fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Ojcowie polskiej elektrotechniki i elektroniki

Prof. Jan Studniarski na początku lat 20. XX stulecia zorganizował nowoczesne laboratorium elektrotechniki w Akademii Górniczej (dziś AGH). Zdjęcie pochodzi z 1930 r.
materiały prasowe
Pierwszym odnotowanym w historii polskim elektrykiem był... ksiądz Józef Herman Osiński. W 1777 roku opublikował książkę „Fizyka doświadczeniami stwierdzona", w której znalazły się m.in. opisy doświadczeń związanych z elektrycznością.

Pisząc artykuły o historii elektrotechniki i elektroniki, wspominam często o ludziach, którzy zapisali się jako „ojcowie" określonych odkryć i wynalazków. Niestety, wśród tych wspaniałych postaci rzadko wymieniałem polskie nazwiska, bo w okresie formowania podstaw elektrotechniki i elektroniki Polska nie istniała, a zdolna polska młodzież – zamiast badaniami naukowymi czy pracami inżynierskimi – zajmowała się walką o odzyskanie niepodległości. W efekcie Amerykanie, Anglicy, Niemcy i Francuzi zapisywali swoje nazwiska na kartach historii odkryć i wynalazków, Polacy zaś zapisywali nazwiska na listach poległych w kolejnych dramatycznych powstaniach. Niemniej kilka nazwisk warto przypomnieć, zwłaszcza takich, których próżno by szukać w internecie...

Pierwszy polski elektryk

Pierwszym odnotowanym w historii polskim elektrykiem był... ksiądz. Józef Herman Osiński nie angażował się w próby wywalczenia niepodległości dla Polski, gdyż jako zakonnik nie mógł tego robić, ale za to udzielał się jako nauczyciel (najdłużej w Kolegium Pijarskim w Rzeszowie, ale także w Warszawie, w słynnym Collegium Nobilium, a także w szkołach w Międzyrzeczu Koreckim, w Wieluniu, w Łomży i Górze Kalwarii). Miał podstawy do tego, by we wszystkich tych szkołach nauczać, zdobył bowiem gruntowne wykształcenie na czołowych europejskich uniwersytetach w Wiedniu (1768–1771) i Paryżu (1772).

Traktował jednak nauczycielską profesję w sposób poszerzony, mianowicie nie tylko przekazywał wiedzę, ale także dokładał starań, by tę wiedzę poszerzać i pogłębiać. Miał zamiłowanie do eksperymentów naukowych, dlatego w każdej szkole, w której nauczał, organizował pracownie chemiczne i fizyczne, gdzie przeprowadzał różne doświadczenia. Wyniki swoich badań publikował, m.in. w 1777 roku opublikował książkę „Fizyka doświadczeniami stwierdzona", w której znalazły się m.in. opisy doświadczeń związanych z elektrycznością. Ważniejsza jednak była następna jego książka zatytułowana „Sposób ubezpieczający życie i majątki od piorunów", która została wydana w Warszawie w 1784 roku. Uważa się, że był to pierwszy polski podręcznik elektrotechniki.

Przypomnijmy, że piorunochron wynalazł Benjamin Franklin w Filadelfii w 1752 roku, a cyrkulacja informacji naukowych była w XVIII wieku zdecydowanie wolniejsza niż obecnie, należy więc przyznać Osińskiemu, że był na bieżąco z osiągnięciami naukowymi swej epoki. Warto także odnotować z uznaniem, że zadał sobie trud, aby praktyczne skutki tych osiągnięć naukowych przekazać do szerokiego grona Polaków, którzy mogli być tym zainteresowani. Za tę książkę Osiński został odznaczony złotym medalem przez króla Stanisława Augusta.

Elektrotechnik i rektor AGH

Po Osińskim, jako pionierze polskiej elektryki, było wielu polskich badaczy i wynalazców, którzy przyczynili się do rozwoju tej dziedziny. Niektórzy okryli się sławą za granicą, np. wzmiankowany we wcześniejszych felietonach z tej serii Michał Doliwa-Dobrowolski, inni stali się sławni w związku z realizacją zadań niezwiązanych z elektrotechniką – np. Ignacy Mościcki, genialny konstruktor kondensatorów wysokonapięciowych, bardziej znany jako prezydent Polski. Ja jednak skupię się tu na dokonaniach osoby, z którą czuję się poniekąd związany, gdyż zasiadałem przez ponad siedem lat na tym samym fotelu, co on, jako rektor AGH. Mowa o profesorze Janie Studniarskim, który był drugim w kolejności rektorem mojej uczelni i zapisał się bardzo pozytywnie w historii jej rozwoju. Ale nie o jego działaniach w obszarze szkolnictwa wyższego chcę tu opowiedzieć, tylko o pracy jako twórcy odradzającej się po zaborach polskiej elektrotechniki.

Studia w zakresie elektrotechniki odbył w Niemczech (w Berlinie-Charlottenburgu i w Hanowerze), gdzie w 1902 roku ukończył studia, w 1905 roku uzyskał doktorat, a w 1907 roku uzyskał stanowisko docenta. Równocześnie powierzono mu wykłady z elektrotechniki w berlińskiej Wojskowej Akademii Technicznej. Była to naprawdę błyskotliwa kariera i mógł korzystać ze zdobytej pozycji przez długie lata, ale Studniarskiego stale kusiła sfera elektrotechniki praktycznej. W 1909 roku podjął pracę w Oddziale Elektrotechnicznym firmy Altona w Hamburgu. Ponieważ ciągnęło go do Polski (chociaż takiego kraju nie było wtedy na mapie Europy), wyjechał – formalnie do Austrii, ale naprawdę do Polski – i podjął pracę w Tarnowie, gdzie 22 sierpnia 1910 roku został mianowany dyrektorem nowo wybudowanej miejskiej elektrowni. Profesjonalna wiedza i energia prof. Jana Studniarskiego sprawiły, że elektrownia w Tarnowie ruszyła już 12 listopada 1910 roku. Tego samego dnia otwarto w Tarnowie także wodociągi miejskie (napędzane energią elektryczną) oraz oświetlony elektrycznie dworzec.

Niestety, wkrótce potem zaczęła się I wojna światowa, było więc smutno i ubogo, ale prof. Studniarski dbał o to, by elektrownia w Tarnowie pracowała praktycznie nieprzerwanie, zapewniając mieszkańcom oświetlenie i wodę. Gdy wojna się skończyła i nastąpiło odrodzenie Polski, okazało się, że w naszym kraju bardziej brakuje światła wiedzy niż światła elektrycznego. Biorąc pod uwagę wysoką pozycję naukową i międzynarodowy prestiż prof. Studniarskiego, sam naczelnik państwa Józef Piłsudski 9 czerwca 1920 roku mianował go na stanowisko profesora zwyczajnego elektrotechniki w Akademii Górniczej (dziś AGH), gdzie Studniarski zorganizował bardzo nowoczesne laboratorium elektrotechniki służące zarówno celom naukowym, jak i dydaktycznym.

Poczynając od 1921 roku, prof. Studniarski zaczął też aktywnie działać we władzach Akademii Górniczej. Najpierw w latach 1921–1922 pełnił funkcję dziekana Wydziału Górniczego (elektryk!), a w latach 1922–1924 był rektorem uczelni. Pracował naukowo na Akademii Górniczej do 1939 roku i wniósł znaczący wkład do rozwoju polskiej elektrotechniki.

Człowiek, który tworzył początki elektroniki półprzewodnikowej w Polsce

Wśród polskich elektroników, którzy na grunt PRL – kraju gospodarczo izolowanego od świata – starali się przenieść osiągnięcia światowej techniki półprzewodnikowej, warto wymienić nazwisko inżyniera Józefa Szafrańca. Stworzył on w 1957 roku pierwsze polskie (i jedne z pierwszych w całym bloku komunistycznym) przyrządy półprzewodnikowe. O początkach elektroniki półprzewodnikowej pisałem w felietonie opublikowanym w „Rzeczpospolitej" 20 września 2019 roku („Ziarno półprzewodnika zastąpiło lampę elektronową"). Można tam przeczytać, że pierwszy tranzystor, zbudowany w 1947 roku, został przyjęty entuzjastycznie, a jego twórcy w 1956 roku otrzymali Nagrodę Nobla. Pierwsze polskie diody germanowe (o nazwach DOG i DZG) powstały dziesięć lat później i zostały przyjęte nieufnie, a twórcy nigdy nie nagrodzono. Dlatego w kilku zdaniach chcę opowiedzieć o dokonaniach inżyniera Józefa Szafrańca, żeby stały się one nareszcie znane.

Jest to absolwent WAT, uczeń prof. Groszkowskiego. Ma obecnie 89 lat, ciągle żywo interesuje się nowościami w dziedzinie elektroniki. W latach 50. XX wieku pracował w Zakładzie Doświadczalnym Przemysłowego Instytutu Elektroniki, gdzie był wybitnym konstruktorem. Odniósł swoje pierwsze sukcesy i w 1956 roku został awansowany na stanowisko głównego konstruktora w wieku niespełna 30 lat, co w tamtych czasach było ewenementem. Zbudował serię diod półprzewodnikowych: DOG, DGZ, DMG i DON, które reprezentowały technologicznie standard światowy. Zespół podległy tworzyli: zastępca, inż. Kaczmarzyk – także absolwent WAT, fizyk – mgr Julian Stasiewicz, chemik mgr Zbigniew Brzeziński, a także wyjątkowa operatorka zgrzewająca diody – pani Rachwalska. Potem inż. Szafraniec współpracował z inżynierem Jackiem Karpińskim w Instytucie Maszyn Matematycznych, m.in. przy budowie rewelacyjnego mikrokomputera K202, o którym napiszę w oddzielnym opracowaniu.

Żeby było kolorowo

Po pracy w zespole Jacka Karpińskiego inżynier Szafraniec został przeniesiony służbowo na stanowisko asystenta dyrektora amerykańskiego koncernu RCA w Polsce podczas budowy pierwszej polskie fabryki kolorowych kineskopów i telewizorów Polkolor. Była to w czasach Gierka jedna ze sztandarowych „zachodnich" fabryk licencyjnych budowanych od podstaw. Inżynier Szafraniec miał znaczący wpływ na jej budowę, zastępując czasami podczas nieobecności dyrektora generalnego z ramienia licencjodawcy firmy RCA pana Weisbacha. Można powiedzieć, że dzięki jego wiedzy i pracy w szarzyźnie PRL pojawiła się kolorowa telewizja!

Autorytet inż. Szafrańca był tak duży, że w 1966 roku wicepremier Eugeniusz Szyr powołał go na stanowisko sekretarza Rady Naukowo-Technicznej przy pełnomocniku rządu ds. Elektronicznej Techniki Obliczeniowej. Potem został ekspertem ONZ UNIDO i był na kilku misjach w krajach Trzeciego Świata. Dlatego szkoda, że gdy się wpisze w Google nazwisko Józef Szafraniec – to jako jedyna postać godna pamięci wyłania się Józef Szafraniec, ojciec Stefan od św. Józefa, pasjonista, misjonarz i rekolekcjonista.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA