fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Jak AK przeprowadziła zamach w Berlinie

Dworzec Friedrichstrasse w Berlinie. To tutaj żołnierze Zagra-Linu dwukrotnie zdetonowali bomby ukryte w walizkach.
Getty Images
Armia Krajowa potrafiła atakować wroga także poza granicami okupowanej Polski. Akowcy dokonali udanych zamachów bombowych między innymi w Berlinie i we Wrocławiu.

Bernard Drzyzga, dowódca Zagra-Linu, po raz ostatni uważnie lustruje główną halę berlińskiego dworca kolejowego przy Friedrichstrasse. Budynek usytuowany jest w samym sercu stolicy III Rzeszy, niedaleko Bramy Brandenburskiej. Krzyżują się tu tory linii metra i pociągów dalekobieżnych. Od samego rana panuje ogromny ruch. Za chwilę zamieszanie będzie jeszcze większe. O godzinie 7.00 na dworcu mają niemal jednocześnie zatrzymać się dwa składy wypełnione żołnierzami zwolnionymi z frontu na krótki urlop. Drzyzga spogląda na zegarek. Jest 6.59. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za trzy minuty rozpęta się tu piekło. Członkowie jego zespołu opuścili już stanowiska na peronach i są w drodze na Westbahnhof, skąd mają się ewakuować do Polski. On także schodzi schodkami na Friedrichstrasse i kieruje się w stronę Bramy Brandenburskiej. Do godziny zero pozostała już niecała minuta.

Kilkuosobowej grupie dywersyjnej polskiego podziemia, która postanowiła zaatakować okupanta w jego mateczniku, na razie idzie jak z płatka. Z Warszawy wyruszyli dwa dni wcześniej – 8 kwietnia 1943 r. Drzyzga uśmiecha się na wspomnienie o tym, jak „Jur", czyli Józef Lewandowski, jego prawa ręka i bezpośredni wykonawca najtrudniejszych zadań, zajął miejsce w przedziale, gdzie siedziało już kilku oficerów SS, wrzucił paczkę ze śmiercionośnym ładunkiem na półkę i bezceremonialnie zapalił cygaro. Oprócz Lewandowskiego i Drzyzgi, w konspiracji znanego pod pseudonimem „Bogusław-Jarosław", tym samym pociągiem przyjechały jeszcze dwie kobiety, członkinie Zagra-Linu: Maria Wasilewska ps. „Halina W" oraz Stefania Lewandowska „Halina I". W Kutnie przekroczyli komorę celną i zatrzymali się na dłuższy postój w Bydgoszczy, gdzie do zespołu dołączył jeszcze Leon Hartwig „Leon". Z Bydgoszczy bezpośrednim pociągiem cała czwórka dotarła około godz. 6 rano do Berlina. Po sprawdzeniu rozkładu jazdy „Jur" udał się do toalety, gdzie ze stoickim spokojem uzbroił przywiezioną z Warszawy bombę zawierającą 2 kg trotylu, 200 g plastiku i 2 kg gwoździ jednocalowych. Walizkę z bombą ustawiał obok jednej z ławek na peronie.

Już po opuszczeniu dworca Drzyzga zauważa dwa pociągi zbliżające się do stacji. Patrzy na zegarek i zaczyna odliczać: trzy sekundy... dwie... jedna. Wtedy odwraca się i widzi ogromy błysk pod szklaną kopułą stacji i długi język czerwonopomarańczowego ognia liżący dach budynku. „W tej samej chwili rozlega się straszliwa eksplozja, która wstrząsa chodnikiem, na którym stoję. Przyspieszam kroku. Wkrótce słyszę straszliwe krzyki, płacze, rozkazy i nawoływania. Panika ogarnęła wszystkich na stacji. Wyją syreny alarmowe" – wspomina po latach Bernard Drzyzga. Rusza przed siebie, mijając biegnących w stronę dworca żandarmów. Dopiero w pociągu jadącym do Wrocławia schodzi z niego napięcie: „Pomyślałem wtedy, że część długu została w ten sposób Niemcom spłacona".

Zawodowcy z Zagra-Linu

Niemcy byli w szoku. Okazało się, że w tym samym czasie, kiedy goebbelsowska propaganda karmiła ich zapewnieniami o zwycięskich ofensywach pod Charkowem i Tunisem, wróg bezkarnie uderzył w samo serce III Rzeszy. Na dworcu Friedrichstrasse zginęło według relacji Drzyzgi i Lewandowskiego 14 oficerów Gestapo i żołnierzy Wehrmachtu, a 60 osób zostało rannych. Wiele ran spowodowały grube odłamki szkła spadające z rozbitego dachu peronu. W mieście zapanowała psychoza, tym większa, że nie był to pierwszy zamach bombowy w Berlinie na przestrzeni ostatnich miesięcy. 24 lutego dokładnie na tym samym dworcu, tyle że na peronie kolejki podziemnej, wybuchła identyczna bomba, która zabiła 36 osób i raniła 78. W obu przypadkach podejrzenie padło na polskie podziemie. Nazistowska prasa była wstrzemięźliwa w relacjonowaniu tych wydarzeń, ale niepokojące plotki o zagrożeniu ze strony „polskich terrorystów" szybko rozeszły się po mieście. Hitler był wściekły, rozkazał Himmlerowi osobiście zająć się tą sprawą i wyznaczył po 10 tys. marek nagrody za każdego złapanego zamachowca. Nikogo jednak nie udało się aresztować. Zagra-Lin, elitarny polski oddział dywersyjno-sabotażowy, składał się bowiem z ludzi doskonale wyszkolonych i obeznanych ze wszystkimi zasadami obowiązującymi w konspiracji.

Twórcą i dowódcą oddziału był przedwojenny oficer Wojska Polskiego, por. Bernard Drzyzga. Był to człowiek o niespożytej energii i pomysłowości. Po przegranej kampanii wrześniowej trafił do obozu w Braunschweig, a następnie do oflagu IIC w Woldenbergu (obecnie Dobiegniew w województwie lubuskim). Szybko postanowił uciec z niewoli. Pierwsze dwie próby – w lipcu 1940 r. i lipcu 1941 r. – zakończyły się fiaskiem. Dopiero trzecia, podjęta 8 maja 1942 r., przyniosła mu upragnioną wolność. Wykorzystując nieuwagę strażnika, razem z trzema współtowarzyszami zbiegł w czasie pracy przy ścince drewna. Przedostał się do Warszawy i 1 czerwca został zaprzysiężony jako żołnierz AK. Ponieważ pochodził ze Śląska i świetnie znał język niemiecki, powierzono mu kilka zadań wywiadowczych i organizacyjnych na terenie III Rzeszy. Wywiązał się z nich znakomicie i w nagrodę otrzymał przydział do Organizacji Specjalnych Akcji „Osa". Był to oddział utworzony w maju 1942 r., zajmujący się dywersją na terenie Generalnej Guberni i poza jej granicami, a jego podstawowym zadaniem była likwidacja czołowych przedstawicieli aparatu okupacyjnego. „Osa" podlegała bezpośrednio komendantowi głównemu AK i przeprowadzała akcje bojowe na jego osobiste zlecenie. Dowódcą jednostki został ppłk Józef Franciszek Szajewski „Philips". W grudniu 1942 r. „Philips" zdecydował się wydzielić w „Osie" specjalną komórkę zajmującą się dywersją na terenie Niemiec i ziem polskich wcielonych do Rzeszy. W ten sposób narodził się Zagra-Lin („Zagra" to skrót od zagranica, a „Lin" to konspiracyjny kryptonim Warszawy). Dowódcą mianowano Bernarda Drzyzgę. Grupa szybko się rozrosła – powstały świetnie zakonspirowane komórki w Kaliszu i Bydgoszczy. W sumie w skład oddziału wchodziło 18 zaprzysiężonych żołnierzy dywersji.

Najbliższym współpracownikiem Drzyzgi został Józef Lewandowski „Jur", który w Zagra-Linie był człowiekiem od „czarnej roboty". Nieprzypadkowo zresztą. Był to Polak urodzony w Berlinie, ale mieszkający w Bydgoszczy i posiadający prawdziwe dokumenty reichsdeutscha. Pracował w firmie budowlanej posiadającej filie w całej okupowanej Europie, co pozwalało mu podróżować po Niemczech i krajach okupowanych bez wzbudzania podejrzeń. Poza tym praca ta umożliwiała mu łatwy dostęp do ładunków wybuchowych. „Jur" posługiwał się językiem niemieckim jeszcze sprawniej niż Drzyzga. Mówił z charakterystycznym berlińskim akcentem, co w połączeniu z odwagą, pomysłowością, ułańską fantazją i aryjskim wyglądem niejednokrotnie ratowało go z opresji. To on wraz ze swoją bydgoską komórką podłożył w lutym pierwszą bombę w stolicy III Rzeszy.

W Berlinie nie umilkły jeszcze echa ostatniej akcji Zagra-Linu, który kilka miesięcy wcześniej wraz z „Osą" został wcielony do nowo utworzonego Kierownictwa Dywersji – Kedywu (zmieniono wtedy kryptonim z „Osa" na „Kosa"), a już Drzyzga z zespołem szykował kolejną wybuchową niespodziankę dla niemieckiego okupanta.

Powtórka w Breslau

Kolejnym celem był Wrocław. Zamach w stolicy Śląska miał niemal dokładnie taki sam scenariusz jak akcja w Berlinie. Ponownie dowodził osobiście Drzyzga, bombę podłożył „Jur", a całość ubezpieczały Stefania Lewandowska i Maria Wasilewska. Zespół zjawił się na Dworcu Głównym we Wrocławiu 22 kwietnia wieczorem. Analizując rozkład jazdy pociągów, postanowiono, że do zamachu dojdzie następnego dnia około godz. 5.41, kiedy na dworcu zatrzyma się pociąg z urlopowanymi żołnierzami Wehrmachtu. Bernard Drzyzga tak zapamiętał przebieg akcji: „Następnego dnia udaliśmy się na dworzec kilka minut po godz. 5. Jak przewidywałem, było tam tylko kilku żandarmów. Zatrzymałem się obok kiosku, »Jur« i »Halina« poszli na wyznaczone perony. Po chwili »Jur« zniknął w dworcowej toalecie, gdzie podłączył mechanizm, nastawiając go na 5.41, a następnie udał się na z góry wybrany peron, gdzie miał zostawić walizkę. »Halina« w tym czasie udała się na peron, z którego odchodził pociąg do Brzegu. Czekał już na peronie. Wkrótce i nasz obiekt – pociąg wojskowy – zaczął zbliżać się do stacji. Zobaczyłem »Jura«, jak znika z peronu. Zorientowałem się, że tylko trzy minuty pozostały do eksplozji. Spojrzałem na pociąg wojskowy. Właśnie żołnierze zaczęli z niego wychodzić i ustawiać się w szeregach na peronie. »Więc nasza podróż nie odbyła się nadaremno« – pomyślałem, opuszczając stację". Dowódca uszedł ledwie kilkadziesiąt kroków, kiedy okolicą targnął potężny wybuch.

Drzyzga został jeszcze jeden dzień we Wrocławiu, aby przeczytać doniesienia o zamachu w gazetach. Ponownie były bardzo lakoniczne i podawały zaniżone straty. „Breslauer Zeitung" zamieścił krótką informację o eksplozji na Dworcu Głównym, podając, że cztery osoby odniosły ciężkie obrażenia, a kilkanaście lżejsze. Wywiad AK ustalił potem, że w wyniku zamachu cztery osoby poniosły śmierć. Drzyzga podejrzewał, że najprawdopodobniej w szpitalu zmarli ci, którzy zostali ciężko ranni w momencie eksplozji. Słysząc potężny wybuch, spodziewał się wyższych strat wśród Niemców, ale i tak efekt psychologiczny był piorunujący. Niemcy powoli zaczynali zdawać sobie sprawę, że nie są bezpieczni nawet w miastach położonych z dala od linii frontu, w których w tamtym okresie toczyło się jeszcze zupełnie normalne życie. Zamachy organizowane przez Zagra-Lin podnosiły natomiast na duchu udręczonych okupacyjnym terrorem Polaków. W „Biuletynie Informacyjnym" z 1 lipca 1943 r. Kierownictwo Walki Konspiracyjnej uzasadniało zamachy bombowe potrzebą odpłacenia Niemcom za zbrodnie dokonywane w okupowanej Polsce: „W ramach ogólnej akcji odwetowej za bestialstwa niemieckie w Polsce, a w szczególności za wymordowanie 189 Polaków w Poznaniu oraz masakrę 94 z Pawiaka straconych 7 maja br. – dnia 10 maja 1943 r. o godz. 21 na Dworcu Śląskim w Berlinie zostały zdetonowane dwie bomby, a dnia 12 maja 1943 r. o godz. 21.30 na dworcu we Wrocławiu – jedna bomba" [podano błędne daty – przyp. aut.].

Wielka wsypa

Po udanej dywersji we Wrocławiu Zagra-Lin nie zwalniał tempa – w kolejnej głośnej akcji 12 maja wysadził pociąg z amunicją pod Rygą. W tym samym miesiącu spalił transport wojskowy na linii kolejowej Bydgoszcz–Gdańsk. Planowano także dokonać zamachu na Hitlera. Józef Lewandowski podczas pogawędki z oficerem SS Rudolfem Teschke dowiedział się, że wódz III Rzeszy ma przyjechać do Bydgoszczy specjalnym pociągiem. Zamachu zamierzano dokonać w odległości 8 km od Bydgoszczy, w miejscu, gdzie pociąg przejeżdżał przez wysoki zagajnik i musiał zwolnić na zakręcie. Polscy zamachowcy starannie przygotowali akcję. Duża ilość materiału wybuchowego odpalanego za pomocą ukrytego w ziemi kabla miała skutecznie pozbawić życia przywódcę nazistów. Ostatecznie jednak z niewiadomego powodu Hitler do Bydgoszczy nie dotarł.

Zagra-Lin działał coraz skuteczniej. Planowano kolejne akcje, m.in. sformowano już zespół, który miał uwolnić z obozu gen. Władysława Bortnowskiego. I nagle nastąpiła niespodziewana katastrofa. Na początku czerwca 1943 r. żołnierze „Osy-Kosy" dostali zaproszenie na ślub, który miał się odbyć 5 czerwca w kościele św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży w Warszawie. Przed ołtarzem wierność małżeńską mieli sobie przysięgać żołnierz oddziału Mieczysław Uniejewski „Zbych", „Matros" i siostra jego kolegi z „Kosy" Teofila Suchanek. Bernard Drzyzga dowiedział się o uroczystości od samego „Zbycha". „Gdy otworzyłem kopertę, stwierdziłem, że jest to zaproszenie na ślub. W trakcie rozmowy dowiedziałem się, że „Zbych" spodziewa się licznego zgromadzenia gości, gdyż wysłał wiele zaproszeń w Warszawie. Nowina wprowadziła mnie w osłupienie. (...) Odważył się taką ostentacyjną ceremonią ślubną narażać ludzi w takich niebezpiecznych czasach, w jakich żyliśmy" – wspominał Drzyzga. Dowódca Zagra-Linu podziękował za zaproszenie, ale od razu postanowił, że nie pojawi się na uroczystości. Podobnie uczyniła jeszcze garstka zaproszonych gości. Większość żołnierzy „Osy-Kosy" postąpiła jednak inaczej.

W sobotę 5 czerwca 1943 r. o godzinie 12 w kościele św. Aleksandra stawiła się ponad połowa członków wymienionego oddziału. Byli tam również krewni młodej pary i inni goście oraz liczna grupa osób postronnych. Zgromadzenie w jednym miejscu tak dużej liczby żołnierzy podziemia było złamaniem wszelkich zasad obowiązujących w konspiracji, jednak najwidoczniej młodzi w większość ludzie, żyjący dzień w dzień w ciągłym napięciu, balansujący na krawędzi życia i śmierci, potrzebowali choć odrobiny normalności. Chcieli się poczuć, jakby znów żyli w wolnej Polsce. Poza tym otrzymali oficjalną zgodę od dowódcy ppłk. „Philipsa". Nikt z gości nie spodziewał się, że w szeregach „Kosy" działa konfident. Według Jacka Wilamowskiego i Włodzimierza Kopczuka, autorów książki „Tajemnicze wsypy", przebieg wydarzeń był następujący: „Gestapo obstawiło kościół pod koniec nabożeństwa (...). Niebawem w zakrystii zatrzymano młodą parę, a innych wezwano do wychodzenia na zewnątrz, gdzie stały już kryte auta ciężarowe (budy). Łącznie zatrzymano 89 osób. Tylko paru szczęśliwcom udało się ukryć obok stojących w kącie katafalku i trumny. (...) Cały orszak ślubny został przewieziony bezpośrednio na Pawiak. Już parę minut później rozpoczęto tam selekcję przybyłych, która trwała do wieczora. W rezultacie zatrzymano w więzieniu 56 osób, a 33 zwolniono".

Los aresztowanych żołnierzy „Kosy" był tragiczny. Około 20 czerwca 1943 r. samobójstwo na Szucha popełniła łączniczka sztabu „Kosy" Aleksandra Sokalówna „Władka". 17 września 1943 r. Niemcy spośród aresztowanych 5 czerwca rozstrzelali 12 mężczyzn i dwie kobiety. Kilka tygodni później wykonano wyrok na panu młodym – Mieczysławie Uniejewskim. Innych wywieziono do obozów koncentracyjnych lub ślad po nich zaginął.

Kim był konfident Gestapo, który doprowadził do rozbicia „Kosy"? Jeszcze w czasie wojny kontrwywiad AK przeprowadził śledztwo, które wykazało, że zdradził zasłużony żołnierz dywersji Stanisław Jaster ps. „Hel". Zasłynął on między innymi brawurową ucieczką z Auschwitz, skąd wywiózł raport przygotowany przez Witolda Pileckiego dla Komendy Głównej AK. Według Aleksandra Kunickiego, szefa wywiadu „Osy-Kosy", „Hel" miał się załamać podczas przesłuchania, któremu poddali go koledzy z oddziału, i przyznać do zdrady. Miał przy tym zeznać, że jego ucieczka z Auschwitz także została sfingowana przez obozowe Gestapo w celu uwiarygodnienia go w kręgach podziemnych. Wyrokiem wojskowego sądu specjalnego AK Stanisław Jaster został skazany na karę śmierci. Dzisiaj wielu historyków podważa jednak słuszność tego wyroku. Wiele faktów dotyczących tej sprawy budzi wątpliwości. W rezultacie nie sposób dziś jednoznacznie orzec o winie Jastera lub poświadczyć jego niewinność. Najtrafniej wpadkę „Osy-Kosy" podsumował chyba wybitny znawca akowskiej konspiracji prof. Tomasz Strzembosz, który w jednej ze swoich książek, nie siląc się na jednoznaczne rozstrzygnięcie sprawy „Hela", bardzo mądrze zauważył: „Dużą winą za tragedię żołnierzy »Kosy« można obciążyć jej kierownictwo, które nie zapobiegło masowemu udziałowi członków oddziału w ceremonii ślubnej, oraz komórkę kontrwywiadu, która nie wykryła delatora".

W obliczu dekonspiracji i rozbicia oddziału dowództwo AK podjęło decyzję o rozwiązaniu „Kosy", co nastąpiło pod koniec lipca 1943 r. Choć żaden z żołnierzy Zagra-Linu nie zaliczył wpadki, ze względów bezpieczeństwa oddział również rozformowano, a jego członków przydzielono do różnych jednostek Kedywu. Zanim do tego doszło, Zagra-Lin jeszcze raz boleśnie zaatakował Niemców poza terenem okupowanej Polski. W związku ze wspomnianą wcześniej akcją wysadzenia transportu wojskowego w okolicach Rygi w mieście tym zawiązała się nowa komórka dywersyjna Zagra-Linu. Dzięki temu udało się przeprowadzić atak na restaurację „nur für Deutsche" w Rydze. Grupa polskich dywersantów, dowodzona przez niestrudzonego „Jura" i wspierana przez miejscowych Łotyszy polskiego pochodzenia – kucharza i szatniarza tejże restauracji, wrzuciła do wypełnionego Niemcami lokalu cztery wiązki granatów. Zamachowcy momentalnie rozpłynęli się w powietrzu i nie widzieli dantejskich scen, jakie rozegrały się chwilę potem w środku. Siła kilku skumulowanych eksplozji była ogromna. Z restauracji pozostały zgliszcza. Wszędzie leżały dziesiątki zmasakrowanych ciał niemieckich żołnierzy i żandarmów. Dokładna liczba ofiar zamachu nie jest znana, ale „Jur" w jednym z ostatnich raportów przed likwidacją oddziału donosił Drzyzdze o około 100 zabitych i rannych.

Śląscy pionierzy

Świetnie zorganizowane i skuteczne zamachy przeprowadzone przez Zagra-Lin budzą dzisiaj największe zainteresowanie badaczy i miłośników historii. Ale to nie chłopcy i dziewczęta por. Drzyzgi jako pierwsi rozpoczęli odwetową walkę z hitlerowskim okupantem. Palma pierwszeństwa należy się bezsprzecznie członkom śląskiej komórki Związku Odwetu.

Związek Odwetu (ZO), poprzednik Kedywu AK, utworzono rozkazem komendanta ZWZ gen. Sosnkowskiego z 20 kwietnia 1940 r. Organizacja miała koordynować bieżącą walkę z wrogiem na terenie całego kraju, a na jej czele stanął major Franciszek Niepokólczycki. Na Śląsku ZO powstała na bazie istniejącego już wcześniej oddziału sabotażowo-dywersyjnego inż. Franciszka Kwaśnickiego „Rawicza". Kwaśnicki działał bardzo sprawnie, w niedługim czasie niemal wszystkie zakłady przemysłowe miały kilkuosobowe komórki ZO. Do organizacji werbowano także Ślązaków pracujących w Rzeszy. Dzięki temu szybko udało się rozszerzyć jej działalność na terytorium Niemiec. „Inż. Kwaśnicki zdołał zorganizować w Rzeszy następujące komórki ZO: w Berlinie w dzielnicy Charlottenburg, w Harlingerode w górach Harzu, w Mallmitz koło Żagania, we Wrocławiu, nadto w Saltzgitten, Wiedniu i w Lądku-Zdroju" – pisze Juliusz Niekrasz w swojej książce „Z dziejów AK na Śląsku".

Jednym z zadań ZO było organizowanie zamachów bombowych. Na Śląsku ze względu na dużą ilość kopalń było stosunkowo łatwo o materiały wybuchowe. Zapasy magazynowano w specjalnych schowkach. Nierzadko były to bardzo przemyślne konstrukcje, np. materiał wybuchowy umieszczano głęboko w studniach.

Franciszek Kwaśnicki wpadł na pomysł zorganizowania zakrojonego na szeroką skalę ataku bombowego na terytorium Niemiec. Planował w jednym dniu umieszczenie na większych dworcach III Rzeszy 200 waliz z tzw. maszynami piekielnymi, jak ówcześnie na Śląsku nazywano bomby z zapalnikiem zegarowym. Do tak dużej akcji dywersyjnej ostatecznie nie doszło, ale podobno ekspozyturze ZO w Berlinie udało się przeprowadzić pojedyncze ataki, m.in. na pociąg pospieszny w Berlinie.

Niezależnie działającą sieć ZO na Śląsku zorganizował także ppor. saperów Wacław Smoczyk. Grupa Smoczyka działała głównie na obszarach Rzeszy, gdzie ulokowała swoje liczne ekspozytury. Wyspecjalizowała się w tzw. dywersji kolejowej i podlegała bezpośrednio szefostwu ZO Komendy Głównej ZWZ. Dziełem Smoczyka był chronologicznie pierwszy zamach bombowy polskiego podziemia w Niemczech. 15 sierpnia 1940 r., w święto Wojska Polskiego, osobiście podłożył on i zdetonował ładunki wybuchowe w poczekalniach dworców kolejowych w Berlinie i we Wrocławiu. Dla Niemców, świętujących niedawne sukcesy Wehrmachtu we Francji, było to niemałe zaskoczenie. Smoczyk zamierzał także urzeczywistnić plan Kwaśnickiego i przeprowadzić zmasowany atak bombowy na terenie III Rzeszy, dlatego zorganizował zakrojoną na szeroką skalę produkcję bomb zegarowych. Wskutek zdrady konfidenta Gestapo Pawła Ulczoka (notabene po zakończeniu wojny aktywnego działacza PPR w Katowicach) kufry z bombami w marcu 1942 r. zostały przechwycone przez Niemców, a Smoczyk popełnił samobójstwo podczas próby zatrzymania go przez Gestapo.

Zamachy bombowe organizowane przez polskie podziemie nie są tematem zbyt chętnie poruszanym przez historyków. W działalność tego typu była bowiem wpisana pewna dwuznaczność moralna. Ładunki wybuchowe starano się detonować w pobliżu niemieckich żołnierzy, członków SS lub funkcjonariuszy żandarmerii i Gestapo. Ale bomby wypełnione trotylem, plastikiem i ostrymi jak brzytwa gwoździami z pewnością raniły i zabijały także cywilów. W miejscach publicznych, takich jak dworce kolejowe i restauracje, tego typu ofiar nie można było uniknąć. Czy taki sposób walki jest godny żołnierza AK? Wątpliwości mieli już współcześni opisywanym wydarzeniom i nie zniknęły one do dzisiaj. Powinniśmy jednak pamiętać, że ataki Zagra-Linu czy oddziałów ZO były jedynie odpowiedzią na zinstytucjonalizowany terror, jakiemu poddawał polskie społeczeństwo hitlerowski okupant. Czy terroryzmem nie były masowe łapanki, publiczne egzekucje, zamykanie tysięcy ludzi w obozach i porywanie ich do pracy przymusowej na terenie III Rzeszy? Polski naród znalazł się wtedy na skraju przepaści. Niemiecki Generalny Plan Wschodni zakładał, że z czasem spotka nas podobny los jak Żydów. W tak dramatycznej sytuacji wszelkie sposoby walki z wrogiem stawały się dozwolone. Zamachy organizowane w Rzeszy przez polskie podziemie, mimo obowiązującej cenzury, odbijały się głośnym echem po obu stronach granicy. Dzięki temu demoralizowały pewnych siebie Niemców, a walczących o przetrwanie Polaków podtrzymywały na duchu i pomagały przetrwać kolejne ciężkie miesiące okupacji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA