fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Polska: skarby wokół nas

Kompleks Riese, sieć podziemnych tuneli i komór wydrążonych przez Niemców w Górach Sowich, ciągle skrywa wiele zagadek.
AFP
Polska to prawdziwa kopalnia skarbów. Liczne wojny i najazdy pozostawiły po sobie pamiątki, które przez dekady, a nawet całe wieki, czekają na swoich odkrywców.

W połowie sierpnia 2014 r. gruchnęła wieść, że w otaczających Wałbrzych malowniczych lasach odnaleziono legendarny „złoty pociąg", który pod koniec wojny Niemcy mieli rzekomo wywieźć z Wrocławia. Poszukiwacze skarbów wykonali dobrej jakości zdjęcia georadarowe, które wskazywały, że być może odnaleziono długi na ponad 100 metrów pociąg pancerny, którym pod koniec wojny prawdopodobnie wywieziono ze stolicy Dolnego Śląska różne kosztowności, w tym m.in. dzieła sztuki. Generalny konserwator zabytków Piotr Żuchowski oświadczył, że obiekt odkryty przez georadar należy do grupy pancernych pociągów z czasów II wojny światowej, „które funkcjonowały w obszarze działań wojennych, szczególnie w obszarze Dolnego Śląska, i były tak naprawdę wielkimi furgonami na torach przewożącymi wartościowe rzeczy". Pociąg taki składał się zazwyczaj z opancerzonej lokomotywy oraz zabezpieczonych dodatkowymi osłonami wagonów, z których można było prowadzić ostrzał z dział i broni maszynowej.

Dzisiaj nie ma żadnej pewności, czy obiekt wykryty w podwałbrzyskich lasach jest w ogóle pociągiem. Pojawiały się wiadomości, że obiekt ma 150 metrów długości, podczas gdy większość pociągów pancernych nie miała więcej niż 100 metrów. Wyobraźnię poszukiwaczy skarbów rozpalała dodatkowo krążąca plotka, że znaleziskiem może być pociąg pancerny SS wypełniony po brzegi zrabowanymi precjozami z całej okupowanej przez Niemcy Europy.

Gorączkę złota ochłodził dopiero wojewoda dolnośląski Tomasz Smolarz, który na konferencji prasowej 31 sierpnia 2015 r. stwierdził, że nie ma żadnych dowodów na istnienie wyładowanego skarbami składu pancernego. Wręcz przeciwnie, wojewoda zapytany o zdjęcie, na którym jakoby na 99 proc. widać kształt pociągu, uciął temat, odpowiadając, że takiego zdjęcia nie widział i nie dostarczono mu go do dokumentacji. „Walor poznawczy zgłoszenia nie jest wyższy od tych, które pojawiały się w ostatnich latach i dziesięcioleciach. Nie ma tam nic nowego" – podkreślił Smolarz.

Sprawa dolnośląskiego „złotego pociągu" pokazuje, jak wielkie namiętności rozpalają poszukiwania skarbów. Dodatkowo wałbrzyska historia ujawniła, jak wiele narodów i państw uzurpuje sobie prawo do posiadania skarbów i pamiątek przeszłości odkrywanych w Polsce. Swoje pretensje do nazistowskiego złota zaczęli bowiem zgłaszać Rosjanie, Niemcy i Światowy Kongres Żydów, mimo że żadna z tych stron nie raczyła nawet zbadać dokumentacji ani historii skarbu, o który się upominała.

Na wałbrzyskiej „gorączce złota" mógł jedynie skorzystać region. Mało znane i rzadko odwiedzane przez turystów malownicze Góry Sowie i Wzgórza Wałbrzyskie zapewne skrywają jeszcze niejedną pamiątkę po ludziach, którzy tu żyli. Poszukiwacze skarbów twierdzą, że na liczącej 65 km trasie ze Świebodzic do Wałbrzycha są miejsca, które kryją ogromne bogactwo zgromadzone tu przez hitlerowców. Wyobraźnię tropicieli tajemnic rozpala „złoto Wrocławia", które od czasu wojny może leżeć w ukryciu gdzieś w podziemiach lub okolicach zamku Książ. Ciekawą informację podał portal dziennik.wałbrzych.pl: „Na jednej ze starych pocztówek zobrazowano zamek Książ w przyszłości (oryg. Schloss Fürstenstein i. Schl. in der Zukunft). Poza balonami i innymi fantastycznymi obiektami latającymi artystyczna wizja zamku zawiera obraz pociągu wjeżdżającego na stację z tunelu pod zamkowym wzgórzem. Na budynku dworca widnieje napis: Station Schloss Fürstenstein". Czyżby opis ten wskazywał, że pod zamkiem znajdowała się tajna stacja kolei, na której ukryto pociąg lub same wagony wypełnione złotem wywiezionym z twierdzy Breslau? A może mit powstał na bazie pocztówki, która była jedynie zwykłym narzędziem propagandy nazistowskiej ukazującej Niemcom świetlaną przyszłość ich państwa?

Niezależnie od tego, jaka jest prawda, owa pocztówka rozpaliła wielkie emocje wśród poszukiwaczy skarbów, którzy połączyli pewne wydarzenia wojenne z przesłaniem obrazka i stworzyli z tego teorię o fortunie ukrytej pod zamkiem. Pikanterii wszystkim takim teoriom dodaje legenda o strażnikach, którzy zobowiązali się strzec tajemnicy lokalizacji ukrytego skarbu i zabrać ją ze sobą do grobu. Ci fanatyczni naziści, oddani swojemu wodzowi długo po jego śmierci, mieli rzekomo za zadanie uśmiercać każdego, kto niebezpiecznie zbliżył się do ukrytego bogactwa. Należy jednak pamiętać, że od tysięcy lat wątek tajemniczych strażników pojawia się niemal w każdej legendzie o skarbach. Bez względu na to, czy przekaz dotyczył skarbów faraonów, złota ze Wzgórza Świątynnego w Jerozolimie, ukrytego bogactwa władcy Inków czy gigantycznego majątku templariuszy, w każdej z tych legend zawsze pojawiał się motyw tajemniczych protektorów sprawujących pieczę nad skarbem.

Zamek w Książu ze swymi rozległymi podziemnymi tunelami nieustannie rozbudza wyobraźnię poszukiwaczy skarbów.
Wikipedia

Majątek żydowskiego bankiera

Czy zatem poszukiwanie skarbów jest jedynie naiwną wiarą w mity i pogonią za mrzonkami? W żadnym wypadku. Fortuna leży pod naszymi stopami i dosłownie czeka, kiedy po nią sięgniemy. Najlepszym dowodem na słuszność tych słów jest odnalezienie skarbów w Środzie Śląskiej. 6 czerwca 1985 r. robotnicy kopiący fundamenty pod budynek centrali telefonicznej przy ul. Daszyńskiego 16 natrafili na gliniany dzban wypełniony srebrnymi monetami. Przekazany Muzeum Archeologicznemu we Wrocławiu dzban zawierał unikatowy zbiór groszy praskich i miśnieńskich. Podejrzewa się, że został on ukryty w XIV w. przez bogatego bankiera żydowskiego o imieniu Mojżesz, który uciekł z miasta przed szalejącą epidemią dżumy. Nikt nie mógł się jednak spodziewać, że na tej samej ulicy może się kryć nieporównywalnie większe bogactwo. W 1988 r. zaledwie dom wcześniej, na ul. Daszyńskiego 14, kolejna ekipa budowlana natrafiła na pozostałą, znacznie większą część ukrytego skarbu. Znalezisko zawierało kolekcję średniowiecznych monet i klejnotów królów czeskich, które w 1348 r. zostały zastawione przez czeskiego władcę Karola IV Luksemburskiego u bankiera ze Środy Śląskiej. Wartość tych przedmiotów oszacowano na ok. 250 mln ówczesnych złotych.

Wieść o bogactwie odkrytym pod domem na ul. Daszyńskiego rozeszła się jak błyskawica po całej Polsce. Do Środy Śląskiej zjeżdżały setki poszukiwaczy skarbów z całego kraju, gotowych, często pod osłoną nocy, poszukiwać dalszej części ukrytego skarbu. Lokalna komenda Milicji Obywatelskiej nie potrafiła sobie w żaden sposób poradzić z szabrem skarbów kultury narodowej. Znaczna część monet i unikatowej biżuterii trafiła w ręce prywatne. Skarb był tak wielki, że monety znajdowano nawet w gruzach budynku wywiezionych na wysypiska śmieci. Mieszkańcy Środy Śląskiej ze zdumieniem przyglądali się setkom dobrze ubranych przybyszów przeszukujących sterty śmieci i rozbijających na drobny pył gruz ze zburzonego domu.

Archiwum żagańskiej księżnej

Znalezisko ze Środy Śląskiej rozpaliło wyobraźnię poszukiwaczy skarbów, którzy zaczęli przetrząsać stare archiwa w poszukiwaniu jakichkolwiek zapisków sugerujących istnienie ukrytych zabytków. Jednym z takich obiektów jest od ponad sześciu dekad legendarne archiwum księżnej Doroty de Talleyrand-Périgord, a także skarby z żagańskiego pałacu.

Żyjąca w latach 1793–1862 Dorota de Talleyrand-Périgord, księżna kurlandzka i żagańska, była znaną mecenaską sztuki. Jej pałace w Żaganiu i Zatoniu wypełniały dzieła sztuki i cenne zbiory książek. W dodatku piękny, barokowy pałac w Żaganiu został zbudowany na pozostałościach średniowiecznego zamku piastowskiego z przełomu XIII i XIV w. Wokół tego miejsca narosło wiele legend. W kwietniu 1944 r. Niemcy spakowali najcenniejsze zbiory Żagania do skrzyń i umieścili je w pałacowej piwnicy. Rozebrano na części nawet zabytkowe meble. Szczególnie cenna była żagańska biblioteka. Poszukiwacze skarbów uważają, że Niemcy chcieli ją ukryć w Miodnicy, Borowinie, Kliczkowie lub w okolicy Bolesławca.

W międzyczasie w pałacu powstał szpital polowy, a ze względu na sytuację na froncie nie sposób było zorganizować transportu żagańskiej kolekcji do wyznaczonej kryjówki. Dopiero w październiku stacjonującym w pałacu Niemcom udało się zdobyć dwa samochody, które wywiozły większość pałacowych skarbów w nieznanym kierunku. Świadkowie tego rabunku twierdzili później, że w pałacowej piwnicy pozostało 47 skrzyń, których niemieckim złodziejom nie udało się wywieźć. Podobno wśród skrzyń leżały także liczne pojedyncze przedmioty. Prawdopodobnie w tych pozostawionych skrzyniach znajdował się słynny zbiór listów i rękopisów księżnej, nazywany obecnie archiwum Doroty de Talleyrand-Périgord.

Dalsza historia żagańskiej fortuny jest dość dziwna i pełna nieścisłości. Legendy i plotki mówią o różnych cudzoziemcach odwiedzających pałac tuż po wojnie i wywożących skarby księżnej. Podobno wkrótce po zajęciu zespołu pałacowego przez Armię Czerwoną zjawili się tam dwaj alianccy oficerowie. Prawdopodobnie byli to Francuz i Amerykanin, którzy tajemniczym trafem dostali pozwolenie od swojego radzieckiego kolegi na przeszukanie piwnic pałacu. Alianccy oficerowie bez żadnych przeszkód zabrali ze sobą kilka skrzyń i wywieźli je w nikomu nieznanym kierunku. Krąży też legenda o holenderskim dyplomacie, który miał reprezentować rodzinę Talleyrandów, która pragnęła odzyskać cenne archiwum swojej krewnej.

Co zawierały tajemnicze skrzynie wywiezione przez Niemców i pozostałe w pałacowej piwnicy? Spis większości przedmiotów zawiera protokół sporządzony przez Niemców w grudniu 1944 r. Jest to zresztą ostatni ślad po bezcennej kolekcji. Na podstawie tego protokołu niemiecki historyk sztuki Palmbeck oszacował wartość kolekcji malarskiej na 4 mln marek. Nikt nie wie, ile naprawdę wart jest unikatowy zbiór listów i rękopisów oraz biblioteka pałacowa. Część skarbów trafiła do siedziby Talleyrandów w Valencay, francuskich muzeów bądź  co jakiś czas pojawia się na aukcjach w Europie Zachodniej.

Poszukiwacze skarbów od lat śledzą wszystkie możliwe wzmianki prasowe o losie kolekcji żagańskiej księżnej. Podobno w bibliotece Kongresu USA znajduje się mikrofilm zawierający zdjęcia wszystkich cennych przedmiotów z tej kolekcji. Po wojnie pojawiali się też Niemcy twierdzący, że znają lokalizację skarbu. Część poszukiwaczy wierzy, że wypełnione bezcennymi dziełami skrzynie do dzisiaj czekają na swojego odkrywcę w dworkach Miodnicy lub Borowiny. Inni nadal są gotowi kopać wokół pałacu w Żaganiu, twierdząc, że Niemcy nie zdążyli wywieźć bezcennej kolekcji ze względu na zbliżające się uderzenie wojsk radzieckich.

Tajemnicza rama ze Szprotawy

„Złoty pociąg" z okolic Wałbrzycha, złoto Wrocławia pod zamkiem Książ, majątek żagańskiej księżnej czy bezcenne znaleziska ze Środy Śląskiej to dopiero początek długiej listy skarbów, które są rozsiane po całej Polsce.

Lista dzieł sztuki zrabowanych i ukrytych przez Niemców w czasie II wojny światowej zawiera kilkanaście tysięcy pozycji. Już od 1942 r. Niemcy gromadzili, archiwizowali i ukrywali po całej Europie niezliczone ilości dzieł sztuki, biżuterii, cennych książek i rękopisów oraz drogocennych kamieni i sztabek metali szlachetnych. Wrocławski dziennikarz i publicysta Wacław Dominik uważał, że pod koniec wojny profesor Günther Grundmann, konserwator zabytków prowincji dolnośląskiej, zajmował się na polecenie swoich przełożonych wyszukiwaniem na terenie Dolnego Śląska miejsc przeznaczonych na składowanie niemieckich dzieł sztuki. Wacław Dominik zwrócił uwagę, że na liście Grundmanna znalazły się lubuskie miejscowości: Carolath (Siedlisko), Sprottau (Szprotawa) i Hartau, czyli obecna Borowina pod Szprotawą. Jego uwagę zwróciły także średniowieczne lochy Wrocławia. Po wojnie Grundmann był wielokrotnie zapraszany do odwiedzenia Polski i nawiązania współpracy z polskimi historykami i instytucjami ochrony zabytków. Na żaden z listów nie odpowiedział. Zmarł w 1976 r. w Hamburgu, zabierając do grobu tajemnicę lokalizacji miejsc, gdzie ukryto zbiory.

Jednym z takich miejsc może być nieustannie oblegana przez poszukiwaczy skarbów Szprotawa lub pobliski pałac w Borowinie. Historycy wskazują też na kilka okolicznych kościołów. Skąd wybór tej właśnie lokalizacji? Wiąże się z tym pewne niezwykłe odkrycie. Od lat w archiwum szprotawskiego muzeum wisi ofiarowana wiele lat temu przez pewnego szprotawianina reprodukcja obrazu o tematyce religijnej. Sam obraz nie ma większej wartości. Wyobraźnię poszukiwaczy skarbów rozpaliła jednak rama, w którą oprawiono malowidło. Odkryto na niej odcisk tłoczonej pieczęci z napisem: „KGL. NATIONALGALERIE BERLIN", co jest sygnaturą ówczesnego Królewskiego Muzeum Narodowego w Berlinie. Zaraz po opublikowaniu odkrycia zaczęły się spekulacje, skąd w wymienionej w zapiskach Grundmanna Szprotawie wzięła się rama z pieczęcią Muzeum Królewskiego położonego przy berlińskiej Unter den Linden. Warto pamiętać, że muzeum posiadało przed II wojną światową zbiory władców pruskich od elektora Fryderyka Wilhelma I do Fryderyka Wielkiego oraz część zbiorów stanowiących niegdyś własność królów polskich z dynastii Wazów. Szprotawski darczyńca nie miał bladego pojęcia, jak jego rodzina znalazła się w posiadaniu takiej ramy. Czyżby kiedyś zdobiła ona naprawdę bezcenny obraz?

Pewne jest, że jeszcze przed wkroczeniem Armii Czerwonej do Berlina część zbiorów Muzeum Królewskiego została wywieziona w nieznanym kierunku. Po wojnie do muzeum nie wróciły wszystkie zbiory. Część kolekcji została zapewne zniszczona w wyniku działań wojennych, część rozkradziona, a część ukryta w rozsianych po Niemczech składowiskach. Nikt w III Rzeszy nie przypuszczał, że Niemcy utracą po wojnie Dolny Śląsk, stąd być może podjęto decyzję o ukryciu wielu zbiorów w tej części przedwojennych Niemiec.

Kto ma prawo do skarbu?

Złoty pociąg spod Wałbrzycha wzbudził wielką narodową dyskusję na temat skarbów, jakie pozostawili lub ukryli w Polsce naziści. Pod tym względem szczególnym miejscem na mapie naszego kraju jest właśnie Dolny Śląsk. Pod wpływem programów telewizyjnych zrealizowanych przez Bogusława Wołoszańskiego pojawiła się krążąca w drugim obiegu plotka, że kolekcja dzieł sztuki ukryta przez zespół profesora Grundmanna może się znajdować gdzieś w zamku Czocha lub w pobliskim lubiąskim opactwie. Ten pierwszy obiekt stanowił przed wojną własność drezdeńskiego producenta cygar Ernsta Gütschowa, jednego z najbogatszych Niemców w Republice Weimarskiej i III Rzeszy. Gütschow kupił go w 1909 r. za 1,5 mln marek. W czasie wojny udostępnił pomieszczenia swojej rezydencji szkole szyfrantów Abwehry. Ostatecznie jednak Bogusław Wołoszański doszedł do wniosku, że mit o skarbach zgromadzonych w tych dwóch miejscach miał służyć jedynie jako wabik na ich poszukiwaczy.

Być może właśnie rozwiązaniem tajemnicy kolekcji Gundmanna jest „złoty pociąg" z Wałbrzycha, który wzbudził bardzo duże zainteresowanie środowisk kolekcjonerskich w Niemczech. Gdyby rzekomy skład pancerny ukryty w podwałbrzyskich lasach rzeczywiście zawierał kolekcję przedwojennego Muzeum Królewskiego w Berlinie, powstałby poważny spór prawny dotyczący zwrotu kolekcji jego rzekomo prawowitym właścicielom.

Co prawda, wszystkie zabytki o charakterze archeologicznym pozyskane w Polsce, a będące efektem profesjonalnych poszukiwań bądź niespodziewanie odnalezione, stanowią własność Skarbu Państwa, ale w tym konkretnym przypadku mogą być także zastosowane niektóre przepisy umów międzynarodowych. W przypadku odnalezionych zbiorów kultury niemieckiej powinny one jednak stanowić ekwiwalent za dzieła polskiej kultury narodowej utracone w czasie II wojny światowej w wyniku rabunkowej i barbarzyńskiej polityki niemieckiego okupanta.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA