zawsze poprzedzał uroczysty rytuał pożegnalno-pogrzebowy. Ubrani na biało piloci wyrzekali się wszystkiego co ziemskie i do specjalnych białych skrzynek wkładali obcięte kosmyki włosów, paznokcie oraz ostatnie listy do swoich rodzin. W nocy emitowano nawet audycję radiową, w której niektórzy z pilotów przekazywali bliskim słowa pożegnania. Często na dno skrzynek obok listów pożegnalnych trafiały także krótkie haiku pisane przez pilotów. Nierzadko były to przejmujące wyznania. „Niech moja śmierć będzie czysta i nagła jak pęknięcie kryształu" – zanotował 29 października 1944 r. podoficer Isao Matsuo. Inny pilot, tym razem nieznany z nazwiska, wyraził swoje emocje równie poetycko: „Jak kwiat wiśni opadnijmy czyści i promienni".

Piloci samobójcy mogli także przed misją posilić się i skosztować sake, którą dowódca nalewał do małych czarek i podawał osobiście każdemu z nich. Wybrańcy byli żegnani śpiewem przez pozostających w bazie kolegów, a tuż przed wejściem do kabiny samolotu wokół hełmów lotniczych zawiązywali hachimaki, białe płócienne szarfy ozdobione symbolem cesarstwa, które nadawały im jeszcze bardziej dostojny wygląd. Samolot, którym startował pilot kamikadze, miał stać się jego trumną i dlatego mechanicy robili wszystko, aby lśnił czystością.

Mimo że piloci poczytywali sobie za zaszczyt możliwość startu w misji kamikadze (kiedy na przykład loty odwoływano ze względu na niepogodę, wywoływało to olbrzymie niezadowolenie), to jednak nie byli robotami, ale ludźmi mającymi uczucia i tuż przed misją oraz w jej trakcie emocje buzowały w nich niczym lawa w szykującym się do erupcji wulkanie. Strach, zwątpienie, tęsknota mieszały się z przepełniającą ich dumą i miłością do ojczyzny. Niejednokrotnie w nocy poprzedzającej śmierć młodocianych pilotów wartownicy w koszarach słyszeli dochodzący spod koców ich stłumiony płacz. Każdy z pilotów dostawał specjalny podręcznik, w którym japońscy spece od propagandy przekonywali go o słuszności dokonanego wyboru. Nakłaniano ich do wejścia w stan psychiczny zbliżony do transu: „Przekrocz życie i śmierć. Kiedy pozbędziesz się wszelkich myśli o życiu i śmierci, twe ziemskie życie zupełnie przestanie cię obchodzić". Autorzy podręcznika dawali także bardzo praktyczne rady, jak zachować zimną krew w momencie samobójczego ataku: „Znajdziesz się o dwa lub trzy metry od celu. Zobaczysz wyraźnie wyloty luf nieprzyjacielskich dział. Poczujesz się, jak gdybyś nagle unosił się w powietrzu. W owej chwili ujrzysz twarz swojej matki. Nie będzie roześmiana ani zapłakana. Będzie taka jak zawsze... Pamiętaj, aby pikując na [okręt] wroga, krzyczeć najgłośniej jak potrafisz »Hissatsu!« [Zatoń na pewno!]. A wtedy kwiat wiśni w świątyni Yasukuni w Tokio uśmiechnie się do ciebie promiennie".

Kamikadze w misji towarzyszyły samoloty osłony i samolot rozpoznawczy, którego zadaniem było potwierdzić, czy cel został trafiony. Dla pilotów eskorty zwykle taki lot również był misją samobójczą, bo mało który wracał bez szwanku po starciu z myśliwcami chroniącymi amerykańskie lotniskowce i unikał ognia przeciwlotniczego. Kiedy grupa uderzeniowa znalazła się blisko celu, jej dowódca dawał znak do ataku, kołysząc skrzydłami swojego samolotu. Maszyny gwałtownym lotem nurkowym spadały na okręty nieprzyjaciela lub – jeśli im się nie powiodło – do morza.

Amerykanie i Anglicy po pierwszym szoku spowodowanym atakami kamikadze dość szybko znaleźli skuteczne sposoby ich zwalczania. Gdy dostrzegano zbliżającego się wroga, puszczano zasłony dymne, coraz lepiej radziła sobie także artyleria przeciwlotnicza. Samoloty kamikadze były często niszczone jeszcze w powietrzu przez myśliwce osłony, nieustannie patrolujące niebo nad eskadrami okrętów.

Mimo to każdy atak kamikadze był dla alianckich marynarzy sporym przeżyciem. Przytoczmy fragment wspomnień Jamesa Fahleya, marynarza z krążownika „Montpellier", który tak opisywał jeden z ataków w listopadzie 1944 r: „Zestrzeliliśmy swoją porcję samolotów, lecz oto zwaliły się na nas trzy samoloty samobójcze – na szczęście zrzuciły bomby, zanim się z nami zderzyły. Tymczasem samoloty eksplodujące nad nami zasypywały nas swoimi szczątkami. Wyglądało to jak deszcz części samochodowych. Jeden kamikadze skierował się prosto na nas, podczas gdy my strzelaliśmy do innych atakujących samolotów i gdyby obsługa dział 40 mm na lewej burcie nie odstrzeliła Japończykowi skrzydła, zabiłby nas wszystkich. Kiedy mu skrzydło odpadło, samolotem szarpnęło i zwalił się w wodę. (...) Eksplozje były przerażające, gdy samobójcze samoloty rozrywały się w wodzie niedaleko naszego okrętu. Wodę pokrywał czarny dym, który wzbijał się wysoko w powietrze. Wyglądało to tak, jakby woda się paliła. (...) Wszystkie działa na okręcie biły bez przerwy, nie mieliśmy chwili wytchnienia. Gdy trochę przycichło, ludzie zaczęli rozglądać się za pamiątkami po Japończykach. (...) Tu i tam marynarze znajdowali szczątki japońskich pilotów. Jeden marynarz triumfalnie odciął palec od ręki i zdjął z niego pierścionek. (...) Pokład mojego samolotu pokryty był krwią i szczątkami ciał japońskich lotników. Musieliśmy włączyć hydrant, żeby zmyć krew z pokładu".

Kamikadze byli zmorą amerykańskiej i brytyjskiej floty walczącej na Oceanie Spokojnym, ale ostatecznie straty aliantów poniesione w wyniku tego typu akcji były umiarkowane – 56 zatopionych i 273 uszkodzone jednostki nawodne, kosztem życia 3913 pilotów lotnictwa japońskiego. Największe nasilenie ataków kamikadze miało miejsce podczas zaciętych walk o Okinawę w kwietniu 1945 r., gdy do akcji wysłano około 1900 maszyn bojowych.

Im dłużej trwała wojna, tym bardziej Japończykom zaczynało brakować samolotów, które mogliby poświęcić w samobójczych misjach. Stąd zrodził się pomysł, aby użyć w nich także specjalnych samolotów o napędzie rakietowym ?ka (jap. Kwiat Wiśni), przez Amerykanów nazywanych baka, czyli wariat. Miały one bardzo mały zasięg i z tego powodu do miejsca ataku musiały być przenoszone pod kadłubem średnich bombowców Mitsubishi G4M3 „Betty". Charakteryzowała je także mała zwrotność, przez co były bardzo podatne na przechwycenie. Ich atutem był z kolei silnik rakietowy, pozwalający osiągnąć olbrzymią prędkość w locie nurkowym. Łącznie wyprodukowano 755 tych samolotów, z czego większość użyto bojowo.

Morskim odpowiednikiem kamikadze były żywe torpedy o nazwie Kaiten. Na miejsce ataku przewoził je okręt podwodny. Około 7 km od celu sternik zajmował miejsce w torpedzie i ruszał w kierunku swojej ofiary. Teoretycznie kaiteny nie były jednostkami do misji samobójczych, bowiem ich operator mógł je w ostatniej chwili opuścić. W praktyce ze względu na dużą prędkość było to niemożliwe. Żaden z operatorów kaitenów nie przeżył misji bojowej. Do końca wojny wyprodukowano około 419 sztuk tej broni, ale efekt jej użycia był więcej niż mierny. Wadliwa konstrukcja torped sprawiła, że za ich pomocą udało się zatopić zaledwie dwa amerykańskie okręty – zbiornikowiec USS „Mississinewa" oraz niszczyciel USS „Underhill".

Żywe torpedy

Żywe torpedy nie były tak skuteczne jak samobójcze ataki lotnicze, ale to właśnie miniaturowe okręty podwodne były pierwowzorem dla wszelkich zorganizowanych misji samobójczych i dywersyjnych podczas XX-wiecznych konfliktów zbrojnych. Pionierami w tej dziedzinie byli Japończycy, którzy o tego typu jednostkach zaczęli myśleć już podczas wojny z Rosją w 1905 r. Nie wyszły one jednak ze stadium prototypu. W praktyce zastosowali je dopiero Włosi podczas I wojny światowej. Włoska torpeda Mignatta (Pijawka) w nocy z 31 października na 1 listopada 1918 r. zatopiła zacumowany w porcie Pola austro-węgierski pancernik „Viribus Unitis". Misja Mignatty była dla jej załogi bardzo niebezpieczna, ponieważ kierowana torpeda pływała w stanie półzanurzonym, a dwa ładunki po 170 kg trotylu każdy trzeba było ręcznie przytwierdzić do kadłuba nieprzyjacielskiego okrętu.

Włosi wrócili do koncepcji żywych torped w latach 30. XX wieku, kiedy zaczęli podbijać kolonie w Afryce. W ośrodku położonym u ujścia rzeki Serchio stworzono następcę Mignatty, czyli torpedę kierowaną SLC, zwaną przez jej operatorów Maiale (Świnia). Trzy takie urządzenia dokonały najbardziej spektakularnej misji sabotażowej żywych torped podczas II wojny światowej. W nocy z 18 na 19 grudnia 1941 r. w porcie Aleksandria sternicy torped założyli trzy głowice pod pancernikami „Queen Elizabeth" i „Valiant" oraz tankowcem „Saratoga". W wyniku wybuchu „Queen Elizabeth" osiadła na dnie. Pozostałe dwa okręty i kotwiczący w pobliżu niszczyciel „Jervis" zostały ciężko uszkodzone.

Z pomocą torped kierowanych Włosi trzykrotnie atakowali także morską bazę aliantów na Gibraltarze. Uszkodzone włoskie SLC wydobyte z dna portu na Gibraltarze umożliwiły Anglikom zaprojektowanie i wyprodukowanie własnej żywej torpedy o nazwie „Chariot". Powstały trzy prototypy tego urządzenia, ale żaden z nich nie został użyty w walce.

Skłonność do skrajnego poświęcenia dla własnego narodu i misji samobójczych zwykle wzrastała wprost proporcjonalnie do porażek na froncie i często była świadectwem desperacji. Tak było w przypadku Japonii, nie inaczej wyglądała sytuacja w III Rzeszy. Klęski na wszystkich frontach zmobilizowały konstruktorów i dowódców niemieckich do stworzenia własnej koncepcji żywych torped, która zmaterializowała się w postaci torpedy Neger i jej ulepszonej wersji Marder. Po raz pierwszy użyto ich w kwietniu 1944 r. Chociaż negery i mardery nie były w założeniu urządzeniami do misji samobójczych, ich operatorzy zwykle nie wracali już do domu – straty sięgały 75–100 proc. Jednym z większych sukcesów torped Neger było zatopienie w nocy z 7 na 8 lipca 1944 r. jedynego krążownika będącego w posiadaniu polskiej marynarki – ORP „Dragon".

Pod koniec wojny Niemcy sformowali także swoją własną eskadrę kamikadze, nazwaną „Leonidas". Celem niemieckich pilotów-samobójców były radzieckie przeprawy na Odrze. Pierwszy atak przeprowadzono 17 kwietnia 1945 r., ale już trzy dni później szaleńczy rozkaz wycofano. Do tego czasu zginęło 35 pilotów Luftwaffe.

Będziemy walczyć jak furiaci

6 maja 1939 r. na pierwszej stronie „Ilustrowanego Kuriera Codziennego", największego ówcześnie polskiego dziennika, ukazał się nietypowy apel trójki młodych ludzi – Władysława Bożyczki, Edwarda Lutostańskiego i Leona Lutostańskiego. Kilka dni wcześniej spotkali się oni w kawiarni i podczas dyskusji doszli do wspólnego wniosku – czas na stanowczą odpowiedź na obłędne żądania Hitlera. Inspiracją dla nich były doniesienia z frontu wojny chińsko-japońskiej, gdzie podczas walk o Szanghaj trzej żołnierze japońscy za pomocą ręcznej torpedy Bangalore w samobójczym ataku zniszczyli silnie bronione stanowisko chińskie, zabijając 34 obrońców.

Młodzi mężczyźni przy kawiarnianym stoliku wspólnie skreślili następujące słowa: „(...) Ja i moi dwaj szwagrowie wzywamy wszystkich tych Polaków, co chcą niezwłocznie oddać życie za Ojczyznę, jednak nie w szeregach armii razem ze wszystkimi, lecz w charakterze żywych torped z łodzi podwodnych, żywych bomb z samolotów, w charakterze żywych min przeciwpancernych i przeciwczołgowych. Każda zmarnowana torpeda, bomba i mina kosztuje dużo pieniędzy, których nadmiaru nie mamy. Każdy okręt nieprzyjacielski, czołg, pancerka może i tak kosztować życie kilkunastu żołnierzy, zaś jeden człowiek zdecydowany może oddać tylko jedno swoje życie, jako żywy pocisk, czy w torpedzie bombowca, czy minie. Człowiek w torpedzie zawsze znajdzie ten cel, w który zechce trafić i tem samem zaoszczędzi życie innym żołnierzom, zniszczy zaś wielu wrogów".

Apel spotkał się z olbrzymim odzewem. Przedrukowały go inne gazety, informowała o nim redakcja Polskiego Radia i w krótkim czasie do punktów rekrutacyjnych Wojska Polskiego zaczęła płynąć fala ochotników gotowych poświęcić życie w obronie ukochanej ojczyzny. W rezultacie w 1939 r. Polska była jedynym krajem na świecie, w którym miał miejsce publiczny zaciąg ochotników do oddziałów żywych torped. Do momentu wybuchu wojny zgłosiło się ich 4700, w tym 180 kobiet.

W połowie maja w liście do redakcji Halina S. z Pabianic, magister nauk filozoficznych, pisała: „Zgłaszam swój akces do zespołu żywych torped, korzystając z tej szczęśliwej okoliczności, że kandydaci na żywe torpedy to nie muszą być koniecznie ludzie młodzi i mężczyźni. Jest to bowiem niezmiernie szczęśliwa okoliczność, że każdy Polak bez względu na wiek i na płeć czy nawet stan zdrowia może w tym wypadku stanąć na zew swej Ojczyzny. Chcę teraz przejść do czynu".

Przekrój wiekowy ochotników także był zróżnicowany. „Jako mężczyzna 60-letni nie jestem zdolny do odbywania długotrwałych marszów z karabinem [...], ale mógłbym skutecznie obsługiwać torpedę i w ten sposób oszczędzić choćby jedno młode życie [...] Sama myśl, że moją ostatnią spośród wielu podróży, jakie w życiu odbyłem po całym niemal świecie, będę mógł odbyć z takimi honorami, napawa mnie niezmierną radością" – pisał emerytowany dyrektor lwowskiego okręgu PKP.

Do dziś nie udało się jednoznacznie stwierdzić, czy polskie wojsko pod koniec lat 30. opracowało prototypy żywych torped. Być może bodźcem do podjęcia prac projektowych był dopiero napływ ochotników. Jeden z nich, Marian Kamiński, twierdził po wojnie, że odbył specjalne szkolenie, podczas którego jemu i pozostałym 82 ochotnikom pokazano film instruktażowy, świadczący o tym, że polska armia wyprodukowała już 16 torped zdolnych przenieść 200-kilogramowe ładunki wybuchowe.

Wiele innych relacji ochotników na żywe torpedy świadczy jednak o tym, że we wrześniu 1939 r. Polska jeszcze takiej broni nie posiadała, a armia zamierzała wykorzystać zapał kandydatów raczej do ryzykownych lub wręcz samobójczych akcji dywersyjnych (na przykład w Armii Pomorze próbowano później utworzyć samobójczą grupę szturmową, która za pomocą drewnianych pływaków z zamontowanymi ładunkami wybuchowymi miała zniszczyć niemiecki most pontonowy pod Chełmnem). Marynarka Wojenna z grupy ochotników, którzy się do niej zgłosili, wytypowała 87 osób, które miały odbyć specjalne przeszkolenie. Jego termin wyznaczono na 12 października 1939 r. Plany te zniweczyła klęska kampanii wrześniowej. Później do koncepcji polskich żywych torped już nie wracano.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA