fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Triumf, który nie był cudem

Rekonstrukcja Bitwy Warszawskiej 1920 r. Szarża kawalerii pod Ossowem
Fotorzepa, Jakub Ostałowski
Polskie zwycięstwo nad bolszewikami było możliwe dzięki znakomitej pracy naszego wywiadu i kadry dowódczej oraz mobilizacji całego narodu przeciwko najeźdźcy.

Osiemnasta decydująca bitwa w dziejach świata – tak nazwał Bitwę Warszawską 1920 r. brytyjski dyplomata lord Edgar Vincent d'Abernon. Jako członek Misji Międzysojuszniczej w Polsce był świadkiem naszego wielkiego zwycięstwa. Wspominał je później: „Współczesna historia cywilizacji zna mało wydarzeń posiadających znaczenie większe od bitwy pod Warszawą w roku 1920. Nie zna zaś ani jednego, które by było mniej docenione. Gdyby bitwa pod Warszawą zakończyła się zwycięstwem bolszewików, nastąpiłby punkt zwrotny w dziejach Europy. Nie ulega bowiem wątpliwości, iż z upadkiem Warszawy środkowa Europa stanęłaby otworem dla propagandy komunistycznej i dla sowieckiej inwazji". W swoich spostrzeżeniach nie był odosobniony.

Wybitny brytyjski teoretyk wojskowości, płk J.F.C. Fuller pisał: „Osłaniając centralną Europę od zarazy marksistowskiej, bitwa warszawska cofnęła wskazówki bolszewickiego zegara (...), zatamowała potencjalny wybuch niezadowolenia społecznego na Zachodzie, niwecząc prawie eksperyment bolszewików". W West Point szczegółowo omawiał polskie zwycięstwo gen. Douglas MacArthur, późniejszy amerykański triumfator w wojnie na Pacyfiku. Darzył on wielkim szacunkiem marszałka Piłsudskiego. Z kolei papież Pius XI kazał namalować w kaplicy w Castel Gandolfo fresk przedstawiający bój pod Ossowem. Lenin wskazywał zaś, że: „Polska wojna była najważniejszym punktem zwrotnym nie tylko w polityce Rosji Sowieckiej, ale także w polityce światowej. (...) Wszystko tam, w Europie, było do wzięcia. Lecz Piłsudski i jego Polacy spowodowali gigantyczną, niesłychaną klęskę sprawy światowej rewolucji".

Geopolityczny tygiel

W dziełku endeckiego działacza Jędrzeja Giertycha „Rozważania o Bitwie Warszawskiej 1920 r." bezkrytycznie przedstawiono tezę mówiącą, że „zły Piłsudski" sprowokował wyprawą kijowską najazd „mających pokojowe zamiary" bolszewików na Warszawę. Tymczasem bolszewicka ofensywa na Warszawę była częścią wojny, która trwała już de facto od prawie trzech lat. Do pierwszych starć polskich formacji zbrojnych z bolszewickimi bandami dochodziło już na jesieni 1917 r. Na przełomie 1918 i 1919 r. trwały zaś walki o Wilno między czerwonymi najeźdźcami a polską samoobroną.

Za „oficjalny początek" wojny uważana jest zwycięska dla nas potyczka pod Berezą Kartuską z 14 lutego 1919 r. Nasz bój z bolszewikami trwał na dużą skalę już na ponad rok przed wyprawą kijowską. Obfitował w tak chwalebne epizody jak: ofensywa na Wilno z kwietnia 1919 r., zajęcie Mińska w sierpniu 1919 r. czy też bitwa pod Dyneburgiem w styczniu 1920 r., ale też w kontrowersyjne momenty, takie jak rozejm w Miklaszewiczach, który pomógł bolszewikom zgnieść białą armię gen. Denikina. Wyprawa kijowska z kwietnia i maja 1920 r. była zaś śmiałym uderzeniem wyprzedzającym mającym pokrzyżować sowieckie plany ofensywne i wspomóc naszego nowego ukraińskiego sojusznika.

Po wkroczeniu polskich wojsk do Kijowa Piłsudski był fetowany jako bohater nawet przez endecję, a naród uwierzył, że może wreszcie uda się zapewnić Polsce bezpieczne i sprawiedliwe granice na Wschodzie. To, że dałoby się je wyznaczyć za pomocą dyplomacji, było mrzonką. Bolszewicy przecież szykowali się wówczas do tego, by zanieść na swoich bagnetach rewolucję do Niemiec i dalej na zachód Europy. „Pańska Polska" była dla nich jedynie słabą przeszkodą, którą należało szybko usunąć.

Decydująca faza tego konfliktu rozpoczęła się w czerwcu 1920 r. wraz z przełamaniem polskiego frontu na Ukrainie przez 1. Armię Konną Siemiona Budionnego. To wymusiło odwrót naszej armii o kilkaset kilometrów na Zachód. Front ustabilizowano dopiero na linii Równe–Tarnopol, a wrogie oddziały znalazły się niebezpiecznie blisko Lwowa. Na początku lipca sowiecka ofensywa na Białorusi, kierowana przez Michaiła Tuchaczewskiego, przerwała nasz front. Polski odwrót przybrał tam oblicze dużo bardziej chaotyczne niż na Ukrainie. Próby powstrzymania bolszewików – najpierw na linii dawnych okopów niemieckich z I wojny światowej, a później na kolejnych rubieżach obronnych – szybko kończyły się porażkami. Bolszewicy dezorganizowali naszą obronę uderzeniami korpusu kawaleryjskiego Gaj-chana (zwanego Złotą Ordą Gaj-chana z tego względu, że podobnie jak 1. Armia Konna swój pochód znaczył wymyślnymi mordami jeńców i cywilów, gwałtami i rabunkami). Sytuacja wyraźnie przerosła dowódcę Frontu Północno-Wschodniego gen. Stanisława Szeptyckiego oraz otaczające go grono oficerów wywodzących się z armii austriackiej, przyzwyczajonych do statycznej, okopowej wojny. Bez walk oddano Wilno, a 1 sierpnia padł Brześć, co zniweczyło planowane przez Piłsudskiego kontruderzenie. Bolszewicy dochodzili już do Narwi, a schorowany i skonfliktowany z Piłsudskim Szeptycki złożył dymisję. Sytuacja wyglądała naprawdę katastrofalnie.

1 sierpnia 1920 r. w Białymstoku ogłosił swoje powstanie Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, czyli zalążek komunistycznego rządu podbitej Polski kierowany przez Feliksa Dzierżyńskiego, szefa bolszewickiej bezpieki. Pod koniec pierwszej dekady sierpnia bolszewickie siły podchodziły już pod Przasnysz, Wyszków i Działdowo. To ostatnie miasto zostało przekazane przez bolszewików niemieckiej Reichswehrze. Już w lipcu przebywał w Berlinie sowiecki wysłannik kuszący Niemców sojuszem z Rosją Sowiecką i zwrotem im Wielkopolski oraz Pomorza. Przedstawiciele niemieckiej mniejszości włączali się w działalność komitetów rewolucyjnych tworzonych na okupowanych przez bolszewików polskich terenach. Podczas lipcowej konferencji w belgijskim kurorcie Spa zachodnie mocarstwa naciskały na Polskę, by de facto odstąpiła bolszewikom ziemię za Bugiem i Sanem. Czesi zablokowali transporty kolejowe do Polski, spodziewając się, że to pomoże w upadku nielubianego sąsiada. W Warszawie doszło do przesilenia politycznego. 24 lipca gabinet Władysława Grabskiego został zastąpiony przez Rząd Obrony Narodowej kierowany przez przywódcę PSL-Piast Wincentego Witosa. Rozważano ewakuację władz państwa do Poznania, gdzie udał się już członek Rady Obrony Państwa, przywódca endecji Roman Dmowski.

Plan sam się narzucał

„Ponad martwym ciałem Białej Polski jaśnieje droga ku ogólnoświatowej pożodze. Na naszych bagnetach poniesiemy szczęście i pokój ludzkości pełnej mozołu. Na zachód! Wybiła godzina ataku. Do Wilna, Mińska, Warszawy!" – pisał Michaił Tuchaczewski, dowódca Frontu Zachodniego, w rozkazie do swoich wojsk wydanym 2 lipca 1920 r. Siły bolszewickie, które wzięły udział w Bitwie Warszawskiej, liczyły 104–114 tys. żołnierzy. Frontowi Zachodniemu Tuchaczewskiego podlegały: 3. Korpus Kawalerii Gaj-chana (Gaja Bżyszkiana-Gaja), 4. Armia Jewgienija Siergiejewa, 15. Armia Augusta Korka, 3. Armia Władimira Łazarewicza, 16. Armia Nikołaja Sołłohuba i słaba, osłonowa Grupa Mozyrska Tichona Chwiesina. 4. Armia i „Złota Orda Gaja" miały nacierać na Toruń i Grudziądz, 15. Armia przekroczyć Wisłę między Płockiem a Wyszogrodem. 16. Armia powinna dokonać przeprawy na północ od Warszawy i dopiero później, „paskiewiczowskim" manewrem zaatakować polską stolicę od strony Woli. Punktem ciężkości sowieckiego uderzenia nie była więc Warszawa.

Front Zachodni teoretycznie mógł liczyć na pomoc Frontu Południowo-Zachodniego Aleksandra Jegorowa, u którego komisarzem politycznym był Józef Stalin. Siłom Jegorowa podlegała osławiona 1. Armia Konna Budionnego. Front Południowo-Zachodni nacierał na Lwów i jedynie bardzo luźno (i bardzo niechętnie) współpracował z Frontem Zachodnim. Pomiędzy tymi wielkimi związkami bojowymi istniała kilkusetkilometrowa luka, którą jedynie w nieznacznej części, na odcinku środkowej Wisły i nad Wieprzem, wypełniała Grupa Mozyrska. Polskie dowództwo, dzięki doskonałej pracy służb wywiadowczych (w tym kryptologów, którzy złamali bolszewickie szyfry), zdawało sobie sprawę z istnienia tej luki oraz być może również z niechęci Jegorowa i Stalina do pójścia na pomoc Tuchaczewskiemu. Postanowiło więc wykorzystać taką znakomitą okazję strategiczną.

Zarys planu polskiego kontruderzenia ustalono podczas narady w Belwederze w nocy z 5 na 6 sierpnia 1920 r. Marszałek Piłsudski sięgnął po ideę, która nurtowała go od lipca – uderzenia z południowego zachodu na flankę Tuchaczewskiego. Był to manewr, dla którego wzorem była kawaleryjska szarża Aleksandra Wielkiego w czasie bitwy pod Gaugamelą, a Marszałek próbował go zastosować już wcześniej w Brześciu. Pomysł Piłsudskiego był zgodny z jednym z wariantów kontruderzenia przedstawionych mu podczas narady w Belwederze przez szefa Sztabu Generalnego gen. Tadeusza Rozwadowskiego i ministra spraw wojskowych gen. Kazimierza Sosnkowskiego. Warianty te przewidywały: polskie uderzenie wyprowadzone znad Wieprza w Grupę Mozyrską lub płytsze kontrnatarcie idące z okolic Garwolina. Rozwadowski opowiadał się za drugim wariantem. Piłsudski wybrał pierwszy i pozostawił jego szczegóły do opracowania Rozwadowskiemu.

O ile później obaj wodzowie byli mocno skonfliktowani politycznie, o tyle podczas przygotowań do Bitwy Warszawskiej ich współpraca była modelowa. Piłsudski z pełną ufnością zostawiał gen. Rozwadowskiemu wdrażanie jego koncepcji strategicznych, Rozwadowski zaś działał bardzo lojalnie wobec swojego zwierzchnika. Tezy Jędrzeja Giertycha oraz innych „ekspertów" o tym, że Piłsudski całkowicie zrzekł się dowództwa podczas Bitwy Warszawskiej, nie wytrzymują konfrontacji ze źródłami, choćby takimi jak korespondencja Rozwadowskiego z Piłsudskim. „Cała akcja rozwija się korzystnie (...), co do czasu mamy korzystne warunki, tak jak je Pan Komendant przewidział. (...) Więc i tutaj zupełnie w myśl rozkazu Pana Komendanta wykonanie jest już w toku. (...) Skoordynowanie akcji 4. i 3. Armii uważam za bardzo szczęśliwie pomyślane. Uzgodnienie akcji 4. Armii z 1. Armią doskonale Pan Komendant przygotował" – depeszował Rozwadowski do Piłsudskiego 15 sierpnia 1920 r.

Polacy dysponowali w Bitwie Warszawskiej siłami wynoszącymi od 113 do 123 tys. żołnierzy. Front Północny gen. Józefa Hallera miał przyjąć główne bolszewickie uderzenie. Składał się on z: 5. Armii gen. Władysława Sikorskiego broniącej odcinka na północ od Warszawy po rzekę Wkrę, 1. Armii gen. Franciszka Latinika broniącej przedmościa warszawskiego od Zegrza po Karczew i 2. Armii gen. Bolesława Roi strzegącej przepraw od Karczewa po Dęblin. Kontruderzenie znad Wieprza miał wykonać Front Środkowy gen. Edwarda Śmigłego-Rydza, w skład którego wchodziły: 4. Armia gen. Leonarda Skierskiego i 3. Armia gen. Zygmunta Zielińskiego. Front Południowy gen. Wacława Iwaszkiewicza (stanowisko to proponowano gen. Józefowi Dowborowi-Muśnickiemu, ale on odrzucił ofertę, mówiąc: „Nie będę wykonywał głupich rozkazów Piłsudskiego!") bronił odcinka od Brodów do granicy rumuńskiej i choć w samej Bitwie Warszawskiej nie brał udziału, to później gromił oddziały Jegorowa i Budionnego.

Nasze siły były mieszaniną doświadczonych weteranów, często walczących już szósty rok oraz tysięcy młodych ochotników, którzy wcześniej nie mieli okazji „wąchać prochu", ale byli zdeterminowani, by bronić ojczyzny przed moskiewskim najeźdźcą. Armii pomagały niezliczone rzesze cywilów, z których część przelała krew w walce z bolszewikami (np. harcerze z Płocka). Po naszej stronie walczyli też nasi wschodni sojusznicy: ukraińscy żołnierze Petlury, Kozacy dońscy, biali Rosjanie, wielonarodowa formacja gen. Stanisława Bułaka-Bałachowicza. Nie można też zapominać o grupie amerykańskich lotników i francuskich doradców wojskowych ani o wielkich ilościach amunicji dostarczanych nam przez węgierski rząd.

Na pewno na naszą korzyść przemawiało też doskonałe morale. Nad mobilizacją narodu pracował chłopski premier Witos, Episkopat, popularny gen. Haller, przedstawiciele wszystkich sił politycznych. Wojna nabrała przez to charakteru narodowej krucjaty. Tymczasem kadry bolszewickie składały się z mieszaniny profesjonalnych carskich wojskowych, politruków bez wiedzy militarnej, różnego rodzaju awanturników i najzwyklejszych bandytów. Była to wielonarodowa i wielorasowa zbieranina kojarząca się Polakom z hordą tatarską. Szeregowych żołnierzy bolszewickich najmocniej motywowały do walki chęć grabieży i strach przed dowódcami. Na pobojowiskach pod Warszawą znajdowano później zwłoki bolszewickich sołdatów przykutych łańcuchami do karabinów maszynowych...

Szczęście sprzyja mądrzejszym

12 sierpnia Piłsudski opuścił Warszawę i udał się do Puław, by nadzorować przygotowania do kontrofensywy. Przed wyjazdem złożył na ręce premiera Witosa akt dymisji ze stanowiska naczelnika państwa i naczelnego wodza. Dymisja miała zostać ogłoszona, gdyby doszło do polskiej przegranej.

13 sierpnia dwie bolszewickie dywizje przełamały obronę polskiej 11. Dywizji i zdobyły Radzymin. Najprawdopodobniej znalazły się tam w wyniku... pomylenia drogi. Jedna z nich wróciła później na swoją właściwą trasę: na Nieporęt i Jabłonnę. Druga szła jednak ku Pradze. Gen. Haller, dowódca Frontu Północnego, uznał to za początek szturmu na Warszawę i wydał 5. Armii gen. Sikorskiego rozkaz do wcześniejszego uderzenia odciążającego z okolic Modlina. Następnego dnia siły polskie przeprawiły się przez Wkrę, wchodząc w lukę pomiędzy bolszewicką 4. Armię atakującą Płock i 15. Armię. Sikorski, dysponując 26 tys. żołnierzy, miał przed sobą siły wroga liczące około 75 tys. ludzi. Zaciętym walkom nad Wkrą towarzyszyła twarda obrona przedmościa warszawskiego. Jej symbolem stał się bój pod Ossowem, gdzie podczas natarcia ochotników z Legii Akademickiej poległ ks. Ignacy Skorupka.

Tajna broń polskiego wywiadu

15 sierpnia 10. Dywizja gen. Żeligowskiego i 1. Dywizja Litewsko-Białoruska gen. Rządkowskiego odbijają z rąk bolszewików Radzymin. Tego samego dnia polska kawaleria śmiałym rajdem zdobywa sztab sowieckiej 4. Armii w Ciechanowie. Przejęta zostaje jedna z dwóch radiostacji służących 4. Armii do kontaktu ze sztabem Tuchaczewskiego w Mińsku. Dzięki zdobytym tam materiałom polskim tajnym służbom udaje się zagłuszyć drugą radiostację 4. Armii. Nadajnik z warszawskiej Cytadeli zasypuje jej częstotliwość tekstami z... Pisma Świętego. Do 4. Armii nie docierają więc rozkazy Tuchaczewskiego nakazujące jej zwrot zaczepny ku wojskom gen. Sikorskiego. Idzie ona nadal ku Wiśle, dochodząc aż do przedmieść Torunia – w ten sposób de facto wchodzi w polską pułapkę.

16 sierpnia rano polskie siły skoncentrowane pod Dęblinem rozpoczynają kontruderzenie znad Wieprza. Spada ono na Grupę Mozyrską, która szybko zostaje rozproszona i zmiażdżona. Polskie zgrupowanie idzie bardzo szybko naprzód. Już pierwszego dnia natarcia zajmuje Włodawę i Garwolin. 17 sierpnia osiąga linię Biała Podlaska–Międzyrzec–Siedlce–Kałuszyn–Mińsk Mazowiecki, zagradzając drogę ucieczki odepchniętej spod Warszawy bolszewickiej 16. Armii.

16 sierpnia rozpoczęło się również drugie, rozstrzygające polskie kontrnatarcie wyprowadzone przez 5. Armię gen. Sikorskiego znad Wkry i z Modlina. Naszym wojskom udało się koncentrycznym uderzeniem zdobyć Nasielsk i wyprowadzić dalsze natarcie na Serock i Pułtusk. Siły gen. Sikorskiego wyszły na tyły wciąż zmierzającej ku Wiśle 4. Armii. Na większej części frontu rozpoczął się paniczny odwrót sił bolszewickich.

18 sierpnia 1920 r. bitwa jest już de facto skończona, a marszałek Piłsudski wydaje rozkazy o stworzeniu grupy pościgowej mającej na celu odcięcie wrogowi drogi ucieczki na linii Brześć–Białystok–Ossowiec.

Bitwa Warszawska, wraz z klęską 1. Armii Konnej pod Komarowem i kolejnym pogromem wojsk Tuchaczewskiego w bitwie nad Niemnem, była wielką klęską strategiczną Rosji Sowieckiej. „Słaba polska przesłona" okazała się wystarczająco silna, by zdusić w zarodku bolszewickie plany zaniesienia rewolucji Europie. ©?

„Cud nad Wisłą"

Bitwa Warszawska 1920 r. została po raz pierwszy nazwana cudem nad Wisłą przez endeckiego publicystę Stanisława Strońskiego. Stroński (skądinąd wysokiej rangi mason), pisząc o cudzie, nie miał bynajmniej na myśli, że polskie zwycięstwo było zasługą Boga. Określenie „cud nad Wisłą" było nawiązaniem do „cudu nad Marną", czyli bitwy z 1914 r., w której Francuzi powstrzymali niemiecką ofensywę na Paryż. Stroński sugerował przy tym, że nasze zwycięstwo było cudem, bo doszło do niego, mimo że polskimi siłami dowodził nielubiany przez niego Piłsudski. Określenie „cud nad Wisłą" zostało szybko podchwycone przez Wincentego Witosa oraz innych politycznych rywali Marszałka. Polski wierzący lud przyjął je jednak po swojemu: jako dowód na to, że odrodzona ojczyzna cieszy się Bożą opieką. Krążyły wówczas relacje o tym, że w trakcie bitwy objawiła się na niebie Matka Boska. Część tych relacji pochodzi od bolszewickich jeńców.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA