fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Ekspedycja Franklina w Arktyce. W lodowej pułapce

Obraz będący wyobrażeniem tego, jak skończyli uczestnicy ekspedycji dowodzonej przez Franklina
BEW
Chcieli odnaleźć Przejście Północno-Zachodnie, a znaleźli śmierć.

Po blisko 176 latach od zaginięcia ekspedycji Franklina w Arktyce wciąż nie poznaliśmy wszystkich szczegółów tej tragicznej wyprawy.

5 maja 1859 r.

Porucznik Royal Navy William Hobson zaczyna przemarzać. Od kilkunastu minut stoi niemal bez ruchu, smagany podmuchami lodowatego wiatru, cierpliwie czekając, aż jego ludzie rozbiją zamarznięty kopiec kamieni. Wypatrzyli go ze sporej odległości – wzniesiona ludzką ręką konstrukcja wyróżniała się na tle monotonnego krajobrazu lodowej pustyni. Kopiec wiadomości, tak je nazywają polarnicy. Może się okazać jedynie stertą głazów, jak ten, na który natknęli się wczoraj, ale równie dobrze skrywać ważne informacje. Zmęczony Hobson skłania się raczej ku pierwszej opcji, ale ku swojemu zaskoczeniu po chwili trzyma w dłoniach metalowe pudełko. W środku znajduje pożółkły i poplamiony zwitek papieru. Na pierwszy rzut oka to standardowy druk Royal Navy określający położenie tego, kto go zostawił. Pokrywają go jednak gęsto odręczne notatki. Wypełniają nie tylko część druku do tego przeznaczoną, ale także wszystkie wolne miejsca na marginesach. Hobson przelatuje wzrokiem zapiski i już po chwili wie, że ich wysiłek nie poszedł na marne. Pierwsza wiadomość jest z 28 maja 1847 r. Informuje, że okręty „Erebus" i „Terror" przezimowały w lodzie u północno-zachodniego wybrzeża Wyspy Króla Williama, a wcześniej zimowały na wyspie Beechey. Kończy się optymistycznym zdaniem: „Sir John Franklin dowodzi wyprawą. Wszystko w porządku". Chaotyczne zapiski na marginesie są późniejsze, datowane na 25 kwietnia 1848 r. Ich treść jest jeszcze ważniejsza. I znacznie bardziej ponura.

Mapa Zatoki Frobishera
Mapa Zatoki Frobishera z 1864 r. Zatoka znajduje się u południowo-wschodnich wybrzeży Ziemi Baffina w Ameryce Północnej
Alamy Stock Photo / BEW

25 kwietnia 1848 r.

Kapitan Francis Crozier patrzy na druk wydobyty z kopca wiadomości, który zostawili tam prawie rok wcześniej. „Nic już nie jest w porządku" – myśli. Zamoczywszy końcówkę stalówki w atramencie, zaczyna pisać na marginesach, co pewien czas obracając dokument. Fragmenty tekstu bezgłośnie wybrzmiewają w jego głowie: „Okręty »Terror« i »Erebus« zostały opuszczone 22 kwietnia (...) uwięzione w lodzie od 12 września 1846 r. (...) sir John Franklin zmarł 11 czerwca 1847 r. (...) całkowite straty do tej pory: 9 oficerów i 15 marynarzy (...) 105 pozostałych przy życiu pod dowództwem kapitana F. R. M. Croziera jutro (...) wyruszy w stronę rzeki Back". Crozier podpisuje się i podaje zwitek kapitanowi „Erebusa" Jamesowi Fitzjamesowi. Ten również sygnuje notatkę i przekazuje ją czekającemu w ich prowizorycznym namiocie matowi, który natychmiast wychodzi. Obaj oficerowie, z odległości i w milczeniu, obserwują, jak grupka marynarzy umieszcza zapiski w kopcu wiadomości. Crozier nie należy do optymistów. Wątpi, czy wyprawa w stronę rzeki ich uratuje. Zapewne arktyczne piekło ponownie pokrzyżuje im plany. Chciałby się mylić. Niestety, jak zwykle będzie miał rację.

Przejście Północno-Zachodnie

Rankiem 19 maja 1845 r. z portu w Greenhithe w Anglii wypłynęły dwa żaglowce: HMS „Erebus" i HMS „Terror". Na ich pokładach znajdowało się 24 oficerów i 110 członków załogi. Dowodził sir John Franklin, który jednocześnie był kapitanem „Erebusa" (drugim oficerem mianowano Jamesa Fitzjamesa), a jego zastępcą został kapitan „Terroru" Francis Crozier. Brytyjska Admiralicja postawiła przed ekspedycją ambitny cel – mieli wytyczyć żeglowną drogę morską przez Arktykę, łączącą Morze Baffina i Morze Beauforta, czyli tzw. Przejście Północno-Zachodnie.

Stawka była wysoka, sukces wyprawy pozwoliłby bowiem znacząco skrócić drogę z Europy na zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych i do Azji. Lód, skrajnie niskie temperatury i silny wiatr stanowiły jednak ekstremalne wyzwanie dla każdego żeglarza i odkrywcy. Część terenów, przez które miała się przedostać wyprawa Franklina, była już zbadana i naniesiona na mapy przez jego poprzedników, inne stanowiły wciąż terra incognita. 59-letni John Franklin nie był polarnym nowicjuszem. Miał za sobą udział w trzech wyprawach na teren Arktyki i duże doświadczenie w przetrwaniu w ekstremalnych warunkach. Nieco żartobliwie, ale i z podziwem, nazywano go „człowiekiem, który zjadł swoje buty", nawiązując do wydarzeń, jakie ponoć miały miejsce podczas jednej z ekspedycji. Poza wytyczeniem drogi północnej Franklin miał też sporządzić mapy ponad 500 km nieeksplorowanej linii brzegowej Arktyki oraz zebrać odczyty pola magnetycznego wokół bieguna północnego.

Poza Franklinem spore doświadczenie polarne mieli jeszcze Crozier, Fitzjames i czterech innych oficerów. Większość załogi zanurzała się w głąb mroźnej Arktyki po raz pierwszy. Anglicy byli jednak pewni siebie, ponieważ wyprawa została przygotowana niezwykle starannie i wyposażona w najnowsze wynalazki ówczesnej techniki morskiej. „Erebus" i Terror" pływały już po arktycznych akwenach, ale specjalnie na tę wyprawę żaglowce wyposażono w silniki parowe wymontowane z lokomotyw, które pozwalały im rozwinąć prędkość 4 węzłów na godzinę (7,4 km/h). Kadłuby wzmocniono wewnątrz ciężkimi belkami dębowymi, na zewnątrz – grubą blachą stalową. Ster oraz śruby zabezpieczono metalowymi osłonami, aby nie uszkodził ich lód. Pomieszczenia dla załogi wyposażone były w centralne ogrzewanie parowe. Strawę dla ciała stanowiło 8 tys. puszek z mięsem, które miały wystarczyć na trzy lata, a „dla ducha" przygotowano bibliotekę z ponad tysiącem książek oraz pianolę z 50 utworami. Panowało powszechne przekonanie, podsycane przez prasę, że tak dobrze przygotowana wyprawa jest po prostu skazana na sukces. Lekceważona przez butnych ludzi natura szykowała jednak śmiertelną pułapkę.

Bez śladu

Franklin uznał, że kluczem do sukcesu wyprawy będzie także dyscyplina. Zabronił m.in. pijaństwa i przeklinania. Być może łamanie tych restrykcji było przyczyną odesłania do kraju pięciu marynarzy, kiedy okręty zawinęły do portu na wyspach Whalefish w zatoce Disko na zachodnim wybrzeżu Grenlandii. Na statkach zostało łącznie 129 osób. Podczas tego postoju zarżnięto dziesięć wołów i ich mięsem uzupełniono zapasy. Pod koniec lipca 1845 r. „Erebus" i „Terror" były po raz ostatni widziane na Morzu Baffina przez załogi dwóch statków wielorybniczych. Franklin czekał na dobrą pogodę, aby wprowadzić okręty w Cieśninę Lancastera, która stanowiła początek Przejścia Północno-Zachodniego. Od tego momentu wszelki ślad po nich zaginął.

W 1848 r., pod naciskiem brytyjskiej opinii publicznej, a przede wszystkim żony Johna Franklina, lady Jane, zorganizowano pierwszą ekspedycję ratunkową. A potem kolejne. Śmiałków gotowych wyruszyć na daleką północ nie brakowało, ponieważ – obok przygód i chwały – kusiła ich także wysoka nagroda wyznaczona przez Admiralicję w wysokości 20 tys. funtów (ponad 1,8 mln według kursu z 2018 r.). Na pierwsze ślady natrafiono w 1850 r. na wysepce Beechey, położonej w pobliżu większej Wyspy Cornwallisa. Poza ruinami obozowiska i wielką stertą puszek odnaleziono trzy groby członków wyprawy.

Naprawdę niepokojących informacji dostarczyły dopiero odkrycia szkockiego podróżnika Johna Rae, który pracował dla Kompanii Zatoki Hudsona i z jej polecenia odbywał liczne podróże w okolicach podbiegunowych. W 1854 r. w rejonie półwyspu Boothia dowiedział się od przedstawicieli miejscowego plemienia Inuitów, że kilka lat wcześniej spotkali oni na Wyspie Króla Williama 30-, 40- -osobową grupę głodnych i wynędzniałych białych ludzi zmierzającą na południe. Inuici twierdzili, że przybysze byli w złym stanie fizycznym, ale także psychicznym, i posuwali się nawet do aktów kanibalizmu. Na potwierdzenie swoich słów przekazali Rae wiele drobnych przedmiotów należących poprzednio do Europejczyków, m.in. srebrny talerz z wygrawerowanym napisem „Sir John Franklin". John Rae otrzymał połowę wyznaczonej przez Admiralicję nagrody, a jego odkrycia potwierdzili inni podróżnicy pracujący dla Kompanii, którzy rok później odnaleźli kolejne artefakty na wyspie Montreal w zatoce Chantrey Inlet, gdzie rzeka Back wpada do morza.

W marcu 1854 r. Wielka Brytania oficjalnie uznała członków ekspedycji za zmarłych i przestała finansować kolejne wyprawy. Lady Franklin opłaciła więc z własnej kieszeni poszukiwania prowadzone przez Francisa McClintocka w 1859 r. Kobieca intuicja jej nie zawiodła – to właśnie jeden ze zwiadowców McClintocka por. William Hobson odnalazł notatki ukryte w kopcu na Wyspie Króla Williama oraz porzuconą łódź ratunkową, dwa szkielety i liczne przedmioty należące do członków wyprawy. Odkrycia te nie pozostawiały złudzeń co do losu dowódcy wyprawy, nadal jednak nie było wiadomo, co stało się z pozostałymi jej uczestnikami i gdzie są oba okręty.

Piekło zamarzło

Kolejne przełomowe odkrycia przyniosły dopiero czasy współczesne. Na początku lat 80. XX w. Owen Beattie, profesor antropologii z Uniwersytetu Alberty, przeprowadził wykopaliska archeologiczne i ekshumacje na Wyspie Króla Williama i wyspie Beechey. W latach 90. podobne badania kontynuował zespół Anny Keenlyside, archeolożki i antropolożki z Uniwersytetu Londyńskiego. Obydwie analizy potwierdziły, że przekazywane z pokolenia na pokolenie mrożące krew w żyłach opowieści Inuitów były prawdziwe – przynajmniej niektórzy wygłodniali i zdesperowani marynarze z „Erebusa" i „Terroru" dopuścili się aktów kanibalizmu. O relacjach tubylców wspominały już raporty Johna Rae, Charlesa Francisa Halla z 1869 r. i Fredericka Schwatki, który szukał śladów wyprawy Franklina w 1879 r. Inuici wspominali m.in. o znalezieniu wysokich skórzanych butów wypełnionych gotowanym ludzkim mięsem i odpiłowanych kończynach zabieranych jako prowiant na dalszą drogę przez białych ludzi błądzących po śnieżnym pustkowiu.

Naukowcy pracujący w latach 80. i 90. przebadali odkryte wcześniej miejsca pochówku, ale na Wyspie Króla Williama odnaleźli również setki luźno porozrzucanych ludzkich kości. Na wielu z nich grupa Keenlyside zidentyfikowała nieregularne nacięcia świadczące o odcinaniu mięsa ostrymi narzędziami. Część kości miała oznaki pękania i wygładzania o garnek – tracący zmysły wygłodniali ludzie próbowali w ten sposób wydobyć szpik kostny. Zespół Owena Beattie natknął się na czaszkę, którą ktoś rozłupał, próbując się dostać do mózgu.

Czy tylko skrajny głód mógł doprowadzić ludzi do szaleństwa, które było silniejsze niż jedno z najważniejszych cywilizacyjnych tabu? Beattie, ekshumując i badając pojedyncze kości oraz szczątki jednego z marynarzy pochowanych na wyspie Beechey, odkrył, że zawierają one znacznie podwyższony poziom ołowiu. Podobne wyniki przyniosły także późniejsze odkrycia i analizy laboratoryjne. Źródła, z których sączyła się ołowiana trucizna, były co najmniej dwa – puszki z żywnością oraz system destylacji wody pitnej. Już w XIX w. stwierdzono, że dostawca żywności dla wyprawy Stephen Goldner z powodu pośpiechu i oszczędności nie tylko powkładał do wielu konserw zepsute mięso, ale – co gorsza – w sposób nieprawidłowy zalutował je ołowiem. Lutowanie było „grubo i niechlujnie zrobione, a lut spływał po wewnętrznej powierzchni jak wosk ze świecy". Dodatkowo „Erebusa" i „Terror" wyposażono w unikalny jak na tamte czasy system oczyszczania wody, który najprawdopodobniej wykonany był w dużej części z ołowiu. Poprzez wodę pierwiastek ten wnikał do organizmów marynarzy jeszcze szybciej niż przez zatruty pokarm.

Do niedawna ta ostatnia teza była trudna do zweryfikowania, nie udawało się bowiem odnaleźć wraków okrętów ekspedycji Franklina. Dopiero we wrześniu 2014 r. na dnie Zatoki Królowej Maud, na zachód od wyspy O'Reilly, Kanadyjczycy namierzyli „Erebusa". Dwa lata później u wschodnich wybrzeży Wyspy Króla Williama odnaleziono doskonale zachowany „Terror". Z obu wraków nurkowie wciąż wydobywają setki przedmiotów pozostawionych przez ludzi Franklina, które poddawane są dokładnej analizie w specjalistycznych laboratoriach. Co ciekawe, oba okręty znajdowały się w dużej odległości od siebie i znacznie dalej na południe niż ostatnia znana pozycja wyprawy.

Dzięki ponad 50 wyprawom ratunkowym, odkrywczym i naukowym udało się chociaż w ogólnym zarysie odtworzyć przebieg wyprawy Franklina aż do kwietnia 1848 r., kiedy to Crozier wydał desperacki rozkaz opuszczenia uwięzionych w lodzie statków i dotarcia pieszo po lodzie do stałego lądu. Ostatni akt tragedii wciąż osnuty jest mgłą tajemnicy, musiała to być jednak prawdziwa droga przez piekło. Ekstremalne zimno powodujące hipotermię, zatrucie ołowiem, postępujący szkorbut, gruźlica, zapalenie płuc i inne choroby, w połączeniu z coraz większym głodem sprawiły, że ludzie zaczęli masowo popadać w szaleństwo, a potem umierać. Niektórzy w akcie skrajnej rozpaczy ćwiartowali i zjadali zwłoki swoich zmarłych towarzyszy. Najprawdopodobniej podzielono się na mniejsze grupy, które na własną rękę szukały ratunku. Być może jedna z nich wróciła na „Erebusa" i – kiedy mróz trochę zelżał – próbowała popłynąć na południe, co tłumaczyłoby zaskakujące położenie wraku statku, z dala od „Terroru" i Wyspy Króla Wiliama. Ostatecznie nikt z uczestników wyprawy Franklina nie przeżył. Do dzisiaj badacze próbują się dowiedzieć, jak wyglądały ostatnie chwile ich życia, by odpowiedzieć na pytanie, co tak naprawdę ich zabiło i dlaczego nigdy nie zdecydowali się skorzystać z pomocy miejscowych Inuitów.

Wyprawa Franklina z 1845 r. miała tylko jeden pozytywny aspekt. Jej zaginięcie wywołało trwającą wiele lat akcję poszukiwawczą, w trakcie której kolejni odkrywcy nanosili na mapy nieznane dotychczas lądy, morza, jeziora, rzeki i lodowce, przyczyniając się do gruntownego poznania terenów arktycznych Kanady. Przejście Północno-Zachodnie jako pierwszy przepłynął dopiero Roald Amundsen na statku „Gjoa" w latach 1903–1905. Droga okazała się jednak na tyle niebezpieczna, że nigdy nie nabrała komercyjnego charakteru, chociaż postępujące w ostatnich dekadach ocieplenie klimatu może to w końcu zmienić.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA