fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

De Gaulle i Petain: Rozstaje na Trakcie Dam

Marszałek Philippe Petain
Wikimedia Commons
Czy historię kształtują wybitne jednostki czy nieuchronne procesy dziejowe? A z drugiej strony: jaki wpływ ma historia na wielkie osobowości?

Choć trudno wyjść poza spekulacje, można zgadywać, jak I wojna światowa mogła uformować największych antagonistów francuskiej polityki zeszłego wieku. U progu Wielkiej Wojny bezbarwny i apolityczny Pétain był pułkownikiem u kresu kariery, bez większych osiągnięć i żadnych widoków na przyszłość. W lipcu 1914 r. składał raport o emeryturę, nie doczekawszy gwiazdek brygadiera. I choć Francja cierpiała na nadmiar bitnych generałów, prawie sześćdziesięcioletni oficer bez wojennych doświadczeń, krytykowany za nadmierną ostrożność i defensywne usposobienie jeszcze przed Bożym Narodzeniem awansował dwukrotnie, a po roku dowodził armią.

W tym czasie młody kapitan de Gaulle, który przed wojną dowodził plutonem w pułku Pétaina, dwa razy odniósł poważne rany, by po raz trzeci oberwać bagnetem w pierwszych dniach bitwy o Verdun i trafić do niemieckiej niewoli. Gdy między próbami ucieczek z oflagów ubolewał, jak omija go większość wojennej chwały, nie zaznał dalszych dziesięciu miesięcy piekła, w którym utknęła francuska armia. Nie widział zwłaszcza, jak Pétain próbował zmieniać oblicze tej wojny, przez co wyrósł na autentycznie uwielbianego zbawcę narodu.

Ta wojna była inna niż wszystko, czego uczyli wykładowcy akademii wojskowych, ale Pétain zawsze nienawidził ulubionego ćwiczenia francuskiej piechoty, czyli ataku na bagnety. Przerażony tempem, w jakim armie popadały w moralną i psychiczną rozsypkę, uważał, że wojnę trzeba wpierw wygrać w głowach żołnierzy.

Nawet w obliczu potwornej masakry Verdun Pétain dał żołnierzom odczuwalne poczucie troski. Ranni trafiali do szpitali prawie natychmiast, zamiast dniami czekać na możliwość opuszczenia okopów. Ten sam system całodobowego transportu zapewniał stałe zaopatrzenie, a dywizje Pétaina nie tkwiły pod ogniem do całkowitej zagłady, lecz regularnie odpoczywały na tyłach. Przede wszystkim zaś generał unikał pędzenia ludzi przez pola śmierci w beznadziejnych ofensywach.

To było tło pierwszego konfliktu między de Gaullem i Pétainem w początkach wojny, gdy młody oficer wbrew wyraźnym rozkazom dowódcy naraził żołnierzy, nakazując atakować niemieckie pozycje.

Wobec gigantycznych strat, wywołanych rutyną sztabowców, piechurzy zaczęli traktować oficerów jak najgroźniejszych wrogów. Choćby gen. Nivelle, który zyskał przezwisko Rzeźnik, i to nie u Niemców, lecz wśród własnych żołnierzy. Dowodząc pod Verdun po Pétainie, roztrwonił życie setek tysięcy ludzi na bezsensowne ataki, nie uzyskując absolutnie niczego. Po pół roku jego dowództwa z dawnej armii Pétaina została jedna rezerwowa dywizja, czego de Gaulle również nie miał okazji zobaczyć.

Nagrodzenie szaleńca stołkiem głównodowodzącego miało konsekwencje bliskie anihilacji armii. Działanie paranoicznej doktryny „naprzód i ani kroku w tył" odsłoniły dwie bitwy nad Aisne. Szło o niewielkie wzniesienia i biegnący ich grzbietem dukt, od czasów Ludwika XV zwany Traktem Dam, ponieważ wiódł do zamku królewskiej kokoty. Rzecz bez żadnego znaczenia, ale pagórek był wszystkim, co Nivelle zdobył w ofensywie z 1917 r., tracąc 350 tys. alianckich żołnierzy, w tym 270 tys. Francuzów. Co gorsza, złamane maniakalną rzezią oddziały podniosły bunt i tylko słabość niemieckiego wywiadu zapobiegła przegranej wojnie, gdy rebelia ogarnęła kilkanaście dywizji. Dopiero zesłanie Nivelle'a do Afryki i osobisty autorytet Pétaina, który ułaskawił kilkuset skazanych na rozstrzelanie żołnierzy, uratował Francję przed zagładą.

Niemniej i tej nauki było za mało. W obliczu niemieckiej ofensywy w maju 1918 r. Denis Duchene, kolejny typ tępego brutala, postanowił bronić Traktu Dam do śmierci ostatniego żołnierza, co mu się niemal udało.

Mimo rozkazów Pétaina, by rozproszyć siły na drugiej linii obrony, Duchene zrobił dokładnie na odwrót, śląc wszystkie oddziały naprzód, wprost pod ogień 4 tys. niemieckich armat. Po nawałnicy ogniowej i ataku chemicznym niemieckie natarcie unicestwiło 130 tys. żołnierzy, nie zostawiając Francuzom niczego w odwodzie, przy czym Duchene zapomniał zniszczyć mosty na Aisne. Drugiego dnia ofensywy Niemcy byli 50 km od granic Paryża.

Nie ma żadnej pewności, czy to Verdun i Aisne wyrobiły w Pétainie lęk przed zagładą substancji narodowej, czy ostrożność była skutkiem jego naturalnych cech charakteru. Inaczej de Gaulle, który nie doświadczył największych masakr tej wojny i który gotów był bronić resztek francuskiego honoru nawet za cenę bratobójczej wojny domowej. Ich drogi rozminęły się najpewniej już przed Verdun, lecz wbrew pozorom konfliktu te różnice uzupełniły się doskonale podczas następnej wojny.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA