fbTrack

Rzecz o historii

Bitwa pod Fuengirolą: Jak polscy piechurzy pobili Brytyjczyków

Bitwa pod Fuengirolą na obrazie Januarego Suchodolskiego.
Wikipedia
W 1810 r. Brytyjczycy doznali dotkliwej porażki w bitwie pod hiszpańską Fuengirolą. Sprawcami ich nieszczęścia byli polscy piechurzy.

Fuengirola jest jedną z tych nieciekawych miejscowości na zachód od Malagi, którymi już w czasach Franco obrosło andaluzyjskie wybrzeże, zmieniając je w odpychający ciąg betonowych hotelowisk. Jedyną wątpliwą atrakcją kurortu są niepozorne mury zamku Sohail, stojącego na małym wzniesieniu tuż obok plaży. Twierdza, podobna do dziesiątek innych wzniesionych przez Maurów, od czasu rekonkwisty uległa powolnej destrukcji i już w czasach napoleońskich była bardziej zaniedbaną pamiątką historii niż fortecą z prawdziwego zdarzenia. Dziś trudno o powód, by specjalnie dla niej zjeżdżać z pobliskiej drogi ekspresowej. Usprawiedliwieniem może być jedynie chęć obejrzenia miejsca, w którym 200 lat temu stoczono jedną z najosobliwszych bitew w historii wojskowości.

Niespodziewany desant

Gdy późnym latem 1810 r. porzucony przez Hiszpanów zamek zajmowała polska załoga z 4. Pułku Piechoty Księstwa Warszawskiego, wynik iberyjskiej kampanii Napoleona zdawał się być przesądzony. Ostatnim skrawkiem kontynentalnej Hiszpanii, który opierał się jeszcze Francuzom, był oblężony od lutego Kadyks, łatwy do obrony przez otaczające go zewsząd słone mokradła i wąską mierzeję, będącą jedyną drogą do miasta. Wprawdzie francuska kontrola nad wnętrzem kraju była co najmniej iluzoryczna, a nieliczne wojska okupacyjne stale nękali partyzanci, lecz chłopscy powstańcy niechętnie opuszczali znane sobie góry i schodzili na wybrzeże.

Oprócz zamku najważniejszym obiektem we Fuengiroli była gospoda dla podróżnych, wokół której skupiła się rybacka osada, miejscowość mogła być idealnym miejscem, by odpocząć po miesiącach toczenia bitew i potyczek w nieznośnym klimacie. Przy odrobinie szczęścia Polacy mieli szansę najbliższy czas spędzić na polerowaniu mosiężnych guzików przy mundurach i podziwianiu widoków. Maleńkim garnizonem, na który składało się półtorej setki piechurów i 11 francuskich kawalerzystów, dowodził kapitan Franciszek Młokosiewicz, były insurgent kościuszkowski, w pułku od 1806 r., a już odznaczony orderem Virtuti Militari.

14 października 1810 r. sielankę niedzielnego poranka przerwał bardzo nieprzyjemny incydent. Jacyś uzbrojeni ludzie zabili jednego, a ciężko ranili drugiego z żołnierzy, którzy strzegli bydła należącego do garnizonu, stado zaś pognali ze sobą w góry. W ślad za rabusiami natychmiast ruszył 40-osobowy oddział pościgowy pod dowództwem por. Ubysza, rzecz bowiem dotyczyła zawartości talerzy na najbliższe dni. Wtedy właśnie z blanków zamku dostrzeżono wyłaniającą się zza wzgórza regularną armię angielskiej piechoty w czerwonych kurtkach, morze zaś zaroiło się od angielskich okrętów. Wzniecony alarm pozwolił oddziałowi Ubysza w ostatniej chwili zaniechać pogoni za uciekającym obiadem i schronić się wewnątrz murów. W jednej chwili myśliwi zamienili się w zwierzynę.

Ów niespodziewany przez nikogo korpus ekspedycyjny przypłynął, rzecz jasna, z Gibraltaru, a dowodził nim generał lord Andrew Thomas Blayney, ambitny 40-latek, który zdążył już, oprócz pacyfikacji Irlandii, dokonać tego i owego w różnych egzotycznych zakątkach imperium i wojującej Europy. To on był pomysłodawcą i autorem ostatecznej wersji planu tej operacji, on też uporczywym nękaniem wychodził u gubernatora Campbella zgodę i środki na jej przeprowadzenie. Celem było odbicie z rąk Francuzów portu w Maladze, co mogło przynieść antynapoleońskiej koalicji bezmiar nieocenionych korzyści. Raz, że resztki francuskiej floty, jakie zostały po Trafalgarze, miały w ten sposób stracić schronienie i bazę wykorzystywaną do atakowania angielskich okrętów w niebezpiecznej bliskości cieśniny gibraltarskiej, dwa, że mogło to zmusić Francuzów do osłabienia presji na Kadyks. Jednak najcenniejszym zamierzonym skutkiem desantu było odblokowanie szerszej drogi zaopatrzenia dla hiszpańskich partyzantów. Ich dotychczasowe działania w górach, od Sierra Nevada po Rondę, skutecznie wiązały znaczne siły okupacyjne do ochrony dróg i wojskowych transportów, wykrwawiając po trochu małe, odcięte garnizony. Anglicy liczyli nawet, że samo pojawienie się ich oddziałów na stałym lądzie wywoła otwarte powstanie mieszkańców miasta i okolicznych górali.

Lord Blayney odrzucił jednak pomysł bezpośredniego ataku na Malagę z morza, obawiał się bowiem dział twierdzy górującej wysoko nad portem i przewagi francuskiej kawalerii na równinie koło Torremolinos. Stąd idea, aby desant wysadzić pod Fuengirolą, ok. 35 km na zachód od miasta, gdzie na drodze atakujących stało najwyżej 500 polskich żołnierzy w oddalonych od siebie oddziałach, o których wywiad donosił, że nie przedstawiają żadnej wartości bojowej.

10 października na statki transportowe w Gibraltarze załadowano dwa bataliony brytyjskie, liczące razem 1300 żołnierzy oraz półtysięczny oddział cudzoziemców pozbieranych z jeńców pojmanych z wrogich armii, głównie Niemców, lecz byli wśród nich też Polacy i Włosi. Trudno nazwać ich dezerterami, bo w tamtych czasach dla wziętych do niewoli żołnierzy alternatywą pójścia w obcą służbę była często egzekucja.

Cała eskadra natychmiast wypłynęła do Ceuty na afrykańskim brzegu cieśniny, by zabrać stamtąd jeszcze regiment hiszpańskiej piechoty w sile 650 żołnierzy. Współpraca z hiszpańskimi aliantami, pełna nieufności i zadrażnień, nie układała się Anglikom gładko. Mniejsza, że podczas inspekcji hiszpańskiego oddziału wyszło na jaw, że 50 ich karabinów nie nadaje się do użytku, mniejsza też o to, że katolicy zaokrętowani na pokładach angielskich okrętów buntowali się przeciwko serwowaniu mięsa w piątek, a w niedziele odmawiali walki bez obecności księdza. Nauczeni przypadkiem Gibraltaru, Hiszpanie w ogóle niechętnie widzieli Anglików na swoim terytorium z obawy, że potem łatwo ich się nie pozbędą. Wreszcie, zaradziwszy problemom, eskadra złożona z dwóch okrętów liniowych, zbrojnych w 74 działa każdy, trzech fregat oraz brygów, kanonierek i statków transportowych, popłynęła na drugą stronę morza, by wysadzić desant trzy kilometry od Fuengiroli, poza wzrokiem obrońców zamku. Naprzeciw 161 ludzi kpt. Młokosiewicza, uwięzionych w murach twierdzy, którą ostatni raz naprawiano w 1730 r., stanęło 2,5 tys. żołnierzy wspomaganych siłą kilkudziesięciu dział okrętowych.

Saper Legii Nadwiślańskiej (po lewej) i żołnierze 4. Pułku Piechoty Księstwa Warszawskiego.
Wikipedia

Szczęście amatorów

Pierwsze poważne rozczarowanie spotkało Blayneya już na plaży, na której wylądowała ekspedycja. Zgodnie z planem mieli tam na niego czekać hiszpańscy partyzanci, dla których fregata „Sparrowhawk" specjalnie przewiozła duży zapas sprzętu wojennego. Zamiast jednak spodziewanego tysiąca powstańców, na brzegu powitał go smętny tuzin miejscowych górali. Drugi powód do irytacji czekał lorda, gdy – pokazawszy Polakom muskuły – wysłał parlamentariusza z żądaniem kapitulacji, lecz ten usłyszał tylko kategoryczną odmowę polskiego oficera.

Na lądzie zaczęła się bezładna palba karabinowa, lecz naprawdę groźny był ostrzał z dział okrętowych, zwłaszcza z kanonierek, które dzięki małemu zanurzeniu mogły podpłynąć niemal pod samą plażę. Na domiar złego, przynajmniej na początku, Młokosiewicz nie mógł napastnikom odpłacić pięknym za nadobne, bo zamek prawie pozbawiony był artylerii. Nie dość, że były tam tylko dwa stare, hiszpańskie działa i dwie dwufuntowe armatki z brązu, pamiętające chyba złote czasy Wielkiej Armady, to trzej hiszpańscy artylerzyści, przydzieleni do ich obsługi, rozwiali się gdzieś bez śladu, zanim padły pierwsze strzały. Szczęściem po poszukiwaniach wśród piechurów znaleźli się tacy, którzy już kiedyś strzelali z armat w carskiej armii, a do nich dołączył jeden z sierżantów, który nowego fachu musiał nauczyć się w boju.

Może to tylko szczęście nowicjuszy, lecz świeżo upieczeni artylerzyści radzili sobie całkiem nieźle. Wkrótce zatopili jedną z kanonierek, co zmusiło pozostałe do odpłynięcia na bezpieczniejszą odległość, gdyż na nich też już padali pierwsi zabici i ranni. Jeszcze cięższą stratą Blayneya była śmiertelna rana zadana kartaczem jego zaufanemu oficerowi, majorowi Grantowi, gdy ten usiłował poderwać kryjących się przed kulami piechurów. Przede wszystkim jednak celny ogień z zamku uniemożliwił atakującym wyładunek na ląd ciężkich dział, dlatego pierwszego dnia Blayney musiał w ogóle zrezygnować z bezpośredniego szturmu na mury. Niestety, obrońcy zamku także ponieśli dotkliwe straty – poległ jeden z dwóch bardziej doświadczonych polskich artylerzystów, ranny został też kpt. Młokosiewicz.

Czekanie z transportem armat do wieczora jeszcze bardziej utrudniło Blayneyowi całą operację, bo noc przyniosła burzę z ulewnym deszczem i gradem, szalejącą nad okolicą aż do rana. Zamek został otoczony wartowniczymi posterunkami, a pozostali żołnierze, wspólnie z marynarzami, walczyli w ciemnościach z falami i strugami wody lejącej się z nieba i gór, by przenieść na brzeg armaty i zawlec je aż na wzgórze wznoszące się na zachód od zamku. Tylko wielkie, 32-funtowe działo oblężnicze pozostało na plaży, bo w tych warunkach nie było sposobu, by usadowić je wyżej.

Jednak ta sama burza i ciemność, która tak uprzykrzyła życie oblegającym, pozwoliła dotrzeć do oblężonych pierwszym, niewielkim posiłkom. Z Mijas, górskiej wioski leżącej wysoko nad Fuengirolą, skąd widać duży kawał wybrzeża, zatokę i zamek, oblężenie od początku obserwował 60-osobowy posterunek por. Chełmickiego. Widząc strzelaninę, Chełmicki natychmiast wysłał meldunek do Malagi oraz aż dwukrotnie do majora Ignacego Bronisza, stacjonującego z 200 żołnierzami piechoty i 80 dragonami w Alhaurin la Grande, po drugiej stronie gór. Załoga Mijas, nie doczekawszy się odpowiedzi, postanowiła nocą opuścić wieś i spróbowała dotrzeć do oblężonego zamku, uznając, że ich mały oddział ma mniejsze szanse na ocalenie, gdy zostanie sam na tym odludziu.

I rzeczywiście – ponieważ w dół, ku morzu, prowadziła tylko jedna droga, to jedynie ciemnościom i odrobinie cudu zawdzięczali Polacy, że nie napotkali 450 żołnierzy Blayneya, zmierzających w przeciwnym kierunku, aby zdobyć wioskę. Po północy, niemal depcząc po głowach chroniących się angielskich wartowników, Chełmicki stanął pod zamkiem i długo musiał w tej trochę niezręcznej sytuacji przekonywać nieufnego Młokosiewicza, że jest, kim jest, nim został wpuszczony do środka.

Tymczasem w Alhurin la Grande major Bronisz, zaalarmowany przez kurierów, lecz pozbawiony rozkazów i instrukcji na podobny wypadek, sam zdecydował o nocnym marszu przez góry do Mijas. Opuszczone przez Chełmickiego posterunki zajął jeszcze przed świtem, zanim zrobili to Hiszpanie Blayneya, po czym skutecznie odparł ich atak, gdy na chwilę wkroczyli do wioski. Napastnicy wycofali się na dobre po stracie 60 ludzi. Odpocząwszy nieco po całonocnym marszu i walce, Bronisz zwołał naradę swoich oficerów, na której zapadła zgodna decyzja o marszu z odsieczą dla Młokosiewicza.

W samą porę, bo we Fuengiroli sytuacja stawała się bardziej niż rozpaczliwa. Lądowanie drugiego batalionu brytyjskiego wzmocniło siły oblegających o prawie 100 żołnierzy, a artyleryjski ostrzał z lądu był o wiele skuteczniejszy niż z okrętów. W murach zaczęły pojawiać się pierwsze wyłomy, granaty wybuchały także wewnątrz zamku, aż w końcu zawaliła się jedna z baszt, pod którą zginęło ośmiu żołnierzy. Na dodatek w twierdzy nie było już żywności ani wody. Blayney ponownie wysłał parlamentariusza, lecz tym razem, z obawy o morale swoich ludzi, kapitan w ogóle nie chciał z nim gadać.

Atak zamiast obiadu

W akcie desperacji lub przypływu geniuszu Młokosiewicz, zamiast czekać na śmierć w ruinach, postanowił sam zaatakować. W zamku pozostawił tylko rannych i niezbędną rezerwę do zapewnienia sobie osłony, po czym z Chełmickim i 130 żołnierzami wyszedł na przedpole. Chyba tylko przez osłupienie, jakie wywołał u oblegających, Chełmicki z biegu zdobył angielską baterię na wzgórzu, a szarża tuzina francuskich dragonów przepłoszyła brytyjską ochronę. W powstałym zamieszaniu porucznik, zaplątawszy się między wrogie szeregi, na chwilę trafił do niewoli, lecz ledwo stracił epolety, koledzy odbili go, sami tym razem biorąc jeńców. Zamiast napawać się chwilowym sukcesem, Polacy natychmiast zwrócili zdobyte działa w stronę nieprzyjaciela, i choć nie było wśród nich artylerzystów, przez pół godziny celnie strzelali do angielskiego batalionu stojącego przy plaży, gdzie akurat Blayney łaskaw był spożywać lunch. Zaskoczony i zirytowany tym lord, zamiast zapanować nad rozgardiaszem, jaki ogarnął jego wojsko, osobiście stanął na czele angielskiego kontrataku na wzgórze. Pod ostrzałem Polaków padł zabity koń Blayneya, ale nie powstrzymało to generała, a do atakujących Anglików z drugiej strony wzgórza dołączyli Hiszpanie, którzy też otrząsnęli się z szoku. Dział nie można było dłużej utrzymać, dlatego wycofujący się Polacy wysadzili na odchodnym część składów prochu, które, eksplodując, raniły kilku naszych żołnierzy. I właśnie wtedy, gdy miał się dokonać ostateczny pogrom ludzi Młokosiewicza, na Anglików, niczym bicz boży, spadły bagnety i szable majora Bronisza, który wreszcie dotarł z Mijas pod zamek.

Trudno dziś powiedzieć, co się właściwie wtedy stało, ponieważ siły angielsko-hiszpańskie nadal miały nad Polakami druzgoczącą przewagę liczebną. Być może oddział Bronisza został omyłkowo wzięty za wojska francuskie generała Sebastianiego z Malagi, których lord obawiał się najbardziej, lecz najpewniej po prostu Anglikom zabrakło dowódcy – Blayney bowiem zajęty był osobistym odbijaniem swoich armat, zamiast kontrolować całość podległych mu wojsk. W każdym razie lord znalazł się na froncie ataku Polaków i, choć walczył dzielnie z malejącą garstką żołnierzy u boku, w końcu jakiś ranny wiarus siłą zabrał mu szablę, a resztę zapału bojowego wybito z głowy generała kolbami karabinów. Nie wiadomo, czym by to się dla niego skończyło, gdyby zdrowo obitego lorda nie wziął w opiekę jeden z dragonów Bronisza, por. Fryderyk Petit.

Anglicy i Hiszpanie znów byli masakrowani ogniem z własnych armat, które powtórnie opanował podporucznik Lalewicz, a plaża zapełniła się bezładnym tłumem uciekających żołnierzy, usiłującym czym prędzej wypłynąć na morze. Miary chaosu dopełnił fakt, że do brzegu wciąż płynął ostatni rzut wsparcia dla Blayneya, a okręty angielskie nadal ostrzeliwały zamek.

Sam generał, doprowadzony do twierdzy z grupą innych pojmanych oficerów, po wymianie uprzejmości został oficjalnie jeńcem kpt. Młokosiewicza. Dowódcy okrętów, widząc na murach lorda w towarzystwie Polaków, zaprzestali ognia i, wciągnąwszy żagle na maszty, dostojnie odpłynęli na zachód. Było po wszystkim.

Barbarzyńcy częstują wódką

Ponieważ angielski lord bardzo użalał się nad sobą i losem, jaki go spotkał, Młokosiewicz, chcąc pocieszyć biedaka, nalał mu wódki, lecz mimo żądania, musiał odmówić dopełnienia szklanki wodą, na zamku bowiem po prostu jej nie było. Zachęcany przez Polaków dobrotliwym poklepywaniem po plecach i okrzykami, Blayney przełknął ten kielich goryczy z godnością, lecz nie zapomniał kapitanowi upokorzenia do końca życia, opisując poczęstunek jako akt męczeństwa z rąk barbarzyńców. Przez to potem panowie musieli jeszcze raz stoczyć ze sobą bitwę, tym razem na pamiętniki. Ponieważ odsiecz gen. Sebastianiego była dopiero w połowie drogi z Malagi, dostojny jeniec pod strażą został odesłany do Mijas. Po kilku latach w niewoli, spędzonych na prowadzeniu życia towarzyskiego i spisywaniu wspomnień, Blayney wrócił do Anglii i rzucił wojsko na rzecz polityki.

W przebieg zdarzeń opisanych w raporcie przez Młokosiewicza nie chciał dać wiary najpierw gen. Sebastiani, a potem i cesarski sztab Napoleona. Dopiero skonfrontowanie go z raportami francuskich oficerów i relacją samego Blayneya przypieczętowało sławę Fuengiroli, która niosła się za Młokosiewiczem do końca życia. Do jego kolekcji orderów dołączyła Legia Honorowa, a gdy po latach, już jako generał brygady, złożył dymisję podczas powstania listopadowego, by przysięgać wierność carowi, Mikołaj I uszlachcił Młokosiewicza, obdarzając go herbem Fuengirola.

Gdyby ktoś nie dowierzał tej historii, jej potwierdzenia nie musi szukać aż w Andaluzji. W Muzeum Narodowym w Krakowie można na własne oczy zobaczyć tę samą szablę, którą lord Blayney stracił 15 października 1810 r. pod zamkiem we Fuengiroli.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL