Rzecz o historii

Jak wyglądał maj '68 we Francji?

16 maja 1968 r. policja zaatakowała wspólną demonstrację studentów i związków zawodowych w Paryżu.
AFP
50 lat temu Francję ogarnęła fala protestów politycznych skierowanych przeciwko rządom gaullistowskim. Głębszym podłożem był bunt młodego pokolenia przeciw kapitalizmowi i tradycjonalistycznemu społeczeństwu.

Zaczynając pisać ten artykuł, pomyślałem, że dokładnie 50 lat temu, 4 kwietnia 1968 roku, został zamordowany w Memphis (Tennessee) Martin Luther King. Przyjechał do Memphis wesprzeć strajkujących czarnych śmieciarzy. To wydarzenie, świadczące o olbrzymich napięciach rasowych występujących w Stanach Zjednoczonych, wstrząsnęło świadomością całego świata. Prasa francuska rozpisywała się na ten temat bardzo szeroko.

Tego samego roku protest przeciwko amerykańskiej polityce, a konkretnie wojnie w Wietnamie, wywołał we Francji olbrzymie wzburzenie studentów, które doprowadziło sześć tygodni później do słynnych „wydarzeń majowych 1968". Nie było wtedy dnia w prasie francuskiej bez artykułów o wojnie w Wietnamie. 22 marca policja zatrzymała kilku pokojowych manifestantów, którzy w imię solidarności z Wietnamem zaatakowali symbolicznie paryskie biura American Express. W ramach protestu przeciwko aresztowaniom studenci z Nanterre nieopodal Paryża rozpoczęli okupację głównego budynku uniwersytetu. Dzisiaj wszyscy są zgodni co do tego, że ta akcja z 22 marca była punktem zapalnym pospolitego ruszenia studentów trwającego prawie dwa miesiące. „Ruch 22 marca" w Nanterre kierowany był przez młodego niemieckiego anarchistę Daniela Cohn-Bendita (urodził się we Francji, choć jego rodzice byli Niemcami; w 2015 r. otrzymał francuskie obywatelstwo), jednego z najaktywniejszych późniejszych przywódców „maja '68". Początkowe protesty studentów i licealistów rozprzestrzeniły się powoli na inne sektory. Strajkować zaczęli także robotnicy, paraliżując całe ekonomiczne życie państwa francuskiego. Chaos ten doprowadził do olbrzymiego kryzysu politycznego, a w konsekwencji rozwiązania parlamentu i rozpisania na czerwiec wcześniejszych wyborów.

Czas buntu przeciw staremu porządkowi

Naturalnie wojna w Wietnamie nie jest jedynym czynnikiem, który tłumaczy wydarzenia majowe 1968 we Francji. Była ona odległym, ale jakże tragicznym tłem maja '68. W 1968 roku nie tylko we Francji, ale i na całym świecie czuć

było powiew buntu, chęć zmian. W wielu krajach 1968 to rok najbardziej zawirowany z całej dekady. Na początku lat 60. czarna Afryka i kraje Maghrebu wyrywają się spod protekcji Francji. Francja zmuszona jest przyjąć milion swoich obywateli uciekających przed wojną w Algierii. Po prawie 20 latach pełnego zatrudnienia związanego z rekonstrukcją powojenną pojawia się bezrobocie. Całe sektory gospodarki, jak przemysł węglowy czy metalurgiczny, chylą się ku upadkowi. W całym rozwiniętym świecie od Ameryki po Europę (Czechosłowacja, Polska, Niemcy, Francja) lata 60. to czas ruchów kwestionujących istniejący porządek, okres buntu wykształconych młodych ludzi pragnących wolności, zmian, niewierzących we własną przyszłość. Francuscy studenci oskarżają konserwatywne społeczeństwo o blokadę kapitalistycznej ekonomii, która nie umie sprawiedliwie dzielić się wypracowanym dobrobytem. Krytykują autorytarne rządy generała de Gaulle'a. Dla tej młodzieży żadne konsumpcyjne dobra nie rekompensują braku życiowego sensu.

Dzisiaj po 50 latach, w okrągłą rocznicę tych wydarzeń, powstaje dużo tekstów prasowych, prac naukowych czy filmów dokumentalnych przedstawiających w określonym świetle te wydarzenia. W tym artykule ograniczę się jedynie do wydarzeń 1968 roku we Francji. Jako siedemnastoletni licealista dobrze pamiętam atmosferę tamtych dni. Czuło się, kolokwialnie to ujmując, że „coś wisiało w powietrzu". Mimo dużego wzrostu gospodarczego, z którego korzystało społeczeństwo francuskie w latach 60., pojawiało się dużo oznak nadchodzących wydarzeń. Bunt tamtej wiosny 1968 roku w sposób dobitny wyraził „odrzucenie starego świata". Ten dotychczasowy porządek świata wydawał się Francuzom zbyt zhierarchizowany, nierówny społecznie, faworyzujący tylko klasy uprzywilejowane. Jeśli maj '68 był kulminacją tych nastrojów, to tak naprawdę ferment we wszystkich sektorach życia publicznego zaczął się dużo wcześniej i trwał aż do wiosennej eksplozji. Już w 1965 roku do drugiej tury wyborów prezydenckich stanęli generał de Gaulle i François Mitterrand. To wydarzenie stanowiło ostrzeżenie dla rządzących. De Gaulle wygrał w drugiej turze, ale zdobył zaledwie 55 proc. głosów. W świecie przemysłowym cały 1967 rok upłynął w atmosferze różnych socjalnych konfliktów i sporów. Mimo wzrostu gospodarczego, który wynosił aż 6 proc. (dzisiaj by nas uszczęśliwił w zupełności), wybuchło bardzo dużo strajków. Fabryki konstruktora samolotów Dassault, konstruktora ciężarówek Berliet, Stocznie Atlantyckie czy wreszcie ośrodki przemysłu tekstylnego jak Rhodia nękane były ciągłymi strajkami. Robotnicy protestowali (zupełnie słusznie) przeciwko olbrzymim nierównościom płacowym, przeciwko skostniałym, prawie wojskowym strukturom, jakie panowały wtedy w zarządach tych gigantycznych fabryk. Tylko w ciągu czterech miesięcy 1968 roku taki olbrzym jak Renault, największy pracodawca całej Francji, zaliczył aż 300 strajków na terenie swoich fabryk. Fabryka Renault w Billancourt koło Paryża została wtedy nazwana „robotniczą twierdzą".

Po drugiej wojnie światowej dzięki bardzo dobrze kierowanej polityce rodzinnej Francja miała wysoki przyrost naturalny. W 1968 roku to właśnie liczni „baby-boomers" urodzeni tuż po wojnie zasiadali w ławach uniwersytetów. Oni oczekiwali od życia więcej niż ich starsi rodacy. Chcieli wyższych kwalifikacji zawodowych, wyższego poziomu edukacji i prawa do wolnego czasu. Młodzi ludzie korzystający z ciągłego wzrostu poziomu życia swoich rodziców (to okres tzw. les Trente Glorieuses) chcieli studiować, zdobywać wyższe niż ich rodzice kwalifikacje zawodowe. Dotychczasowe uniwersytety, czy to w Paryżu, czy na prowincji, stały się za małe, by pomieścić wszystkich chętnych. Dość powiedzieć, że liczba 200 000 osób zapisanych na studia wyższe w 1958 roku wzrosła do 600 000 studentów w 1968 roku. Zaczęto więc budować nowe kampusy uniwersyteckie – nowoczesne architektonicznie, ale źle wyposażone i znajdujące się na obrzeżach wielkich miast. Tak powstał wspomniany wcześniej Uniwersytet w Nanterre, mieście mającym status podparyskiej prefektury, uniwersytet, który miał głównie odciążyć paryską Sorbonę. W 1968 roku 12 tysięcy świeżo upieczonych studentów zasiadło w ławach Uniwersytetu w Nanterre. Paradoksalnie budynki uniwersyteckie znajdowały się w bardzo bliskim sąsiedztwie największych w owym czasie slumsów we Francji, zamieszkanych głównie przez biednych algierskich robotników budujących tę uczelnię. Oni też budowali drogi dojazdowe, akademiki, zajmowali się obsługą tego uniwersyteckiego kompleksu. Slumsy, symbol olbrzymich nierówności socjalnych i kulturowych – przypomnienie ciągle obciążającej Francję przeszłości kolonialnej – widoczne były z okien uniwersyteckich sal wykładowych. Poza nielicznymi wyjątkami, jak filozof Paul Ricoeur czy socjolog Alain Touraine, uznani profesorowie (nazywani przewrotnie „Mandarynami") nie kwapili się do wykładania na tych nowych uczelniach. Ze względu na braki kadrowe na tych uczelniach Ministerstwo Edukacji zmuszone było oddelegować do nich najlepszych nauczycieli licealnych. Mimo ich bardzo dobrego wykształcenia nie mogli oni się równać z kadrą profesorską. Pracując znacznie więcej za mniejsze wynagrodzenie, byli bardziej sfrustrowani i dlatego często solidaryzowali się ze studentami w czasie buntu majowego '68.

Rewolucja majowa

W 1968 roku został przywrócony tradycyjny pierwszomajowy marsz z okazji Święta Pracy. Od 1954 roku był zabroniony ze względu na zamieszki związane z wojnami kolonialnymi w Indochinach i Algierii. Po 14 latach znów odbył się pochód zorganizowany przez francuską Partię Komunistyczną i związki zawodowe, który zgromadził na ulicach Paryża ponad sto tysięcy manifestantów. 2 maja w Nanterre, po krótkiej kwietniowej przerwie, kiedy to studenci wrócili do uczelnianych zajęć, protesty zaczęły się znowu. Kiedy minister edukacji Alain Peyrefitte, aby odciążyć pękające w szwach uczelnie, przedstawił projekt, który wprowadzał selekcję przy przyjmowaniu kandydatów na studia (do tej pory wystarczyło świadectwo maturalne), reakcja młodzieży była bardzo ostra. W odpowiedzi na te rozruchy rektor Uniwersytetu w Nanterre zawiesił wykłady, a wkrótce po tym zamknął uczelnię. Studenci przenieśli się więc do Paryża, do emblematycznej Sorbony znajdującej się w sercu Dzielnicy Łacińskiej. Wtedy minister spraw wewnętrznych Raymond Marcellin zarządził ewakuację na 3 maja.

I właśnie ta data, czyli 3 maja 1968 roku, rozpoczyna francuskie „wydarzenia majowe". Wyrzuceni z Sorbony studenci wpadli w szał. Zaczęli tworzyć uliczne barykady, wyrywaną z szosy kostką brukową obrzucali policję, krzycząc: „policja precz z uniwersytetów". W nocy z 3 na 4 maja przy użyciu gazów łzawiących i armatek wodnych policjanci przywrócili spokój i kontrolę na ulicach. Zatrzymano około 500 osób, w tym wspomnianego Daniela Cohn-Bendita i siedemnastoletniego licealistę Bernarda Guettę (który w 1980 roku zostanie korespondentem gazety „Le Monde" w Warszawie). W rezultacie rozruchów w czasie tylko tego jednego dnia rannych zostało 480 osób, zarówno studentów, jak i policjantów. Opinia publiczna bardzo źle przyjęła reakcję siłową władz na zamieszki. Po raz pierwszy przekroczona została wielowiekowa tradycja, według której nigdy nie stosowano działań policyjnych na terenie uczelni i uniwersytetów. Studenci uzyskali poparcie od wielu intelektualistów, profesorów oraz wybitnych działaczy kultury i nauki. 5 maja pięciu francuskich noblistów wysłało telegram do prezydenta de Gaulle'a, w którym domagali się od niego „znaczącego gestu" mającego „załagodzić studencką rewoltę". W zupełnie innym świetle studencki bunt postrzegała Partia Komunistyczna i związki zawodowe. Komuniści uznali tę akcję za nieodpowiedzialną i niepoważną dziecinadę. Może działo się tak dlatego, że nie mieli na nią żadnego wpływu. Tymczasem rozruchy rozprzestrzeniały się na prowincję: Lyon, Toulouse, Strasbourg, i prawie wszystkie licea francuskie, które włączyły się w protest. Wszędzie organizowano zebrania i koła dyskusyjne. Francja wrzała. W moim liceum również trwały niezliczone spotkania. W gęstym papierosowym dymie (dyrekcja już nie oponowała, musiała pozwolić na palenie) dyskutowaliśmy o wszystkim: o zniesieniu nauczania łaciny, o „socjalizmie z ludzką twarzą" w Czechosłowacji, o sposobie sprawowania władzy i o tym, jak kierowana jest Manufrance – fabryka w moim mieście Saint-Etienne, która zatrudniała ponad 2 tysiące osób. Szczerze zaangażowani, choć naiwni, redagowaliśmy wiele broszur, w których rozprawialiśmy się z kapitalizmem, z dominacją sowiecką, z mieszczańską moralnością czy wreszcie z selekcją panującą w edukacji. Zawsze było to spojrzenie krytyczne. W nocy z 10 na 11 maja w Dzielnicy Łacińskiej znowu doszło do zamieszek, naprzeciwko 12 tysięcy studentów wyszło 6 tysięcy policjantów. Rano wszyscy zobaczyli zdewastowany Paryż, podpalone samochody, zniszczone trotuary. Kostka brukowa, którą walczono, leżała wszędzie. W Lyonie zginął przygnieciony ciężarówką komisarz policji. I znowu aresztowania sięgnęły setek osób. Ówczesny premier Georges Pompidou, myśląc o przywróceniu spokoju, zarządził otwarcie uniwersytetów. Spokój jednak nie wrócił.

„De Gaulle, już po tobie, Francuzi są na ulicach"

13 maja związki zawodowe i partie lewicowe dołączyły do protestu studentów maszerujących ulicami Paryża. Łącznie ulicami stolicy przeszło pół miliona ludzi. Sytuacja zaczęła się rozwijać bardzo dynamicznie. Sorbona stała się „uniwersytetem ludowym" i symbolicznym centrum tego „powstania". Studenci zaczęli okupować także teatry – miejsce „burżuazyjnej kultury". 15 maja rozpoczęła się okupacja teatru Odeon, potem zajęto również duże teatry na prowincji. Doszło do tego, że majowy Festiwal Filmowy w Cannes został anulowany. Fabryki, biura, transport publiczny – wszystko to przestało funkcjonować. Pierwszą fabryką, która dołączyła do ,,majowej rewolucji", była Sud Aviation w Nantes, za nią ruszyła lawina strajków w całej Francji. Były to bez wątpienia największe strajki w historii Francji (trzy razy większe niż te Frontu Ludowego z 1936 roku). 22 maja ponad 9 milionów robotników, urzędników i funkcjonariuszy państwowych nie przyszło do pracy. Konsekwencje strajków odczuli wszyscy Francuzi. Nie jeździły pociągi. Stacje benzynowe z braku paliw były zamknięte. Podobnie szkoły, urzędy oraz poczta. Wszędzie defilowano i maszerowano ze śpiewem na ustach: „De Gaulle, t'es foutu, les Français sont dans la rue" (De Gaulle, już po tobie, Francuzi są na ulicach). 25 maja w Ministerstwie Pracy rozpoczęły się twarde negocjacje między pracodawcami, związkami zawodowymi a rządem. Ze strony ministerstwa negocjacjom przewodniczył młody sekretarz stanu, niejaki Jacques Chirac. Tego samego dnia dziennikarze radia i telewizji publicznej ORTF również zastrajkowali. Nie chcieli dłużej być tubą propagandową władzy. Chcieli „informować rzetelnie i obiektywnie". Prezydent de Gaulle, który do tej pory stał w cieniu, pozostawiając premierowi Pompidou zarządzanie kryzysem, w końcu wystąpił w przemówieniu telewizyjnym, zapowiadając referendum, które zapewniało większy udział w decydowaniu stronom dotychczas pominiętym, czyli pracownikom. De Gaulle, który już w 1948 roku deklarował, że „nie chce Francji ze starym liberalizmem ani Francji, gdzie dominowałby twardy komunizm", czuł, że zbliża się epokowa chwila. Jeśli rządzący chcieli zostać u władzy, musieli się zgodzić na pewne ustępstwa wobec protestujących tzw. zwykłych ludzi.

27 maja rozmowy w Ministerstwie Pracy zakończyły się wspólnym oświadczeniem, które zobowiązywało pracodawców do podniesienia o 35 proc. pensji minimalnej, wprowadzenia czwartego płatnego tygodnia urlopu, jak również większą rolę związków zawodowych w fabrykach i przedsiębiorstwach. Jednak robotnicy Renault-Billancourt odrzucili proponowane rozwiązania jako niewystarczające (chcieli zapłaty za wszystkie dni strajkowe) i porozumienie nie zostało podpisane. Tego samego dnia strajkujący tejże fabryki nie wpuścili za bramy Jeana-Paula Sartre'a, który przyjechał rozmawiać w ramach dialogu robotnicy–intelektualiści. Nie zgodzili się też na jakikolwiek sojusz ze strajkującymi studentami, którzy według nich „tylko bawili się w rewolucję". Tego dnia minister edukacji Alain Peyrefitte złożył na ręce Pompidou swoją dymisję.

29 maja, podczas gdy w stolicy znowu zgromadziło się na ulicy około 500 tysięcy manifestantów, prasa poinformowała, że generał de Gaulle po cichu opuścił Paryż. Szybko wyszło na jaw, że pojechał do Baden-Baden, aby się spotkać z generałem Massu, szefem francuskiej armii stacjonującej w Niemczech. Chciał się upewnić, że gdyby doszło do jeszcze większej eskalacji wydarzeń we Francji, armia poprze go i zainterweniuje. 30 maja po powrocie z Niemiec wyraźnie wzmocniony generał zadeklarował w audycji radiowej: „Nie wycofam się". Podkreślił także, że referendum ogłoszone kilka dni wcześniej zostało przeniesione na nieokreślona datę. Przede wszystkim zapowiedział jednak, że rozwiąże parlament i ogłosi wcześniejsze wybory w czerwcu.

Zwycięstwo de Gaulle'a

30 maja kryzys wkroczył w decydującą fazę. Tym razem to ponad milion zwolenników de Gaulle'a przemaszerowało ulicami Paryża. Na początku czerwca dostarczono paliwo stacjom benzynowym, zaczęły funkcjonować urzędy, otwarto szkoły, wszystko powoli wracało do normy. Choć nie wszędzie udawało się to bez problemów. Dla maturzystów musiano zorganizować egzamin dojrzałości inny niż zazwyczaj. Zrezygnowano z egzaminów pisemnych. Cała matura zdawana była ustnie. W przemyśle też powoli wracano do pracy, choć zdarzały się jeszcze starcia między strajkującymi a tymi, którzy strajków nie popierali, tak jak choćby w dużych fabrykach Renault we Flins czy Peugeot w Sochaux. Również w moim rodzinnym mieście fabryka Manufrance rozpoczęła pracę. W połowie czerwca praktycznie strajki się skończyły. Pensje robotników i pracowników biurowych zostały podniesiona aż o 10 proc. W Paryżu wybuchły jeszcze zamieszki w nocy z 11 na 12 czerwca, ale dotyczyły już one samego bojkotu wyborów. Z okrzykami „Elections, piege a cons!" (Wybory to pułapka dla głupców) protestowano przeciwko manipulacjom wyborczym do Zgromadzenia Narodowego.

De Gaulle zadbał, aby zdelegalizowano założony przez Cohn-Bendita „Ruch z 22 marca", skupiający pięć organizacji lewicowych i anarchistycznych. 16 czerwca z Sorbony, jak również z teatru Odeon, wyszli ostatni protestujący.

W takiej atmosferze zaczęto kampanię wyborczą. Władza doskonale grała na nastrojach wyborców, na widmie ponownych rozruchów. Czuć było zmęczenie elektoratu, który w większości pragnął spokoju i porządku. Francuzi chcieli zamknąć już ten okres niepewności i buntu, mimo że ruchy studenckie wzbudzały wiele sympatii i większość Francuzów solidaryzowała się z ich postulatami, a brutalna reakcja policji znalazła ogólne potępienie. Jednak rok 1968 to nie był jeszcze czas na oddanie władzy lewicowej stronie tego sporu. Paternalizm generała de Gaulle'a, jego konserwatyzm obyczajowy i przywiązanie do religii katolickiej dawały Francuzom gwarancję spokoju i poczucie bezpieczeństwa. Wybory z 22 i 30 czerwca 1968 roku przyniosły sporą niespodziankę: w nowo wybranym parlamencie ponad 60 proc. miejsc zdobyła partia de Gaulle'a. A przecież rok wcześniej gaulliści zdobyli „zaledwie" 50 proc. głosów.

Tak więc to generał de Gaulle, który umiejętnie eksploatował lęki Francuzów związane z kryzysem majowym (to on nazywał ten ruch „la chienlit"), został wielkim politycznym zwycięzcą czerwca 1968 roku.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL