fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Tajna wojna "papieża Hitlera"

Pius XII w przemówieniu dla Radia Watykańskiego potępił działania wojenne (1.09.1943 r.)
Getty Images
Przywódcy Kościoła katolickiego czasów II wojny światowej i początków zimnej wojny zarzuca się obojętność na Holokaust, a nawet sprzyjanie III Rzeszy. Tak naprawdę papież czynnie angażował się w spiski mające na celu zabójstwo Adolfa Hitlera.

Nazywano go „papieżem Hitlera". Czarna propaganda przylgnęła do Piusa XII, choć przecież on osobiście i jego podwładni mocno angażowali się w akcję ratowania Żydów, dokumentowania niemieckich zbrodni, a także w tajne negocjacje mające doprowadzić do zmiany władzy w Rzymie i Berlinie oraz do zakończenia wojny. Co więcej, są też poważne dowody mówiące, że Pius XII był zaangażowany w spiski mające na celu fizyczną likwidację Adolfa Hitlera. Drobiazgowo odtwarzał tę tajną papieską wojnę Mark Riebling, amerykański ekspert ds. bezpieczeństwa, autor m.in. dzieł poświęconych tajnym służbom USA. W jednej z książek powoływał się m.in. na nagrania z podsłuchów umieszczonych w watykańskich apartamentach na zlecenie papieża przez techników Radia Watykańskiego, na dokumenty sporządzone przez oficerów Abwehry i SD, na materiały brytyjskich, amerykańskich i niemieckich dyplomatów akredytowanych przy Stolicy Apostolskiej oraz na relacje ludzi bezpośrednio zaangażowanych w tę historię.

Boży wojownik

Oficjalnie Stolica Apostolska nie posiadała i nie posiada służb szpiegowskich, ale faktycznie może zlecać swoim ludziom misje o charakterze wywiadowczym. Zagrożony prześladowaniami Kościół uczył się sztuki konspirowania już w pierwszych latach swojej działalności. A później ją tylko doskonalił. Zakonspirowani jezuici docierali do katolików ukrywających swoją wiarę w elżbietańskiej Anglii i feudalnej Japonii. Misjonarze przybywali na XVII-wieczny dwór Dalajlamy i w głąb sowieckiej Rosji. Ludzie Kościoła toczyli tajne potyczki ze świeckimi potęgami i często je wygrywali.

Takim zahartowanym w bojach „bożym wojownikiem" był Eugenio Pacelli. Zanim 2 marca 1939 r. został papieżem Piusem XII, przez wiele lat pracował w watykańskiej dyplomacji i de facto w służbach specjalnych. Pacelli początkowo pracował w biurze szyfrów, później odbywał tajne misje w skłóconej z Kościołem Republice Francuskiej. W 1917 r. został nuncjuszem w Monachium, a w 1925 r. w Berlinie. Obserwował na wczesnym etapie powstanie ruchu nazistowskiego. Już w 1923 r. kardynał Pietro Gasparri, watykański sekretarz stanu, nakazał Pacellemu „bacznie śledzić" poczynania Hitlera i jego sojusznika, fanatycznie antykatolickiego generała Ericha Ludendorffa. (Katoliccy księża czynnie zaangażowali się w tłumienie puczu monachijskiego. Bawarskie wojsko zwróciło się wówczas przeciwko Hitlerowi i Ludendorffowi w dużym stopniu dzięki agitacji o. Mayera, odznaczonego Krzyżem Żelaznym, uwielbianego przez weteranów jezuickiego kapelana.)

Podczas służby w stolicy Republiki Weimarskiej Pacelli zaprzyjaźnił się m.in. z późniejszym kierownictwem Abwehry, niemieckiego wywiadu wojskowego. Odbywał konne wypady wspólnie z admirałem Canarisem, szefem tej służby w trakcie II wojny światowej, oraz z jego zastępcą gen. Hansem Osterem. Negocjował konkordat z III Rzeszą, ale nie miał złudzeń co do charakteru nazistowskiego reżimu. Alarmował, że Hitler dąży do stworzenia w Niemczech wrogiej chrześcijaństwu neopogańskiej religii. Kościołowi nie podobały się również entuzjastyczne poparcie nazistów dla zabijania ludzi niepełnosprawnych oraz polityka polegająca na stopniowym zwiększaniu szykan wobec katolików (dochodziło wszak do tego, że SA-mani smarowali ołtarze ekskrementami i bili pejczami osoby wychodzące z kościołów).

To Pacelli, gdy był sekretarzem stanu u Piusa XI, zredagował potępiającą nazizm encyklikę „Mit brennender Sorge" i jego wybór na nowego papieża Piusa XII poważnie zaniepokoił tajne służby SS. Sturmführer Albert Hartl, były ksiądz, który stanął na czele Wydziału IIb Kontrwywiadowczego w SD, w napisanej w marcu 1939 r. charakterystyce nowego papieża wskazywał, że „absurdem jest oskarżanie Pacellego o bycie zwolennikiem nazistów", i ostrzegał, że nowy papież będzie starał się zaszkodzić III Rzeszy. Hartl wskazywał też na niebezpiecznie silną pozycję o. Roberta Leibera, niemieckiego, acz antynazistowsko nastawionego sekretarza papieża. Z kolei o. Hans-Joachim Birkner, pracownik watykańskich archiwów i zarazem jeden z niemieckich agentów w Rzymie, donosił: „Ojciec Leiber powiedział informatorowi, że największą nadzieją Kościoła jest to, iż ustrój narodowosocjalistyczny zostanie zniszczony w zbliżającej się wojnie. Jeśli wojna nie wybuchnie, watykańska dyplomacja spodziewa się zmiany najpóźniej ze śmiercią Führera".

Misja „Woźnicy"

Abwehra, mająca plany pozbycia się „szalonego" wodza III Rzeszy i zakończenia wojny, zanim zniszczy ona Niemcy, od października 1939 r. kontaktowała się z Watykanem poprzez Josefa Müllera zwanego „Ochsensepp" („Woźnica"), zasłużonego działacza katolickiego, polityka Bawarskiej Partii Ludowej. Müller był postacią nietuzinkową i niezwykle odważnym człowiekiem. Gdy w 1934 r. przesłuchiwał go osobiście Heinrich Himmler, powiedział mu bez ogródek, że doradzał katolickiemu premierowi Bawarii, by rozstrzelał szefa SS bez sądu. Himmlerowi to bardzo zaimponowało. Zaproponował Müllerowi, by wstąpił do SS. Bawarski polityk katolicki odmówił. Wówczas Himmler kazał go wypuścić na wolność. Następnego dnia Müllera odwiedził Johann Rattenhuber, esesman dowodzący ochroną Hitlera. Chciał poznać człowieka, który postawił się budzącemu strach szefowi SS. Szybko się zaprzyjaźnili, a Rattenhuber stał się jednym z wielu prominentnych informatorów w siatce Müllera dostarczającej informacje wywiadowcze z Rzeszy Stolicy Apostolskiej. Dokumentował m.in. politykę antykościelnych szykan w III Rzeszy.

Działalność „Woźnicy" zwróciła jednak uwagę Abwehry. 27 września 1939 r. Müller został doprowadzony do gabinetu pułkownika Hansa Ostera, który dał mu propozycję nie do odrzucenia. Bawarski polityk został wciągnięty na listę agentów niemieckiego wywiadu wojskowego i wysłany z tajną misją do Rzymu. Szpiegowanie włoskiego sojusznika miało być jednak tylko przykrywką dla właściwego zadania: pośredniczenia w kontaktach niemieckiej opozycji ze Stolicą Apostolską. Papież miał zaś umożliwić Niemcom tajne kontakty dyplomatyczne z Wielką Brytanią. Niemieccy oficerowie planowali zamach stanu w Berlinie i zawarcie pokoju z mocarstwami zachodnimi. Możliwość uwiarygodnienia się za pomocą papieskich gwarancji dyplomatycznych była dla nich bezcenna. Kontakt pomiędzy otoczeniem Piusa XII a spiskowcami z Abwehry został nawiązany w październiku 1939 r.

Papież wyraźnie sugerował, że pozbawienie Hitlera życia jest działaniem w pełni dopuszczalnym. Udało się nawiązać kontakt z rządem Neville'a Chamberlaina poprzez brytyjskiego ambasadora przy Stolicy Apostolskiej Petera D'Arcy'ego Osborne'a. Zamach stanu planowano na listopad. Plany spiskowcom pokrzyżowało jednak to, że na początku listopada doszło do nieudanego zamachu na Hitlera w Monachium, a niemiecka SD „w odwecie" porwała z holenderskiego przygranicznego miasteczka Venlo dwóch brytyjskich agentów zaangażowanych w negocjacje z niemiecką opozycją. Brytyjczycy nabrali po tym dużej rezerwy wobec niemieckich spiskowców. Konserwatywne kręgi oficerskie w Niemczech brnęły zaś w kunktatorstwo. Były one zdominowane przez protestanckich junkrów, którzy podchodzili z ogromnymi wahaniami do samej idei zbuntowania się przeciwko władzy. – Oni tylko grają w szachy z narodem. Ci paniczykowie podjadą konno do przeszkody, ale jej nie przeskoczą – mówił Müllerowi Hans Gisevius, jeden z kluczowych działaczy opozycji antyhitlerowskiej w Niemczech. Berliński arcybiskup von Preysing żartował zaś sobie później, że poważnie zaczną oni przygotowywać zamach na Hitlera dopiero wtedy, gdy Sowieci będą zdobywać Berlin.

Mimo niepowodzeń kontakty niemieckiej opozycji (mającej w dużej mierze konserwatywny, chrześcijański charakter) ze Stolicą Apostolską trwały. Ich owocem były m.in. ostrzeżenia o zbliżających się inwazjach na Norwegię, Beneluks i Francję przekazywane via Watykan zachodnim tajnym służbom. Ostrzeżenia te były jednak na tyle częste, że zachodnie służby wywiadowcze przestały wierzyć w ich wiarygodność. Tymczasem były one zawsze bardzo aktualne – to po prostu inwazja na Zachód była ciągle przesuwana.

Mimo to w marcu 1940 r. prowadzone w Watykanie negocjacje pomiędzy Brytyjczykami a niemiecką opozycją weszły w nową fazę. Wysokiej rangi oficer Abwehry Hans von Dohnányi sporządził tzw. Raport X opisujący brytyjskie warunki podjęcia rozmów pokojowych z „przyzwoitymi Niemcami". Warunkami tymi były: usunięcie Hitlera, „rządy prawa" w Niemczech, wycofanie się z wojny z Zachodem i odzyskanie wolności przez Polskę. Austria mogła pozostać częścią Rzeszy, a losy innych spornych terytoriów (czyli głównie Czech) miały zostać określone w wyniku plebiscytów. Zawieszenie broni miało się odbyć za pośrednictwem papieża. Do oficjalnych negocjacji pokojowych jednak nie doszło. Niemieckie siły zbrojne błyskawicznie podbiły Danię, Norwegię, kraje Beneluksu i Francję. Wojna wkroczyła w nową fazę, a niemieckim generałom brakowało odwagi, by usunąć znajdującego się u szczytu popularności Hitlera. Tajne kontakty jednak trwały. Według wyliczeń amerykańskiego wywiadu Müller odbył przez pierwsze trzy lata wojny aż 150 podróży z Niemiec do Rzymu.

Czarna Kaplica

Struktury kościelne współpracowały ze spiskowcami z armii i służb specjalnych. W Niemczech działali pod przykrywką jezuiccy księża będący watykańskimi szpiegami oraz kurierami. Nazistowskie tajne służby deptały im zresztą po piętach. Nie bez powodu nadały siatce konserwatywnych „zdrajców" kryptonim „Schwarze Kapelle", co tłumaczy się zwykle jako „Czarna Orkiestra", choć Walter Schellenberg, szef wywiadu SS, wspominał później, że ten kryptonim powinno się tłumaczyć raczej jako „Czarna Kaplica", gdyż był nawiązaniem do głównej świątyni jezuickiej w Rzymie. W działania wojskowej opozycji czynnie zaangażowany był o. Augustin Rösch, prowincjał niemieckich jezuitów i zarazem weteran bitwy pod Verdun. W maju 1941 r. wspólnie z prowincjałem dominikanów utworzył tzw. Komisję Zakonów, kościelną organizację wywiadowczą w III Rzeszy. Zakonnicy zaangażowani w akcje szpiegowskie dostali dyspensę na noszenie świeckich ubrań i życie na sposób wykraczający poza reguły zakonu. W kwietniu 1941 r. jezuiccy agenci zaczęli odwiedzać powiązanego z opozycją szefa sztabu Wehrmachtu gen. Franza Haldera.

SS dopatrywało się udziału watykańskich agentów m.in. w zamachu na Reinharda Heydricha, protektora Czech i Moraw. Za wspieranie czeskich zamachowców został stracony m.in. Robert Johannes Albrecht, niemiecki tłumacz wojskowy, który przyznał się, że był jezuitą w przebraniu. Podejrzenia Gestapo wzbudziło to, że zamachowcy schronili się w świątyni. Co prawda była to świątynia prawosławna należąca do narodowego Kościoła Czechosłowackiego, ale biskup tego Kościoła Matej Pavlík miał podejrzanie dobre relacje z Watykanem. Albert Hartl, szef antywatykańskiego wydziału w SD, utrzymywał, że Pius XII wydał dokument pozwalający prawosławnym kapłanom na zachowywanie swojej konwersji na katolicyzm w sekrecie. Miało to ułatwiać przenikanie do państw nieprzychylnych katolicyzmowi. Biskup Pavlík, dawny kapelan weteranów Legionu Czechosłowackiego, miał być więc kryptokatolikiem koordynującym działania z Watykanem poprzez klasztor na Przełęczy Dukielskiej. Odpowiedzialność za zabójstwo Heydricha przypisywał papieżowi sam Hitler. – Wystarczy przypomnieć bliską współpracę Kościoła z mordercami Heydricha. Księża katoliccy nie tylko pozwolili im się ukryć, (...) ale nawet pozwolili im okopać się w poświęconym miejscu – mówił Hitler Martinowi Bormannowi.

Papiescy agenci odnosili też duże sukcesy w zdobywaniu tajemnic ochrony Hitlera. Udało im się zdobyć plany siedziby Führera w Pullach pod Monachium. Kwatera sąsiadowała z jezuickim klasztorem, a SS wdała się z tą placówką w spór prawny – zarzucała jezuitom, że ich kanalizacja zanieczyszcza źródło wody do bunkra. By to wykazać, SS nieopatrznie sama pokazała jezuitom tajne plany bunkra. W głupi sposób ujawniono więc wrogowi coś, co mogło znacznie ułatwić potencjalny zamach na przywódcę III Rzeszy.

Walkiria

Po klęsce stalingradzkiej działania niemieckiej opozycji wojskowej nabrały energii. Niemieccy generałowie zrozumieli, że mają coraz mniej czasu na to, by zapobiec wojennej przegranej Rzeszy. Zaczęli więc intensywniej planować zamach stanu. W lutym 1943 r. Müller otrzymał od papieża zapewnienie, że Stolica Apostolska uzna wojskowy rząd powstały po obaleniu wodza III Rzeszy. Pius XII stwierdził, że spiskowcy będą usprawiedliwieni, nawet jeśli „wysadzą w powietrze samolot Hitlera" (niedługo później wojskowi konspiratorzy rzeczywiście próbowali wysadzić samolot Hitlera nad Smoleńskiem, ale zamach się nie udał, gdyż zawiodły zapalniki w bombie).

Propozycje pokojowe niemieckiej opozycji zostały przekazane poprzez amerykańskiego jezuitę o. Vincenta McCormicka do amerykańskiego dyplomaty przy Stolicy Apostolskiej Harolda Tittmanna. Oddzielnymi kanałami przesłano je do Allana Dullesa, szefa OSS (amerykańskiego wywiadu cywilnego) w Szwajcarii. Administracja Roosevelta odmówiła rozpoczęcia negocjacji pokojowych, ale kanały kontaktów zachowano. Watykan pośredniczył kilka miesięcy później w negocjacjach z Amerykanami włoskich spiskowców z kręgów wojska, władz partii faszystowskiej i dworu królewskiego przygotowujących obalenie Mussoliniego i wyjście Włoch z Osi.

Wśród niemieckich wojskowych opozycjonistów mocno wyróżniał się pułkownik Claus Schenk Graf von Stauffenberg, oficer o ultrareakcyjnych, katolicko-monarchistycznych poglądach. Rodzina Stauffenbergów była od średniowiecza mocno związana z Kościołem, a Claus już w dzieciństwie miał bardzo mocne przekonania religijne. Zapamiętano np., że w wieku dziewięciu lat, bawiąc się w księdza, wygłosił kazanie, w którym stwierdził, że jeśli Luter wykazałby się większą cierpliwością, „mielibyśmy dziś jedną prawdziwą wiarę". Stauffenberg na poważnie myślał o przywróceniu Świętego Cesarstwa Rzymskiego i był przekonany, że Hitler jest dosłownie opętany przez diabła. Uzasadniając konieczność zabicia człowieka, któremu składał przysięgę wierności, powoływał się na pisma św. Tomasza z Akwinu i konsultował się z Komisją Zakonów, by upewnić się, czy dobrze interpretuje fragmenty nauczania „Doktora Anielskiego" dotyczące zabijania antykatolickich władców. Spotykał się również z biskupem berlińskim von Presingiem, który utwierdził go w planach zabicia Hitlera. W dokumentach ze śledztwa w sprawie zamachu z 20 lipca 1944 r. funkcjonariusze SS podkreślili, że powiązania Stauffenberga z Kościołem odegrały „decydującą rolę dla kliki spiskowców".

Stauffenbergowi naprawdę niewiele brakowało do wypełnienia swojej misji. 20 lipca 1944 r. bomba ukryta w przyniesionej przez niego teczce została zdetonowana tuż obok Hitlera w baraku odpraw sztabowych w Wilczym Szańcu pod Kętrzynem. Stauffenberg, obserwując zniszczenia dokonane przez eksplozję, był przekonany, że zabił tyrana. Jego przekonanie pogłębiło się, gdy zobaczył, jak z bunkra wynoszone były na noszach zwłoki przykryte płaszczem i czapką Führera.

Gdy wrócił do Berlina, przekonywał więc sceptycznie nastawionych generałów, że zamach się udał i trzeba działać – zrealizować plan „Walkiria" przewidujący objęcie kontroli nad Rzeszą przez Armię Rezerwową oraz aresztowanie najbardziej zatwardziałych nazistów. – Nikt tam nie mógł przeżyć – mówił swojemu zwierzchnikowi gen. Frommowi. – A skąd może pan to wiedzieć? – dopytywał się Fromm. – Ponieważ to ja podłożyłem bombę. (...) Wy, generałowie, gadaliście tylko, a nikt nie chciał działać. Czasy podwieczorków i debat dobiegły końca – odparł Stauffenberg. Wdrożono plan „Walkiria", ale wkrótce brak zdecydowania i nieudolność niemieckich generałów dały o sobie znać. Nie zdołano zdobyć wymaganej kontroli nad centrami władzy w Berlinie i głównych metropoliach Rzeszy oraz okupowanej Europy. Minister propagandy Joseph Goebbels pokonał spiskowców, ogłaszając, że Führer cudownie przeżył zamach. Stauffenberga i jego towarzyszy ze sztabu Armii Rezerwowej szybko zgarnięto i rozstrzelano.

„Bomba podłożona przez pułkownika hrabiego Stauffenberga eksplodowała dwa metry na prawo ode mnie. Poważnie raniła wielu z moich oddanych i lojalnych współpracowników, jeden z nich zginął. Ja sam nie odniosłem żadnych ran, jeśli nie liczyć kilku zadrapań, sińców i oparzeń. Uznaję to za potwierdzenie słuszności misji powierzonej mi przez Opatrzność" – mówił komunikat Hitlera nadany przez Radio Berlin o pierwszej w nocy 21 lipca 1944 r. Wyglądało na to, że Führer rzeczywiście miał diabelne szczęście. Wkrótce potem świat obiegły zdjęcia przedstawiające uśmiechniętego, dziarskiego przywódcę III Rzeszy odwiedzającego w szpitalu oficerów rannych w zamachu na jego życie. Szedł wyprostowany, choć ponoć w piszczele i twarz wbił mu się deszcz drzazg (na innym zdjęciu jego adiutant pokazywał będące w strzępach spodnie Hitlera, świadectwo siły eksplozji). Miał jedynie kawałek waty w uchu i plasterek na dłoni. Wyglądał nieprawdopodobnie dobrze jak na człowieka, który ledwo co przeżył wybuch bomby dwa metry od siebie.

Według oficjalnej wersji wszystkie zamachy na Hitlera były nieudane: wódz III Rzeszy odszedł z tego świata, popełniając samobójstwo 30 kwietnia 1945 r. Znaczna większość uczestników spisków mających na celu zabójstwo Hitlera została wyeliminowana w ramach represji po zamachu z 20 lipca. Przeżyli jednak m.in. o. Rösch i Josef Müller. Ten drugi został w ostatniej chwili przed egzekucją uratowany przez swojego przyjaciela z SS Johanna Rattenhubera. Po wojnie Müller budował bawarską chadecką partię CSU. Działał wówczas jako agent CIA o pseudonimie Robot. Zmarł w 1979 r. i został później uznany za jednego z twórców integracji europejskiej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA