fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Gorliwi słudzy Hitlera w Rosji

Białoruś, maj 1944 r. Bronisław Kamiński (piąty od lewej) wraz z żołnierzami RONA i niemieckimi policjantami podczas antypartyzanckiej operacji „Frühlingsfest”.
Wikipedia
III Rzeszę wspierali liczni sojusznicy i kolaboranci. Najwięcej było ich w ZSRR, choć w tym wypadku trudno powiedzieć, czy była to zdrada czy antystalinowski bunt.

Propaganda sowiecka stworzyła mit narodów imperium zjednoczonych w walce z hitlerowską agresją. Także dziś monolit wojennego ruchu oporu pozostaje fundamentem polityki historycznej, scalającej wielonarodową Rosję. Jednak w tej samej Rosji funkcjonuje równoległy pogląd, że radziecka kolaboracja lat 1941–1945 była przejawem drugiej, po prowadzonej w latach 1918–1921, wojny domowej. Jak zatem nazwać radzieckich współpracowników III Rzeszy? Zdrajcami czy uczestnikami antykomunistycznego powstania? Zważywszy na liczby, kwestia jest niebagatelna, bo tylko w uzbrojonych formacjach kolaboracyjnych służyło grubo ponad milion osób, w tym spora grupa generałów Armii Czerwonej.

Brzozowa swastyka

Oficjalna historia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej głosi, jakoby od 22 czerwca 1941 r., czyli dnia hitlerowskiej napaści, internacjonalistyczne imperium zjednoczone bolszewicką ideologią stawiło najeźdźcom bohaterski opór. Propaganda kreowała symbole nieugiętej postawy, takie jak postać komsomołki Zoi Kosmodiemiańskiej, dywersantki NKWD powieszonej przez Niemców pod Tambowem. Wielokrotnie przywoływano także fenomen moskiewskiego opołczenija, czyli bohaterskiego pospolitego ruszenia, które rzekomo zatrzymało pancerną ofensywę Guderiana. Tymczasem prawda była taka, że dziesiątki tysięcy moskwian uzbrojonych w stare karabiny, które Stalin rzucił pod Wiaźmę, zostało zmasakrowanych w okrążeniu przez niemieckie czołgi.

To niepodważalne fakty i w żaden sposób nie można zaprzeczyć 27 milionom wojennych ofiar, a więc ogromnej daninie krwi wszystkich narodów imperium. Jednocześnie to tylko część skomplikowanego obrazu radzieckiego społeczeństwa czasu wojny. Bo, jak twierdzi historyk – profesor Oleg Budnickij, sytuacja wcale nie była czarno-biała. Odcieniem szarości kładzie się na niej między innymi entuzjastyczne powitanie wojsk hitlerowskich w anektowanych przez ZSRR republikach bałtyckich, zachodniej Białorusi, Besarabii i na Ukrainie. Miejscowa ludność potraktowała niemiecką armię jak wyzwoliciela, z nadzieją na przywrócenie narodowego bytu w hitlerowskiej nowej Europie. Jak się okazuje, takie same uczucia żywiła także ogromna rzesza Rosjan. Oleg Budnickij jest współautorem monografii pod znaczącym tytułem „Dokonało się! Przyszli Niemcy", a rzecz dotyczy właśnie realnych nastrojów i postaw Rosjan. Zresztą sam tytuł to cytat z pamiętnika inteligentki Lidii Osipowej, opublikowanego na Zachodzie pod równie wymownym tytułem: „Dziennik kolaborantki". Wojnę, która zastała Osipową w Carskim Siole, autorka powitała zapisem: „Spadają niemieckie bomby. Bomby wyzwolenia". Obrazowym dopełnieniem tej mało znanej strony mitu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej są niemieckie zdjęcia z epoki, na których chłopi centralnej Rosji masowo witają najeźdźców symbolicznymi, szeroko otwartymi bramami (koniecznie ze swastyką), wykonanymi z najbardziej rosyjskiego drzewa, brzozy. Tymczasem sowieccy historycy przedstawiali zdrajców jako pojedynczych odszczepieńców, a więc zdecydowany margines społeczeństwa. A raczej margines marginesu, bo nawet pospolici bandyci otrzymali możliwość „odkupienia swoich win z bronią w ręku". W zbiorowej świadomości Rosjan pozostali jedynie konformista Własow, psychopata Kamiński, biały ataman Krasnow i oczywiście ukraiński nacjonalista Bandera. Jaka jest więc prawda o „białej plamie historii", czyli radzieckiej kolaboracji?

Kolaboracja, czyli świadomy wybór

Od 22 czerwca 1941 r. do końca 1942 r., czyli w okresie zwycięskich ofensyw Wehrmachtu, hitlerowcy zajęli obszar ZSRR od przedmieść Leningradu przez Wołgę po wybrzeże Morza Czarnego i granice Kaukazu Północnego, a więc tereny etnicznie rosyjskie. Pod okupacją znalazło się 88 mln mieszkańców, stanowiących 46 proc. całej populacji. Według Budnickiego liczba ludności jest przesadzona, bo ewakuacji podlegał aparat partyjny, administracyjny, represyjny oraz poszczególne kategorie osób, takich jak poborowi i personel przemysłowy. Szacunkowo na terenach okupowanych pozostało więc ok. 70 mln ludzi, których zaskoczył niemiecki blitzkrieg. Nastroje mieszkańców ZSRR, szczególnie tych żyjących w granicach sprzed 1939 r., można określić jako zbiorowy szok, bo radziecka propaganda malowała ewentualny konflikt jako Tour de Europe własnej armii. Jednak zgodnie z rosyjskimi badaniami „ludzie radzieccy" nie poszli za przykładem Francuzów i koniunkturalna kolaboracja nie stała się dominującym zachowaniem na terytorium okupowanym. Prawdziwą przyczyną kolaboracji w ZSRR, i to masowej, była straszliwa spuścizna władzy radzieckiej, która nie tylko wzbudzała nienawiść i wrogość, lecz także zdewastowała pojęcie patriotyzmu.

Dlatego w chwili wybuchu wojny każdy myślący mieszkaniec ZSRR musiał sobie odpowiedzieć na pytanie, po czyjej stronie stoi. Dla wielu hitlerowska agresja była po prostu długo wyczekiwaną, zbawczą interwencją. Pierwszą grupę niezadowolonych stanowiły oczywiście narody inkorporowane w imperium siłą w latach 1939–1940. Drugą, również bardzo liczną, były osoby pamiętające przedrewolucyjne życie i pragnące powrotu dawnych relacji społecznych. Wśród nich przeważali inteligenci, którzy udając lojalnych obywateli ZSRR, żyli w stanie wewnętrznej emigracji, a także ocaleni duchowni. Trzecią kategorię stanowili represjonowani lub raczej rodziny ofiar kolektywizacji oraz masowych stalinowskich czystek. Grupa czwarta to zagnani do kołchozów chłopi. Okazuje się, że jeszcze długo po kolektywizacji radziecka wieś była areną tysięcy antypaństwowych wystąpień, w tym ponad 400 o charakterze powstańczym. Wreszcie ostatnią, piątą kategorię, stanowili poborowi i młodsza oraz średnia kadra oficerska sił zbrojnych. Według raportów NKWD w armii antyradzieckie nastroje w siłach zbrojnych utrzymywały się przez cały okres przedwojenny i nie miały charakteru incydentalnego. Jak zatem podsumował profesor Budnickij, łącznie dwie trzecie ludności terenów okupowanych, a więc ok. 46 mln obywateli ZSRR, było nastawione wrogo do nominalnie własnego państwa. Spośród nich wielu zdecydowało się na aktywną kolaborację, dokonując świadomego wyboru. Współpracę z najeźdźcą potraktowali jako formę ideowej walki z bolszewickim porządkiem. Co ciekawe, szacunki Budnickiego można śmiało rozciągnąć na drugą stronę frontu, wystarczy zajrzeć do wojennych statystyk. Ponad 450 tys. czerwonoarmistów (w tym oficerów) przewinęło się przez sztrafbaty, czyli karne bataliony. Ponad 1,5 mln mężczyzn uchylało się od poboru lub zdezerterowało. Co najmniej 8 mln Rosjan zostało osądzonych za przestępstwa przeciwko socjalistycznej własności i za przestępstwa czasu wojny. Około 5 mln robotników zostało osądzonych za „samowolne opuszczenie miejsca pracy", czyli próbę ucieczki z przymusowych robót.

Z Hitlerem przeciwko Stalinowi

Nie jest tajemnicą, że establishment III Rzeszy był podzielony w poglądach na politykę okupacyjną w ZSRR. Partyjni ideolodzy z NSDAP pragnęli holokaustu narodów słowiańskich, a ich pozostałości miały być zamienione w niewolniczą siłę roboczą. W opozycji stali prowadzący wojnę dowódcy, których podstawowym celem było zapewnienie spokoju na terenach okupowanych, stanowiących zaplecze frontu. Niektórym z niemieckich generałów chodziło jednak o coś więcej.

Już w grudniu 1941 r. na polecenie admirała Canarisa Abwehra opracowała raport, z którego wynikało jasno, że pokonanie ZSRR będzie możliwe tylko z czynnym współdziałaniem samych Rosjan. I to właśnie Wehrmacht postawił na kolaborantów. Centrum tego typu działań stał się okupowany Smoleńsk, w którym rozpoczęto szeroką akcję pozyskiwania radzieckiej inteligencji i chłopstwa. Specjalni przedstawiciele niemieckiej armii głosili publicznie, że inwazja nie jest prowadzona przeciwko Rosji, celem jest obalenie bolszewickiego porządku.

Dlatego inteligenci, szczególnie ci pamiętający kulturalnych Niemców z poprzedniej wojny, masowo poparli najeźdźcę, pod hasłem „z Hitlerem przeciwko Stalinowi". Wyrażali nadzieję na odbudowę wolnej ojczyzny po ostatecznym zwycięstwie nazistów. Dzięki takiej postawie objęli gros stanowisk w lokalnych administracjach, łącznie z urzędem burmistrza Smoleńska. Kolaboranci wydawali ponad 400 tytułów prasowych przeznaczonych dla poszczególnych grup narodowościowych i warstw społecznych. Co ciekawe, artykuły były pisane w dotychczasowych radzieckich redakcjach, które w całości przeszły na stronę okupanta. Duchowieństwo prawosławne odtworzyło zręby organizacyjne Cerkwi w nadziei na połączenie z patriarchatem całej Rosji. Ocalałe z bolszewickich pogromów świątynie zapełniły się wiernymi, przystąpiono także do odbudowy powszechnego szkolnictwa przycerkiewnego. Z kolei chłopstwo dostrzegło w niemieckim pochodzie krucjatę przeciwko antychrystowi (Stalinowi), licząc na rozwiązanie kołchozów i zwrot ziemi. Wehrmachtowskie i kolaboracyjne koncepcje współdziałania spotkały się na terenie guberni orłowskiej, w postaci tzw. Republiki Łokockiej.

Polakom pamiętającym krwawą rzeź powstania warszawskiego dokonaną przez Rosyjską Wyzwoleńczą Armię Ludową (RONA) nie jest łatwo zaakceptować fakt, że część rosyjskich publicystów poważnie traktuje Republikę Łokocką jako szkic państwowej alternatywy dla ówczesnego ZSRR. Nazwa pochodzi od osady Łokoć na Orłowszczyźnie, którą z woli okupanta zarządzał pół Polak, pół Niemiec Bronisław Kamiński, późniejszy dowódca RONA. Administrował tak sprawnie, że oczyścił powierzone sobie tereny z sowieckiej partyzantki, zapewniając bezpieczeństwo niemieckim transportom zdążającym na front. Dlatego władze okupacyjne rozszerzyły eksperyment na osiem rejonów administracyjnych, zamieszkanych przez 600 tys. osób. Kamiński odbudował lokalny przemysł, służbę zdrowia i szkolnictwo. Zwykł zresztą mawiać, że to tylko początek, bo występuje w imieniu milionów Rosjan. Rosyjscy publicyści zwracają przede wszystkim uwagę na dokumenty programowe „łokockiej alternatywy", zapowiadające rozwiązanie kołchozów i przywrócenie własności prywatnej, dopatrując się w nich podstaw ustroju wyzwolonej od komunistów Rosji. Łatwo zapominają o takich wątkach jak gorliwy antysemityzm.

Dwa miliony tzw. hiwi

Radzieccy kolaboranci szybko się przekonali, że niemieckie intencje współpracy nie wychodzą poza ramy instrumentalnego wykorzystania. Rosyjska administracja nigdy nie przekroczyła szczebla lokalnego, niezbędnego do sprawnego funkcjonowania frontowego zaplecza. Okupanci nie rozwiązali kołchozów, uznając, że ta forma organizacji najlepiej nadaje się do eksploatacji ludzkich i naturalnych zasobów wsi. Duchowieństwo nie uzyskało zgody na instytucjonalną samodzielność, ponieważ w planach Hitlera leżało rozdrobnienie prawosławia. Dlatego Radio Echo Moskwy nazwało ideową kolaborację prawdziwą tragedią ludzi, którzy uwierzyli, że współpraca z Niemcami przyniesie wolność. Inteligencja nie straciła bowiem swojej wrażliwości i bardzo szybko stała się moralnym zakładnikiem brutalnej polityki okupanta wobec własnego narodu. A także ofiarą, o czym świadczy 1600 burmistrzów, dziennikarzy, nauczycieli i lekarzy zabitych przez dywersantów NKWD. Rosyjscy chłopi nawykli do posłusznego wykonywania poleceń każdej władzy zostali postawieni wobec niemieckich wywózek na roboty przymusowe, co pchnęło ich w objęcia komunistycznej partyzantki. Jednak najlepiej o niemieckich intencjach świadczą plany i realia rosyjskiej kolaboracyjnej armii.

Według oficjalnej radzieckiej historiografii do niewoli trafiło 4,5 mln żołnierzy Armii Czerwonej. Dane Berlina podwyższają liczbę jeńców o kolejny milion. Nie chodzi tylko o masy „wojennopliennych" z początkowego okresu wojny, ale także fakty przechodzenia na stronę wroga całych oddziałów w latach 1943–1945, gdy szala zwycięstwa przechyliła się wyraźnie na stronę ZSRR. Przykładem jest przejście na stronę niemiecką ponad tysiąca żołnierzy tylko jednego z frontów ukraińskich, i tylko w lutym 1944 r. Choć oficjalna rosyjska historia liczy jenieckich kolaborantów na ok. 600 tysięcy (w tym 180 tysięcy Rosjan), to realne szacunki wydają się wyższe. Oficer werbunkowy Rosyjskiego Korpusu w Jugosławii, kolaboracyjnej jednostki stworzonej przez białych emigrantów z armii gen. Denikina, podliczył, że chętnych do wstąpienia w kolaboracyjne formacje było ok. 2 mln radzieckich jeńców. To ogromny potencjał, tym bardziej że znaleźli się odpowiedni dowódcy. Do niemieckiej niewoli dostało się ponad 80 radzieckich generałów, z których 25 przeszło na stronę wroga, a 11 podjęło współpracę wojskową. Chodzi nie tylko o osławionego Andrieja Własowa, ale też na przykład Iwana Biessonowa, który w 1942 r. zaproponował organizację kolaboracyjnych desantów na gułagi północnej Dźwiny w celu wzniecenia powstań łagierników. Z kolei były szef sztabu 229. Dywizji Piechoty pułkownik Władimir Gil-Rodionow założył w niewoli Związek Rosyjskich Nacjonalistów i zorganizował z jeńców 1. Rosyjską Brygadę SS.

Oczywiście, inicjatywa Własowa, tzw. Rosyjska Armia Wyzwoleńcza (ROA), jest najbardziej znana ze względu na polityczny program kierowanego przez generała Komitetu Wyzwolenia Narodów Rosji (KONR). Program, który na fali rozczarowania ideowych kolaborantów można ująć jako walkę z komunizmem, ale przeciwko Hitlerowi i Stalinowi jednocześnie. Był to więc, jak podkreślają rosyjscy publicyści, wybór trzeciej drogi i próba ogrania Niemców. Jednak według Budnickiego „pakt z diabłem" był z góry skazany na niepowodzenie, ponieważ Własow był zależny od okupantów w każdym calu. A Hitler długo zgadzał się jedynie na organizację narodowościowych batalionów i pułków Kozaków. Aby obejść tę barierę, Wehrmacht zorganizował korpus tzw. hiwi – Hilfswillige, czyli dobrowolnych współpracowników rekrutowanych z jeńców. Hiwi nominalnie pełnili służbę pomocniczą w jednostkach liniowych, gdzie najczęściej byli kierowcami, kucharzami itd. Przez Hilfswillige przewinęło się oficjalnie co najmniej pół miliona obywateli radzieckich. Ale i tu szacunki mogą być wyższe, na co wskazują raporty spod Stalingradu. W 1942 r. w skład niemieckiej 6. armii wchodziło 50 tys. hiwi, czyli czwarta część całej grupy generała Paulusa. W niektórych dywizjach dobrowolni współpracownicy stanowili większość personelu! W warunkach bojowych radzieccy ochotnicy bili się ramię w ramię z żołnierzami hitlerowskimi i byli przez nich traktowani jak towarzysze broni. Jeśli doliczyć ok. 600-tysięczne siły kolaboracyjnej policji oraz formacje kozackie, to po stronie Hitlera mogło wystąpić z bronią w ręku ok. 1,5 mln obywateli radzieckich, w tym od 600 do 800 tys. Rosjan. Na tym tle ROA Własowa, która powstała w 1945 r., czyli w chwili agonii III Rzeszy, a licząca 125 tys. żołnierzy, stanowiła tylko ułamek masy uzbrojonych kolaborantów. Ich łączna liczba posłużyła publicystom rosyjskim do sformułowania tezy o II wojnie domowej, toczonej na terytorium ZSRR pomiędzy komunistami a siłami narodowymi. Politycy i historycy współczesnej Rosji, którzy lansują taką wersję, są autorami cyklicznych wniosków o rehabilitację najbardziej znanych kolaborantów, m.in. Własowa.

Zemsta Stalina

Kreml od początku wojny zdawał sobie sprawę z rozmiarów i możliwych skutków kolaboracji. Już w grudniu 1941 r. NKWD przygotowało dyrektywę operacyjną, która po akceptacji Stalina dzieliła ludność obszarów okupowanych na różne kategorie, traktując jednak wszystkich prewencyjnie jako kolaborantów o różnym stopniu winy. Najsurowiej odczuli to mieszkańcy terenów wyzwolonych w czasie kontrofensywy pod Moskwą, na przełomie 1941 i 1942 r. Pracownicy administracji byli automatycznie rozstrzeliwani, pozostali, jak nauczyciele i lekarze, podlegali zsyłkom w głąb ZSRR. W latach 1943–1945 obowiązywało kryterium narodowościowe. Represjom i masowym zsyłkom podlegały całe narody kaukaskie oraz Tatarzy krymscy, po których przyszła kolej na Ukraińców, Bałtów, Białorusinów i Polaków. Wobec tych, którzy nie współpracowali z hitlerowcami aktywnie lub z bronią w ręku, władza radziecka okazała łaskę, mianując ich kolaborantami ekonomicznymi, bo za kolaborację uznano każdą pracę na rzecz Niemców. Według historyka Borysa Sokołowa, autora pracy „Okupacja", tzw. ekonomiczni kolaboranci znaleźli się między nazistowskim młotem a bolszewickim kowadłem, bo chcąc przeżyć, musieli pracować na rzecz okupantów, za co czekały ich radzieckie szykany. Jakie? Na przykład do końca istnienia ZSRR wszystkich zatrudnionych obowiązywała kadrowa ankieta personalna. Jedno z jej pytań brzmiało: czy wy lub ktoś z waszej rodziny przebywaliście na terenach czasowo okupowanych? Odpowiedź twierdząca automatycznie wprowadzała ankietowanego w krąg osób podejrzanych o antyradzieckie sympatie i blokowała karierę zawodową. Oddaje to najlepiej cyniczny stosunek państwa do własnego propagandowego mitu, niemającego wiele wspólnego ze społecznymi realiami Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA