fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Jak świat medyczny poradził sobie z deficytem ludzkich zwłok

„Lekcja anatomii doktora Tulpa”, obraz Rembrandta z 1632 r.
Rijskmuseum
Postęp medycyny był procesem długim i krętym, ponieważ lekarze musieli najpierw poznać anatomię człowieka. O oficjalnych sekcjach długo nie było mowy, dlatego w Europie rozwinął się czarny rynek handlu zwłokami. Opłaciło się: pod koniec XVIII wieku zaczęła się medyczna rewolucja.

Gdy 170 lat p.n.e. rzymski lekarz Galen opracował terapię leczenia opartą na czterech ludzkich temperamentach, nie przypuszczał, że zablokuje postęp europejskiej medycyny na 1500 lat. Dzieła Galena i Hipokratesa z teologicznym uzasadnieniem św. Tomasza były programowym kanonem wydziałów lekarskich europejskich uniwersytetów aż do końca XVI w. Dopiero na początku kolejnego stulecia Francis Bacon podważył dorobek wielkich poprzedników empiryczną metodą badań opartą na eksperymencie. Angielski filozof dowodził, że Bóg nie zakazał poznawania natury, w tym samego człowieka, co otworzyło przed medycyną nowy rozdział.

Trudne początki

Bacon nie był osamotniony w naukowych dociekaniach. Od strony anatomicznej drogę utorował Holender Andries van Wesel. Znany jako Vesalius był nadwornym medykiem hiszpańskich Habsburgów. Przeszedł do historii jako autor rewolucyjnego dzieła „De humani corporis fabrica" (O budowie ludzkiego ciała). Praca zawiera 1500 rysunków odkrywających tajniki układu kostnego, nerwowego i mięśniowego człowieka.

Vesalius nieświadomie otworzył puszkę Pandory. Pod wpływem jego osiągnięć europejskie uniwersytety, jeden za drugim, powoływały katedry anatomii. Wkrótce świat medyczny zderzył się z problemem eksperymentalnych obiektów, czyli... deficytem ludzkich zwłok. Kościół nadal nie pochwalał sekcji, dlatego wkrótce powstał nielegalny rynek makabrycznych usług. Jak Europa długa i szeroka handlowano ciałami skazańców, a z cmentarzy tysiącami kradziono niedawno pochowanych zmarłych.

Wykopywanie ludzkich zwłok dla zysku ma znacznie dłuższą historię. Już w starożytnych Chinach istniał makabryczny zwyczaj „trupich ślubów". Młodzi Chińczycy zatrudnieni w cesarskich kopalniach często padali ofiarami śmiertelnych wypadków. Aby nie odchodzili w zaświaty samotni, rodziny organizowały im widmowe ceremonie zaślubin z kupionymi zwłokami niezamężnych panien.

Inaczej rzecz się miała w Europie doby renesansu, która znacząco poszerzyła horyzonty intelektualne. Młodzi i ambitni lekarze, tacy jak Vesalius, pragnęli zgłębić tajemnice ludzkiego ciała po to, aby lepiej zwalczać choroby dziesiątkujące ludność. W średniowieczu czarna śmierć, jak nazwano epidemię dżumy, zabiła połowę populacji naszego kontynentu. Według dzisiejszych szacunków w skali świata jej ofiarami padło ok. 100 mln ludzi.

Ponieważ poznaniu człowieka służyła anatomia, a jedyną dostępną metodą był zakup zwłok skazańców, beneficjentami procederu stali się kaci europejskich metropolii. Żądza wiedzy była jednak większa niż popyt, czego przykładem stał się dziekan wydziału medycznego z Norymbergi. Werner Rolfing dokonywał tak częstych nalotów na okoliczne cmentarze, że jego studenci nazwali proceder kradzieży zwłok „rolfniczeniem".

Przerażeni byli za to skazańcy, którzy najbardziej obawiali się losu, jaki spotka ich ciała po śmierci. Światłe rady miejskie Hamburga, Bremy czy Monachium, wspierając naukę, zawierały z miejskimi lekarzami kontrakty dające prawo nieodpłatnych sekcji. Przykładem był słynny rozbójnik epoki Leniwy Heinz, którego ciało po powieszeniu nie tylko zbadano, ale poddano spreparowaniu na użytek tzw. Teatru Anatomicznego Uniwersytetu w Jenie.

Miał i tak szczęście, bo ówczesna medycyna często była bliska szarlatanerii. Kościół katolicki protestował przeciwko badaniom anatomicznym nie tylko ze względów dogmatycznych, ale z powodu bezczeszczenia zwłok. Nie bez znaczenia była propagandowa konfrontacja. Na dwa stulecia Europa stała się areną religijnych wojen pomiędzy katolikami i protestantami. Ostatni wykorzystywali osiągnięcia anatomii do deprecjonowania uzdrawiających mocy papieskich świętych.

„Uzdrawiająca” moc zmarłych

Na początku XVII w. handel zwłokami nabrał gorączkowego tempa. W Monachium wybuchł skandal wywołany przedostaniem się do wiadomości publicznej szczegółów zyskownego procederu miejskiego kata. Nie sprzedawał zwłok skazańców w całości, tylko dzielił według zamówień na organy, którymi handlowano po uprzednim spreparowaniu.

Powszechna była również wiara w to, że opaska z ludzkiej skóry pomaga brzemiennym kobietom oraz chorym cierpiącym na reumatyzm. Z kolei krew złoczyńcy ściętego w pełni sił witalnych leczyła epilepsję. Pomińmy szczegóły wykorzystania wyciągu z ludzkiej wątroby. Ważne, że błędne przekonanie brało się z pomyłki Galena, który nie serce, ale ten organ uznał za centralny punkt systemu krwionośnego.

Najbardziej osobliwym przypadkiem tej doby był jednak doktor Johann Dippel posiadający pracownię na zamku Frankenstein. Tak, tym samym powieściowym zamku Mary Shelley, ponieważ medyk był literackim pierwowzorem demiurga horroru. Nie mogło być inaczej, skoro Dippel usiłował ożywiać umarłych... przelewając ich dusze. W eksperymencie wykorzystywał prosty zestaw dwóch zwłok, rurki i lejek. Ponieważ obiekty szybko ulegały rozkładowi, szarlatan pustoszył okoliczne cmentarze ze świeżej zawartości mogił.

Nie inaczej było w oświeceniowej Francji XVIII w. Aby zaspokoić rosnące zapotrzebowanie świata medycznego, powstały bandy profesjonalnych rabusiów cmentarzy. Kopacze zwłok nosili nazwę „kruków", a z ich usług korzystali najznamienitsi anatomowie epoki. Aby zaopatrzyć Uniwersytet Paryski w eksponaty badawcze, złodzieje upodobali sobie podmiejski cmentarz Clamart. Cena za ciało wynosiła 10 ówczesnych franków.

Brytyjskie „eldorado”

Na przełomie XVIII i XIX w. medycyna dokonała kolejnego skoku, który zawdzięczała krwawej epoce rewolucji francuskiej i wojen napoleońskich. Rzesze medyków zaciągnęły się do armii, a że walczyła cała Europa, najbardziej cenne były umiejętności chirurgiczne.

Na polach bitew korzystnie wyróżniali się angielscy lekarze wojskowi, od lat pracujący w anatomicznym „eldorado". Surowe prawo wprowadzone po tzw. chwalebnej rewolucji karało śmiercią nie tylko przestępstwa, ale nawet zwykłe występki. Od 1688 r. po 1800 r. liczba kryminalnych kategorii zagrożonych szafotem wzrosła z 55 do 220. Z ochotą wieszano złodziei kieszonkowych, jeśli ukradli więcej niż jednego szylinga, a także kłusowników i rabusiów towarów wyrzuconych na brzeg z rozbitych statków. Nie oszczędzano nawet fałszywych pensjonariuszy domów opieki, którzy w celu uzyskania królewskiego wiktu podawali się za emerytowanych wojskowych i urzędników.

Problem zwłok do celów medycznych zaczął się od 1808 r., gdy parlament zainicjował stopniową dekryminalizację większości paragrafów. W 1820 r. karę śmierci ograniczono wyłącznie do zdrajców Korony i pospolitych morderców. Naukowcy i lekarze stanęli w obliczu deficytu pomocy naukowych. Wolny rynek rodzącego się imperium zareagował błyskawicznie, a ironiczna nazwa resurrectionism (wskrzeszanie) na dobre weszła do słownika angielskich idiomów. Oczywiście takiego miana dorobili się rabusie grobów, którzy utworzyli już nie bandy, tylko nowy sektor dochodowych usług. Zgrupowani wokół centrów akademickich w Londynie, Oksfordzie, Cambridge i Edynburgu grabili cmentarze na przemysłową skalę.

Cóż było robić – miejscowa ludność zrzucała się na ochronę miejsc spoczynku. Cmentarze otoczone wysokimi wałami i wyposażone w wieże obserwacyjne kontrolowały całodobowe patrole. Nie pomagało bowiem przekupienie ubogich strażników. Wówczas z ofertą wystąpiło rzemiosło. Ogromną popularność zyskały tzw. mortsafe, czyli żelazne klatki z mocnymi zamkami, w których umieszczano trumny przed złożeniem do ziemi. Chodziło wszak o powstrzymanie rabusiów do czasu rozkładu zwłok, co automatycznie chroniło spokój zmarłych. Niestety – bez skutku. Tylko z nekropolii Dublina, który stał się europejskim centrum makabrycznego eksportu, rocznie kradziono ok. 2 tys. ciał.

„Wskrzesiciele" byli profesjonalistami. Według zachowanych przekazów podważali płyty nagrobne z chirurgiczną precyzją tak, aby rankiem nikt nie odkrył braku ludzkiej zawartości. Mogiły ziemne rozkopywali drewnianymi łopatami, żeby zminimalizować hałas. W żadnym przypadku nie rabowali cennej zawartości poza ciałami, które wcześniej rozbierali z odzieży.

I cokolwiek by powiedzieć o obrzydliwym procederze, kopacze grobów przysłużyli się medycynie. Szkopuł w tym, że skazańcami byli głównie mężczyźni i lekarze nie mieli dostępu do kobiecych ciał. Dlatego brytyjscy anatomowie nie wahali się składać zamówień na zwłoki tej płci, nie wyłączając kobiet zmarłych w ciąży lub w połogu.

Jednak głównymi klientami kopaczy byli studenci medycyny. Kodeks lekarski wiktoriańskiej Anglii dopuszczał do wykonywania zawodu pod warunkiem, że adept wykaże się poprawnym przeprowadzeniem i epikryzami dwóch sekcji zwłok.

Mordercy z ulicy West Port

Studentów medycyny było tak wielu, że kopacze nie mogli zaspokoić potrzeb uniwersyteckich katedr Albionu. Kilku z nich przekroczyło „zawodowe" granice, zamieniając się w pospolitych morderców. Część winy leżała również po stronie środowiska medycznego, które nie zadawało zbędnych pytań o pochodzenie naukowych obiektów.

Przykładem krańcowego zezwierzęcenia byli mordercy znani jako banda z ulicy West Port w Edynburgu. William Burke i William Hare przybyli z ubogiej Irlandii, szukając szczęścia w Szkocji. Żyli z wynajmu pokoi jeszcze biedniejszym od siebie. Na pomysł handlu zwłokami wpadli po śmierci jednego z zadłużonych lokatorów. Aby odzyskać od zmarłego dług w wysokości

4 funtów, sprzedali jego ciało miejscowemu uniwersytetowi, otrzymując zapłatę 7 funtów (dziś równowartych 730 funtom). Nieomal dwukrotne przebicie skłoniło obu imigrantów do zbrodni. Żądza pieniądza była tak wielka, że od listopada 1827 r. do października 1828 r. zamordowali 17 osób. Zabijali, nie pozostawiając śladów. Po obezwładnieniu alkoholem Burke siadał na klatce piersiowej ofiary, natomiast Hare zatykał jej nos i usta.

Pierwsze podejrzenia wywołało zaginięcie popularnego w okolicy upośledzonego chłopca o przezwisku Jimmie Matołek, którego ostatni raz widziano w towarzystwie Irlandczyków. Wpadli po morderstwie kolejnej ofiary, której ciało ukryli w tapczanie zaskoczeni wcześniejszym przybyciem drugiej lokatorki wynajmowanego pokoju. Mimo ostrzeżeń właścicieli ciekawska kobieta zdekonspirowała zwyrodnialców i poinformowała policję o makabrycznym odkryciu.

Po aresztowaniu Hare poszedł na współpracę ze śledczymi za cenę uratowania głowy. Wskazał Burke'a jako prowodyra zbrodni, który wobec ogromnego wzburzenia opinii publicznej został głównym kozłem ofiarnym. Wyrok śmierci przez powieszenie wykonano w styczniu 1829 r. Decyzją sądu ciało skazańca trafiło na sekcyjny stół Uniwersytetu Edynburskiego. Szkielet Burke'a został wypreparowany. Dziekan katedry medycyny osobiście opisał eksponat krwią seryjnego zabójcy. Zachowany do dziś napis głosi, że „atrament został pobrany z głowy powieszonego".

Nie był to jedyny sukces wymiaru sprawiedliwości w walce z czarnym rynkiem usług medycznych. Rok później w Londynie wpadła grupa „wskrzesicieli", której przewodził niejaki Jack Owsianka. Przez 12 lat banda ukradła i sprzedała zwłoki ponad tysiąca osób.

Od czasu afer, które wstrząsnęły europejską opinią publiczną, rynek usług medycznych, na wzór brytyjski, uległ stopniowej humanizacji. W 1832 r. rząd JKM opublikował kodeks anatomiczny, który regulował kwestię naukowego wykorzystania ludzkich zwłok. Odtąd uniwersytety mogły otrzymywać bezpłatnie ciała niezidentyfikowanych zmarłych lub samotnych pensjonariuszy domów opieki i szpitali. Kodeks wprowadził surowe kary za czarny obrót ludzkimi ciałami – zarówno dla rabusiów cmentarzy, jak i medycznych katedr.

Mimo krętych i często fałszywych ścieżek, którymi przez wieki podążała wiedza o ludzkim ciele i toczących je chorobach, w XVIII i XIX w. medycyna odnotowała rewolucyjny postęp, także w walce z epidemiami. W 1796 r. angielski lekarz Edward Jenner opracował szczepionkę przeciwko wietrznej ospie, która dziesiątkowała ludność Europy. W jego ślady poszedł Ludwik Pasteur, francuski wynalazca antidotum przeciwko groźnej wściekliźnie. Dzieła dopełnił Władimir Mordechaj Chawkin, autor szczepionek przeciwko cholerze i dżumie.

Jak nieprosta jest droga ratowania ludzkości przed epidemiami świadczy jednak czas potrzebny do zupełnego wytrzebienia ospy. Szczepionka powstała już pod koniec XVIII w., ale dopiero w 1980 r. ONZ ogłosiła uwolnienie Ziemi od choroby.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA