fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Krwawa konstytucja Rosji

Borys Jelcyn przed gmachem parlamentu Rosji, 19 sierpnia 1991 r.
AFP
Zanim w grudniu 1993 r. Kreml uchwalił nową ustawę zasadniczą, zwalczające się obozy władzy na ulicach Moskwy rozpętały bratobójczą walkę.

W Rosji lat 1992–1993 rozgorzał spór ustrojowy, który prowadził kraj prosto ku wojnie domowej. Najostrzejsza faza, nazwana kryzysem konstytucyjnym, wylała się na moskiewskie ulice krwawymi starciami, w których zginęło od 120 do nawet 500 osób. Z ideowej walki pomiędzy obozami prezydenckim a parlamentarnym zwycięsko wyszedł Kreml, bo to on przeforsował w grudniu 1993 r. własną ustawę zasadniczą. Było to jednak pyrrusowe zwycięstwo, zważywszy, że interpretacyjne pułapki nowego prawa zapędziły Rosję w ślepy zaułek łamania demokracji.

Koniec władzy sowietów

Kiedy w grudniu 1991 r. przywódcy dotychczasowych republik związkowych ZSRR: Rosji, Białorusi i Ukrainy, podpisali w Białowieży porozumienie o wyjściu z imperium, kończąc jego historię, festiwal demokracji trwał w najlepsze. Na gruzach totalitaryzmu powstawały kolejne partie w pełnym spektrum politycznym, od skrajnych nacjonalistów przez demokratów i liberałów po obrońców starego porządku. Już wkrótce centralnym zagadnieniem ideowego sporu stał się ustrój suwerennej Rosji, a zatem nowe prawo. Od 1917 r. w imperium obowiązywał bowiem system sowiecki lub nazywając rzecz precyzyjnie – sowietów. Było to unikalne zjawisko, szczególnie na tle zachodniego dorobku w tej materii.

Po październikowym puczu Lenin chciał nadać bolszewickiej dyktaturze pozory demokracji, jednakże nie mógł wykorzystać doświadczeń „zgniłego" systemu burżuazyjnego. Trójpodział władzy natychmiast odebrałby komunistom polityczne łupy, które z takim trudem zdobyli. Tak powstał potworek ustrojowy, czyli władza sowietów – rad. Nominalnie wszystko było w porządku, bo rady były wybierane w powszechnym głosowaniu obywateli i pełniły rolę przedstawicielskich organów stanowienia prawa. Problem polegał jednak na tym, że czerpiąc z charakterystycznej dla Rosji zasady soborowości, a więc z tradycji zgromadzeń ludowych, sowiecka struktura rad nabrała hierarchicznego charakteru, od gmin poprzez obwody oraz republiki związkowe po centralny zjazd rad pełniący funkcję najwyższej władzy państwowej i quasi-parlamentu. Drugą osobliwością był fakt, że rady wszystkich szczebli łączyły w sobie funkcje prawodawcze, wykonawcze i kontrolne. Z grona delegatów wybierano tzw. ispołkomy (komitety wykonawcze) wszystkich szczebli, w tym rząd, znany zresztą początkowo jako rada komisarzy ludowych. Lenin motywował utworzenie sowietów przejęciem rządów przez narody ZSRR. Naprawdę rady były jedynie pasem transmisyjnym służącym maskowaniu równoległej i totalitarnej struktury władzy, czyli komitetów partii komunistycznej. System rad został zapisany w konstytucji stalinowskiej 1935 r. i powtórzony w ustawie zasadniczej epoki Leonida Breżniewa z 1978 r. Radziecka propaganda mówiła o najdoskonalszej na świecie leninowskiej demokracji, w której władzę od dołu do samej góry sprawują przedstawiciele ludu, decydując przy tym o wszystkim i wszystko zarazem kontrolując.

Sytuacja zmieniła się w okresie pieriestrojki, czyli w czasie politycznej odwilży Michaiła Gorbaczowa. Ostatni sekretarz generalny KPZR spotkał się z oporem własnego zaplecza partyjnego, które w próbach reformowania imperium ujrzało zagrożenie swojej egzystencji. Bojkot partyjnych jaczejek wymusił na Gorbaczowie literalne przestrzeganie konstytucji, czyli rzeczywiste przeniesienie władzy do rad. Od tego czasu w Moskwie trwał permanentny Zjazd Deputowanych Ludowych, który przejął nadzwyczajne kompetencje ustawodawcze od quasi-parlamentu – Rady Najwyższej i świeżo powołanej Rady Narodowości. Cały ten sowiecki bałagan przedstawicielski odziedziczyła Rosja.

Jaka republika?

Struktura władzy państwowej, jej kompetencje i podstawy prawne wymagały pilnego uporządkowania, bo kraj pogrążał się w chaosie. Decyzje ponad tysiąca delegatów zjazdu deputowanych przeczyły uchwałom podejmowanym przez reprezentacje różnych sił politycznych w Radzie Najwyższej, a wszystkie organy przedstawicielskie chciały kontrolować władzę wykonawczą, czyli rząd i prezydenta, ze względu na jej prawo wydawania dekretów równych ustawom. Działania porządkujące były tym pilniejsze, że sytuacja ekonomiczna stawała się z każdym dniem coraz bardziej dramatyczna. Rozpadał się bowiem administracyjny system nakazowo-rozdzielczy, kooperacja pomiędzy niepodległymi już republikami została przerwana, a obywatelom zagrażał głód. Narody Rosji politycznie wrzały i żądały pełni praw obywatelskich, aż do niepodległości włącznie.

Nie można zapominać, że był to czas tzw. parady suwerenności, która skutkowała szeregiem krwawych konfliktów zbrojnych. Taki los zagrażał także Rosji, którą zamieszkiwało ponad 100 grup etnicznych i każda chciała skorzystać na osłabieniu władzy centralnej w Moskwie. Czeczenia odmówiła wejścia w skład nowego państwa, a bogate republiki narodowościowe, takie jak Tatarstan i Baszkiria, żądały dla siebie specjalnych warunków politycznych, np. prymatu swojego prawa nad federacyjnym. Na wszystkie kłopoty nałożyły się osobiste ambicje prezydenta Borysa Jelcyna i spikera parlamentu Rusłana Chasbułatowa, niespełnionego czeczeńskiego ekonomisty, który widział się co najmniej w roli autora reintegracji ZSRR. W czym towarzyszyli mu politycy o różnej proweniencji, od generała i wiceprezydenta Aleksandra Ruckoja przez szefa neofaszystowskiego Rosyjskiego Zjednoczenia Narodowego Alberta Makaszowa po młodego aparatczyka byłej KPZR i lidera odbudowy komunistycznych wpływów Giennadija Ziuganowa. Za takimi postaciami i ideowym sporem kryła się przyziemna, ale zażarta rywalizacja nomenklaturowych grup ostrzących sobie apetyty na ogromny majątek państwowy, który wydawał się niczyj. Z jednej więc strony stanęli czerwoni dyrektorzy kompleksów surowcowych, a zwłaszcza wojskowo-przemysłowych, którzy bronili dotychczasowych synekur. Z drugiej – postkomunistyczni wybrańcy dążący do nowego rozdziału sfer wpływów na drodze odgórnej prywatyzacji. Pierwsi gromadzili się w parlamencie, drudzy stawiali na Kreml.

Wszyscy dostrzegali pilną konieczność opracowania nowej konstytucji, która ległaby u podstaw korzystnego dla nich porządku prawnego i ustrojowego, tym bardziej że możliwości dokonywania kolejnych poprawek konstytucji ZSRR były już wyczerpane, bo takie państwo nie istniało.

Rosja chciała także przejąć prawnomiędzynarodową schedę po imperium, np. w takich organizacjach jak ONZ. Ale Jelcyn i Chasbułatow różnie definiowali swoje interesy. Według konserwatywnych obrońców dotychczasowego porządku byt polityczny należało oprzeć na istniejących radach i parlamencie w dotychczasowym kształcie. Kreml wyobrażał sobie Rosję jako republikę o mieszanym, czyli prezydencko-parlamentarnym systemie władzy i suwerennej władzy sądowniczej. Największy spór między zwolennikami parlamentaryzmu i silnej prezydentury rozgorzał, rzecz jasna, wokół reformowania gospodarki. Obie strony zarzucały sobie chęć korupcyjnego zagarnięcia majątku narodowego i doprowadzenie obywateli do ruiny.

Wiosną 1992 r. testem siły konkurujących ośrodków władzy stało się formowanie rządu. Jeszcze w schyłkowym okresie ZSRR Jelcyn powołał na to stanowisko młodego ekonomistę Jegora Gajdara, zwolennika „szokowej terapii" gospodarczej. Jej elementami miało być uwolnienie cen, liberalizacja rynku i prywatyzacja majątku państwowego. Jednak kategoryczny sprzeciw parlamentu zaowocował niekonsekwentnymi reformami. Gajdar zdążył uwolnić ceny i nic więcej, tak więc w Rosji zapanowała hiperinflacja mierzona ponad 300 procentami rocznie. Na rynku pojawiła się nadwyżka pieniądza niemająca pokrycia w produkcji towarowej, a z drugiej strony oszczędności obywateli straciły swą wartość. Jelcyn usiłował legalizować kolejne reformy z pominięciem Rady Najwyższej, czyli dekretami, i poddał miażdżącej krytyce pracę Zjazdu Deputowanych Ludowych, a obie instytucje odpowiedziały wotum nieufności wobec Gajdara. W grudniu 1992 r. deputowani odmówili przedłużenia jego kadencji i podjęli uchwałę o stabilizacji porządku konstytucyjnego. Skutkiem kompromisu stał się rząd Wiktora Czernomyrdina, szefa prywatyzowanego właśnie Gazpromu, który z racji znaczenia tej korporacji dla finansów publicznych był akceptowany przez obydwa obozy. Był to także czas, gdy po stronie parlamentu opowiedział się wiceprezydent Aleksander Ruckoj, oskarżając Jelcyna o niszczenie armii i przemysłu obronnego. Razem z Chasbułatowem podważali prawną moc porozumień białowieskich, co otwierało ich zdaniem drogę do przywrócenia ZSRR.

Dekret nr 1400

Wiosna 1993 r. upłynęła więc pod znakiem podjazdowej wojny politycznej, która ujawniła, że Kreml i parlament prą do otwartej konfrontacji, a wrogie manewry nabierają tempa. W marcowym wystąpieniu telewizyjnym prezydent oświadczył, że na mocy dekretu wstrzymuje obowiązywanie dotychczasowej konstytucji, zapowiadając jednocześnie wprowadzenie „specjalnego porządku prawnego". W spór wtrącił się jednak Sąd (trybunał) Konstytucyjny, który unieważnił dekret, a sędziowie zarzucili prezydentowi złamanie ustawy zasadniczej w 12 punktach. Dało to podstawę do działania Zjazdu Deputowanych Ludowych, który podjął próbę odsunięcia Jelcyna od urzędu. Wbrew nadziejom konserwatystów głosowanie nad impeachmentem (także dzięki politycznemu przekupstwu) zakończyło się dla prezydenta pomyślnie. Wobec tego deputowani zarządzili na kwiecień referendum. Obywatele mieli odpowiedzieć na pytania: czy ufają prezydentowi? Czy akceptują jego politykę gospodarczą realizowaną przez rząd? Czy chcą przedterminowych wyborów prezydenckich? Czy widzą potrzebę wyborów parlamentarnych? Była to pierwsza w historii współczesnej Rosji kampania plebiscytowa, którą ze strony Kremla kierowali profesjonaliści, dlatego Rosjanie poparli Jelcyna, odpowiadając według schematu: „tak – tak – nie – tak". Nic dziwnego, że Kreml opublikował w gazecie „Izwiestia" korzystny dla siebie projekt konstytucji, na co opozycja 1 maja odpowiedziała potężną demonstracją i starciami z milicją.

Po wakacyjnej przerwie, we wrześniu, prezydent zdymisjonował swojego zastępcę Ruckoja i zdecydował o powołaniu Zebrania Konstytucyjnego. Na forum tej instytucji wszystkie siły polityczne mogłyby osiągnąć kompromis, oczywiście, jego ramy wyznaczał projekt kremlowski. Taki scenariusz był nie do przyjęcia przez deputowanych, którzy zbojkotowali zebranie i podali w wątpliwość dymisję wiceprezydenta. Wobec takiej postawy 21 września 1993 r. Jelcyn sięgnął po najostrzejszy argument prawny i podpisał dekret, który postawił Rosję na granicy wojny domowej.

Dokument nosił okrągły numer 1400 i tytuł „O stopniowym wprowadzeniu reformy konstytucyjnej". Przewidywał rozwiązanie zjazdu deputowanych oraz obu izb dotychczasowego parlamentu. O nowych przedstawicielach zasiadających w nowym parlamencie, noszącym nazwę Zgromadzenia Federalnego i składającym się z izby niższej – Dumy Państwowej i wyższej – Rady Federacji, mieli zadecydować Rosjanie w kolejnych wyborach zapowiedzianych na grudzień i połączonych z plebiscytem konstytucyjnym. Do tego czasu obowiązywał zapowiedziany we wcześniejszym dekrecie szczególny sposób sprawowania władzy, czyli nadzwyczajne uprawnienia prezydenckie.

Krwawe wydarzenia

Jak można było się spodziewać, zjazd deputowanych przyjął uchwałę, która uznawała dekret nr 1400 za nieważny. Taką decyzję poparł Sąd Konstytucyjny, określając działania prezydenta jako sprzeczne z ustawą zasadniczą, a więc pozaprawne. W uzasadnieniu można przeczytać, że skoro konstytucja z 1978 r. przestaje obowiązywać, to uprawnienia głowy państwa również de iure wygasają. Wobec korzystnego werdyktu prawnego Rada Najwyższa podjęła uchwałę o pozbawieniu Jelcyna władzy i przekazaniu jego kompetencji wiceprezydentowi. Parlament i zjazd deputowanych zarządziły permanentne posiedzenia i zmobilizowały swoich stronników w oczekiwaniu na nieuchronny siłowy wariant rozwoju sytuacji.

Wokół tzw. białego domu, który wówczas był siedzibą parlamentu (obecnie siedziba rządu), wyrosły barykady obsadzone przez aktywistów, a także bojówkarzy nacjonalistycznych i komunistycznych. Wśród zebranych przeważali rezerwiści wojskowi i byli funkcjonariusze MSW. Okazało się także, że w gmachu parlamentu znajdują się znaczne zapasy broni, w tym kilkaset automatów AK, ręczne karabiny maszynowe, karabiny snajperskie i granatniki przeciwpancerne, a więc pokaźny arsenał. W kolejnych dniach zjazd deputowanych zakwalifikował politykę prezydenta jako próbę zamachu stanu i zaproponował przeprowadzenie jednoczesnych wyborów parlamentarnych i prezydenckich w 1994 r. Kreml odpowiedział odmownie, wobec czego w osiągnięcie kompromisu zaangażował się Aleksiej II, ówczesny patriarcha prawosławny Rosji. Takie działania były bardzo na czasie, bo na ulicach doszło do pierwszych starć, nieznani sprawcy napadli na jeden z obiektów wojskowych, co posłużyło jako pretekst do otoczenia gmachu Rady Najwyższej przez kordon OMON-u. Aby uniemożliwić ewentualne wystąpienia opozycji w innych regionach kraju oraz jakąkolwiek koordynację działań, w budynku odcięto prąd i wszelką łączność, a także wodę. Sytuacja stała się wybuchowa, ale pośrednictwo patriarchy wydawało się przynosić rezultaty. Obie strony zobowiązały się do ustępstw, siły rządowe obiecały przywrócić media i komunikację ze światem, a opozycja złożyć broń.

Były to złudne nadzieje, bo 3–4 października 1993 r. sytuacja wymknęła się całkowicie spod kontroli. Do dziś nie wiadomo, kto zaczął awanturę, wiadomo tylko, że padły strzały. Obrońcy „białego domu" uznali je za początek zbrojnego ataku sił prezydenckich i, odpowiadając ogniem, wezwali swoich stronników do pomocy. Tłum przerwał kordony milicyjne, rozbrajając przy okazji funkcjonariuszy. Zdobyto kilka ciężarówek oraz transporterów opancerzonych. Opanowano także pobliski budynek moskiewskiego ratusza. Tego samego dnia na apel Ruckoja i Chasbułatowa zwolennicy parlamentu ruszyli pod siedzibę telewizji. W Ostankino doszło do tragedii: na strzały ze strony atakujących odpowiedzieli funkcjonariusze grupy specjalnej „Witiaz", którzy bronili obiektu. Zabito około 50 napastników, wśród poległych było także kilku dziennikarzy. Pierwszy program państwowej TV przerwał nadawanie, jednak wszystkie środki przekazu pozostały w rękach Kremla. Wobec zaostrzenia sytuacji Jelcyn zarządził ściągnięcie do stolicy dużych jednostek wojskowych, w tym dwóch dywizji zmechanizowanych, i jednostek ministerstwa spraw wewnętrznych. Oddziały otoczyły „biały dom" potrójnym kordonem, a ustawione na pobliskim moście czołgi ostrzelały parlament na wysokości 13. i 14. piętra. Gmach stanął w ogniu – w ten sposób jego obrońcy zostali zmuszeni do kapitulacji.

Następstwa

Ruckoj i Chasbułatow oraz inni liderzy opozycyjni zostali aresztowani i osadzeni w Więzieniu Lefortowskim, a po kilku miesiącach, bez procesu, wszystkich zwolniono na mocy amnestii. Według oficjalnych szacunków późniejszej komisji parlamentarnej w krwawych wydarzeniach ulicznych życie straciło ponad 120 osób. Pokonani mówią o co najmniej 500, jeśli nie o 1000 zabitych i podobnej liczbie rannych. Tym niemniej Jelcyn osiągnął swój cel i już 5 października rozpoczął reformę konstytucyjną. 12 grudnia odbył się plebiscyt konstytucyjny, w którym Rosjanie opowiedzieli się za przyjęciem nowej ustawy zasadniczej, w której prezydent zyskał rozległe prerogatywy władzy. W tym samym głosowaniu obywatele wybrali deputowanych nowego parlamentu, ale wyniki zaskoczyły zarówno dotychczasową opozycję, jak i obóz reform. Pierwsze miejsce zdobyła partia liberalno-demokratyczna, a w rzeczywistości nacjonalistyczno-populistyczne ugrupowanie Władimira Żyrinowskiego. Dopiero kolejne miejsca zajęły: blok projelcynowski i komuniści. Na wieść o takich rezultatach, jeden z ówczesnych publicystów zareagował frazą: „Rosjo, zdurniałaś!", która przeszła do najnowszej historii tego kraju.

Krwawa konstytucja nie przyniosła rozwiązania rosyjskich kłopotów społecznych i gospodarczych. Wręcz przeciwnie: silne prerogatywy prezydenckie posłużyły do stopniowej marginalizacji instytucji demokratycznych, w tym przede wszystkim parlamentu i wymiaru sprawiedliwości postrzeganych jako niezbędne instrumenty kontroli nad władzą wykonawczą. Jelcynowski „zamach" dał zielone światło do manipulacji ustawą zasadniczą, co wraz z inżynierią społeczną i propagandą pozwoliło na zastosowanie wątpliwej z punktu widzenia prawa procedury przekazania władzy Władimirowi Putinowi. W ślad za zmianami ustrojowymi nie poszły, niestety, strukturalne reformy gospodarcze. Na skutek odgórnej prywatyzacji, realizowanej według kryteriów lojalności lub przydatności politycznej, bogaci przedstawiciele komunistycznej nomenklatury stali się jeszcze bogatsi, podobnie jak prezydenccy poplecznicy i kremlowscy urzędnicy. W Rosji powstała ogromna przepaść pomiędzy oligarchami a resztą społeczeństwa. I podobnie jak w przypadku władzy sowietów, dziś instytucje konstytucyjne są tylko listkiem figowym dla rządów nowej nomenklatury.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA