fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Jak założyć własne państwo

Jedna z osiemnastu scen na Porta Regia – Drzwiach Gnieźnieńskich lub Drzwiach Królewskich bazyliki prymasowskiej w Gnieźnie – ukazuje męczeńską śmierć biskupa Wojciecha Sławnikowica w świętym gaju Prusów. Wojciech klęczy z rękami złożonymi do modlitwy. Jeden z Prusów szykuje się do uderzenia biskupa toporem w głowę, a drugi przebija go włócznią. Nie wiemy, czy przedstawione wydarzenia są prawdziwe, ponieważ Porta Regia powstały za panowania księcia zwierzchniego Mieszka III Starego, a więc 150 lat po śmierci świętego Wojciecha
Wikimedia
Średniowieczny przepis na założenie własnego państwa był prosty. Posługując się mniej lub bardziej etycznymi metodami perswazji, należało zebrać wokół siebie najbogatsze i najsilniejsze klany rodzinne jakiegoś regionu.

Najlepiej jeżeli owe familie były ze sobą spokrewnione. Następnie wypadało przekonać seniorów tych rodów, że odniosą określone korzyści za złożenie wiernopoddańczej przysięgi. Dzisiaj taki system nazywamy w zależności od okoliczności: układem mafijnym, partyjniactwem, politykierstwem, populizmem, demagogią, nepotyzmem, klanowością czy protekcjonizmem.

Jednak zebranie czeredy terroryzującej większość ludności nie wystarczało do przekształcenia określonej krainy w samodzielne państwo. Najważniejszy był mit założycielski, czyli potwierdzone przez odpowiednich świadków zjawiska nadprzyrodzone wskazujące, że określony rekieter został wyznaczony przez siły wyższe na nowego władcę. A także budowa centralnego ośrodka władzy, najlepiej powiązanego z ważnym miejscem kultu religijnego. Podwaliną średniowiecznej państwowości stały się sanktuaria, w których najczęściej przechowywano szczątki świętych. Najlepiej jeżeli były to relikwie męczenników, którzy oddali życie w obronie wiary. Śmierć w cierpieniu była oznaką szczególnej więzi z Chrystusem, który umarł w straszliwej agonii na rzymskim krzyżu.

Konieczność posiadania sanktuarium z relikwiami własnego męczennika doskonale rozumiał syn Mieszka I, książę Bolesław, przez potomnych nazywany Chrobrym. Dziwnym zrządzeniem losu taka okazja do budowy regionalnego miejsca kultu nadarzyła się dokładnie 1024 lata temu. 23 kwietnia

997 r. w świętym gaju obok pruskiego grodu granicznego Cholin zamordowano biskupa Wojciecha Sławnikowica, nazywanego przez niemieckich kronikarzy Adalbertem. Męczennik był szóstym synem Sławnika, księcia Libic. Zapewne nigdy nie trafiłby do Gniezna, gdyby nie konflikt jego rodu z panującym w Czechach księciem Bolesławem II z dynastii Przemyślidów, który wymordował rodzeństwo Wojciecha. Biskup skonfliktował się ze swoim władcą, stając w obronie chrześcijańskich niewolników sprzedawanych przez Przemyślidów do krajów muzułmańskich. Musiał salwować się ucieczką do Rzymu. Tam jednak też go chyba nie chcieli, bo papież Grzegorz V wyjątkowo szybko „pozwolił" udać się Sławnikowicowi na misję chrystianizacyjną do krajów pogańskich. Wielu uważało decyzję papieża za równoznaczną z wyrokiem śmierci. Nielubiany przez wszystkich biskup najpierw trafił jednak na dwór cesarza Ottona III. Tam też dziwnym trafem go nie chcieli. Rozdrażniony Otton kazał odesłać Wojciecha do Bolesława, księcia Polan. Obecność Wojciecha w Gnieźnie była jednak nie lada kłopotem dla Chrobrego. Porywczy książę nie musiał się długo zastanawiać, jak pozbyć się niewygodnego biskupa, który był obsesyjnym wrogiem niewolnictwa. Wojciech wkrótce ruszył dalej w drogę ku Pomorzu, aby nawracać pogan. Nie muszę dodawać, że nikt go w Gnieźnie nie próbował zatrzymać ani ostrzec przed niebezpieczeństwami w podróży.

W Gdańsku Wojciech gorliwie przystąpił do nawracania pogan. Przeprowadził uroczystość masowego chrztu – zapewne udzielił go także tym, którzy nie rozumieli, w czym uczestniczą. Dopiero kiedy Wojciech rozkazał wycięcie świętego dębu, tłum zaczął się buntować. Biskupa uchroniło przed prawdopodobnym linczem 30 wojów Chrobrego. Jednak z nieznanych powodów owa drużyna zniknęła, kiedy Wojciech razem z przyrodnim bratem Radzimem oraz prezbitrem Boguszą-Benedyktem dotarli do ziemi Prusów. Nikt nie wie, dlaczego Wojciech w ogóle udał się do ludu, którego języka nie znał. Jak zamierzał nawracać tych ludzi?

Dalszą część tej historii już znamy. Nie było jednak świadków śmierci Wojciecha. Nikt nie wszczął śledztwa. Nie wiadomo nawet, czyje szczątki były złożone w gnieźnieńskiej katedrze. Być może historia o hojnym zapłaceniu przez księcia takiej ilości złota, ile ważyły zwłoki Wojciecha, jest jedynie bajką opowiadaną od wieków tym, którzy podziwiają gnieźnieńskie drzwi.

Tylko jedno w tej historii jest pewne. Trzy lata po śmierci nielubianego biskupa do jego grobu przybył z pielgrzymką cesarz Otton III. Nałożył Bolesławowi na głowę swój cesarski diadem i wręczył księciu Polan włócznię św. Maurycego. Ten gest oznaczał, że chrześcijański zachód przyjął do swojego grona nowe państwo.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA