fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Hańba Nadrenii

Marokański pułk armii francuskiej wkracza do Frankfurtu, 6 kwietnia 1920 r
G.Garitan, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons
Aktualnym sporom, toczonym o przecinki demokratycznych procedur, daleko do stanu ideowych walk sprzed stulecia, gdy stronnictwa szczerze pragnęły się wzajemnie wystrzelać.

Skutki wielkiej wojny nie wymogły współpracy w sprawach bezrobocia, inflacji, głodu i kryzysu gospodarczego, dlatego porozumienie w żadnej kwestii nie było możliwe. Jednak zdarzyła się rzecz niebywała, która ponadnarodowo, lekceważąc różnice stanu i poglądów, zjednoczyła najbardziej skrajne, najszczerzej się nienawidzące obozy. Zagrożeniem – zdolnym stworzyć front niemieckich protonazistów, pruskich junkrów, monarchistycznych nacjonalistów i socjaldemokratów, sympatyzujących z bolszewizmem humanistów, lewicowych liberałów i radykalnych feministek zza oceanu – okazał się afrykański żołnierz we francuskim mundurze.

Sam udział wojsk kolonialnych w wojnie był obrazą europejskiej kultury, stworzonej do trzymania w ryzach Murzynów. Zdradą cywilizacji była zgoda, aby „dzicy" walczyli z białą rasą na równych warunkach, a zwłaszcza żeby im pozwalać na odniesienie zwycięstwa. Hindenburg nie wybaczył Francuzom, że pod królewskim miastem Reims – notabene zburzonym przez kulturalnych Niemców – europejską armię kajzera pokonały czarne plemiona. Wizja wkroczenia afrykańskich hord w granice Rzeszy, porażająca kajzerowskich marszałków, była też nieznośna dla socjaldemokratów żądających zakazu stacjonowania wojsk kolonialnych w Niemczech.

Jednakże strach przed wznowieniem wojny, spotęgowany rozpadem moralnym armii, zmusił Francję do sięgnięcia po rezerwy i wysłania do Nadrenii kilkunastu tysięcy Senegalczyków. Nazwę przyjęto z wygody, bo była czysto umowna. Trudno zliczyć kraje pochodzenia żołnierzy, będących też Berberami, Marokańczykami, poborowymi z Algieru i Madagaskaru oraz Wietnamczykami z Indochin.

Rzecz jasna okupanci spotkali się z murem niechęci, którą potęgowały specyficzne wyjątki budzące frustrację Niemców – zwłaszcza noszących spodnie. Grozę wywołały związki błękitnookich Aryjek z czarnymi najeźdźcami, nierzadko zwieńczone małżeństwem. Nie wnikając, czy narodzone z porywu serca, czy z sympatii do wojskowych racji żywnościowych, ich owoce ubarwiły nadreńską monotonię jasnowłosej bladości, zostawiając Niemców z „bękartami Nadrenii" i symbolem „czarnej hańby" narodu.

Problem wyszedł z ram zwykłego stosunku zwycięzców i pokonanych, gdy w kwietniu 1920 r. Senegalczyków wysłano także do okupacji Frankfurtu. Niemcy z trudem znieśli obecność Afrykanów w pasie nadgranicznych wsi i miasteczek, lecz panowanie dzikich w mieście uniwersyteckim, źródle germańskiej cywilizacji i miejscu wyboru cesarzy, był nie do zniesienia. Ubolewano, że grając na ulicach barbarzyńską muzykę etniczną, żołnierze depczą wrażliwość narodu wielkich kompozytorów, a strzegący Domu Goethego Murzyni, dźwigający w plecakach obcięte głowy wrogów, są obrazą cywilizacji.

Przeciw Francji ruszyła machina propagandowa, winiąca Paryż za wepchnięcie dzikich barbarzyńców w serce cywilizowanej Europy. Kampania zjednoczyła rząd i wszystkie stronnictwa Niemiec, wylewając się za granicę. W Wielkiej Brytanii bębenek podbijał Edmund Morel, dziennikarz i działacz lewicowej Partii Pracy, sławny po ujawnieniu zbrodni w Kongo. Wszelako pozostając rasistą, Morel tyle zrozumiał z kongijskiego dramatu, że czarnych należy izolować od rygorów białej cywilizacji, bo im nie podołają, podobnie jak Senegalczycy w Niemczech nie sprostają utrzymaniu dzikich żądz w ryzach. Z inspiracji niemieckiej Ligi Reńskich Kobiet publikował w „The Daily Herald" sensacje o porywanych codziennie tysiącach kobiet, których zbezczeszczone ciała walają się po zaułkach. We Francji kampanię wsparł nagrodzony Nagrodą Nobla pisarz Romain Rolland, sympatyk sowieckiej Rosji i antyfaszysta, przerażony uzbrajaniem kolorowych ras przeciw Europie. Setki tysięcy feministek ze Starego Kontynentu i Ameryki zasypały rządy i ambasady Francji żądaniami wycofania Senegalczyków z Nadrenii.

Narracja Morela o „czarnym horrorze" zdominowała wyobraźnię świata, nie dając się przebić prawdzie o rzeczywistej skali nadużyć Senegalczyków w Nadrenii, statystycznie równej liczbie przestępstw rodowitych Francuzów. W rzeczywistości głównym źródłem furii było odwrócenie „naturalnej" hierarchii rasowej i poddanie Europejczyków kontroli czarnych żołnierzy.

Kampania nie ucichła po wycofaniu wojsk okupacyjnych z Frankfurtu po 17 maja 1920 r., tocząc się aż do lat 30. Nieco tylko stłumiono ją w Niemczech, gdy władze nadreńskich miast, a potem rząd, zgodnie uznali mit „czarnego horroru" za szkodliwy dla interesów. Ponownie odżyła w propagandzie Goebbelsa przed inwazją na Francję, mobilizując żołnierzy do wzięcia odwetu. I rzeczywiście – wojska niemieckie w 1940 r. bezwzględnie mordowały afrykańskich jeńców, mszcząc się za „hańbę" sprzed dwóch dekad.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA