fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Pociechy sowieckiego imperium, czyli dzieci policyjnej troski

Hasło na plakacie brzmi: „Dziękujemy kochanemu Stalinowi za szczęśliwe dzieciństwo!”
Fine Art Images / East News
Latorośle sowieckiej nomenklatury żyły w niebywałym luksusie. Wbrew pozorom jednak ceną za elitarne szkoły, samochody z kierowcami i wyszukane frykasy były często represje. Sowiecka wierchuszka rządziła się wilczymi prawami i dziedzice imperium okazywali się zakładnikami. O stopniu lojalności decydowała policja polityczna.

Rok 1935 był szczególny w historii ZSRR. Stalin przeprowadził kolektywizację, rozkułaczając (niszcząc) chłopstwo za cenę masowego głodu, który pochłonął miliony istnień ludzkich. Kraj wchodził w drugą pięciolatkę forsownej industrializacji, która miała uczynić z imperium zbrojeniową potęgę. Stalin zdobył pełnię władzy i mógł przystąpić do społecznych eksperymentów. Tresowanie homo sovieticusa (człowieka radzieckiego) powierzył NKWD. Musiał jednak zacząć od wyrżnięcia zbyt niezależnych elit komunistycznych carskiego jeszcze chowu. Na wszelki wypadek wraz z rodzinami, a więc i dziećmi. W ten sposób ZSRR znalazł się w oparach stalinowskiego absurdu.

Ojciec narodów

W listopadzie 1935 r. Stalin wystąpił na wszechzwiązkowym zjeździe przodowników pracy. Nakręcał już spiralę masowych represji i dla jej ukrycia kłamał: „Żyje się lepiej, towarzysze! Żyje się weselej! A jeśli życie jest lepsze i weselsze, to i robota idzie żwawiej".

Miesiąc później Moskwa fetowała najlepszych kombajnistów. Podczas uroczystej akademii wyróżniony kołchoźnik Gilba z Baszkirii zaklinał się z trybuny: „Ja, syn kułaka sprawiedliwie osądzonego przez władzę radziecką, obiecuję, że z całych sił będę budował socjalizm, walcząc o szczęście robotników i chłopów". Cała sala wstrzymała oddech i spojrzała na lożę, w której siedział Stalin. Ten wychylił się lekko, aby być widocznym, i głośno odpowiedział: „Synowie za ojców nie odpowiadają".

Dyktatorowi zależało na wizerunku surowego, lecz sprawiedliwego pasterza narodów. Wobec dzieci imperium chciał wyglądać na ojca troskliwego. Z połowy lat 30. XX stulecia pochodzi słynny plakat przedstawiający dyktatora w otoczeniu roześmianych pionierów (członków dziecięcej organizacji), zwieńczony napisem: „Dziękujemy kochanemu Stalinowi za nasze szczęśliwe dzieciństwo". W totalitarnym ustroju wizerunek propagandowy i złote myśli satrapy kreowały rzeczywistość bardzo odległą od prawdy. Dotyczyło to także zbiorowej odpowiedzialności dzieci za czyny rodziców. Pięknie było tylko na uroczystych akademiach, w rzeczywistości Stalin wydał wyrok na tysiące najmłodszych, których najbliżsi zostali uznani za wrogi element antysowiecki, a następnie zamordowani lub zesłani do gułagu.

Represje

Na początku 1937 r. na biurko szefa NKWD Nikołaja Jeżowa trafiła dyrektywa Stalina: „O członkach rodzin skazanych wrogów narodu". Ponieważ ofiarami pierwszej fali masowego terroru padli wysokiej rangi komuniści, dokument przesądzał o życiu lub śmierci dzieci i żon współpracowników satrapy. Rozkaz był jasny. Małżonki osądzonych mają trafić do gułagu na okres nie krótszy niż osiem lat. Utrzymanie osieroconych dzieci brało na siebie państwo. Jeśli były w wieku poniżej 15 lat, trafiały do ogólnej sieci domów dziecka lub zamkniętych ośrodków poszczególnych komisariatów (ministerstw) – byle na głuchą prowincję, z daleka od Moskwy, Leningradu i pasa nadgranicznego, aby nie próbowały uciekać. Los starszych był rozstrzygany indywidualnie, ale za priorytet uznano resocjalizację w domach poprawczych NKWD.

Galina Breżniew, córka sekretarza generalnego KPZR Leonida Breżniewa, z mężem Jurijem Czurbanowem (w 1988 r. został skazany na 12 lat więzienia, m.in. za przyjmowanie łapówek)
Yuryi Abramochkin / Sputnik / AFP

Co ciekawe, Stalin zrobił wyjątek, stawiając się ponad prawem. Gdy wybuchła wojna z III Rzeszą, uzupełnił dyrektywę o uznanie za zdrajców wszystkich oficerów, którzy poddali się wrogowi. Ich rodziny automatycznie represjonowano. Ponieważ do niewoli trafił lejtnant Jakow Dżugaszwili, dyktator powiedział najbliższym współpracownikom: „Powinniście ukarać także ojca, czyli mnie. Prawem starego rewolucjonisty wybieram Kraj Turuchański" (miejsce carskiej zsyłki Stalina). Oczywiście był to żart.

W latach 70. XX w. pisarz Feliks Czujew przeprowadził wywiad rzekę z emerytem pamiętającym represje. Stary człowiek nazywał się Wiaczesław Mołotow. Jego podpisy na listach proskrypcyjnych widniały obok paraf Stalina. Na pytanie: „Dlaczego masowymi represjami objęto dzieci partyjnych funkcjonariuszy?", Mołotow oburzył się: „Co znaczy: dlaczego? Jeśli ich nie izolować, zalałyby nas skargami, rozpowszechniając kłamstwa". Historyk Wadim Rogowin tak to skomentował: „Jestem porażony cynizmem Mołotowa. Żadnych prób tłumaczenia, że »szpiedzy«, »trockiści«. Dzieci plątały się pod nogami i już".

Można oczywiście zapytać, czym był dramat rodzin aparatczyków reżimu wobec tragedii milionów zwykłych ludzi poddanych totalitarnej przemocy? Niemniej, jeśli chodzi o żony wysokiej rangi bolszewików, do gułagu trafiło ich 18 tys. Los rodziców podzieliło 25 tys. „skonfiskowanych" dzieci, używając ówczesnego języka NKWD. Zostały odebrane – podobnie jak dacze, umeblowane apartamenty i służbowe limuzyny. Taka była cena luksusowego życia na czerwonym Olimpie, bo kosztorys zawsze szacowała policja polityczna. Od NKWD przez MGB po KGB.

Józef Stalin z córką Swietłaną i synem Wasilijem, 1935 r.
Fine Art Images / East News

„IV Rzesza"

Oczywiście wiele zależało od humoru Stalina, czego przykładem było śledztwo NKWD o kryptonimie „Kremlowskie dzieci". W nocy 2 czerwca 1943 r. praktycznie pod ścianami Kremla rozległy się strzały. Zaalarmowana ochrona natychmiast ruszyła do akcji, znajdując dwa ciała. Dziewczyna była martwa, a leżący obok chłopak tak ciężko ranny, że zmarł w szpitalu. Oboje mieli po 16 lat. Wołodia był synem komisarza przemysłu lotniczego Aleksieja Szachurina. Nina – dzieckiem znanego dyplomaty Konstantina Umańskiego, mianowanego właśnie ambasadorem w Meksyku. Chodzili do jednej klasy szkoły specjalnej nr 156. Tak nazwano elitarną placówkę, która powstała w 1855 r. Od czasów Aleksandra II do bolszewickiego puczu była znana jako prywatne Gimnazjum Franca Krejmana (zruszczony Niemiec). Słynąca z wysokiego poziomu nauczania placówka została w latach 30. przejęta przez NKWD – uczyły się w niej dzieci Stalina i nomenklaturowej wierchuszki. Kolegami ze szkolnej ławy martwej pary były pociechy Malenkowów, Mikojanów, Woroszyłowów i innych znanych stalinowców.

Śledztwo ujawniło miłosne tło zbrodni. Zakochany Wołodia zastrzelił Ninę, a następnie siebie, gdy dziewczyna odmówiła pozostania w kraju. Dla zamaskowania skandalu NKWD rozpuściło plotkę, jakoby zbrodni dokonali hitlerowcy dywersanci. Ich faktycznym celem były najważniejsze osoby w państwie. Na polecenie Stalina wyjaśnieniem prawdziwych przyczyn incydentu zajął się Ławrentij Beria. Szef NKWD chciał się przede wszystkim dowiedzieć, skąd pochodziła fatalna broń. Bez taryfy ulgowej przesłuchał całą klasę czerwonej arystokracji. Ujawnił, że młody Szachurin dostał pistolet Walther od szkolnego kolegi, syna komisarza aprowizacji i członka władz WKP(b) Anastasa Mikojana.

Gdy NKWD przeprowadziło rewizję w pokoju Wano, Beria zdębiał. Śledczy wpadli na trop spisku nazwanego „IV Rzeszą", choć takiej nazwy w Berlinie nie wymyślili jeszcze fanatyczni hitlerowcy. Tymczasem grupka złotej młodzieży – Mikojan, Szachurin, Umańska, Bakuliew (syn naczelnego chirurga kraju) i Chmielnicki (syn adiutanta marszałka Woroszyłowa) – wpadła na pomysł zamachu stanu. Chcieli oderwać Syberię od reszty imperium i zbudować... IV Rzeszę. Byli zafascynowani nazizmem – podczas rewizji znaleziono literaturę i elementy symboliki, włącznie ze swastyką jako godłem planowanego państwa. Konspiracja czerwonych pociech nadała sobie również stopnie SS.

Wystraszony Beria zameldował o kremlowskim spisku, tymczasem dyktator okazał nadzwyczajną pobłażliwość. Ze swoistym podziwem w głosie miał wykrzyknąć: „A to wilczęta!", po czym dodał: „Straciliśmy już dwoje, po co gubić kolejne". Na podstawie własnej dyrektywy skazał jedynie „spiskowców" na banicję z Moskwy do miast Uralu, Syberii i Środkowej Azji, ale młodzież mogła kontynuować naukę. Historycy do dziś spekulują, jakie mogły być przyczyny wstrzemięźliwej reakcji satrapy. Według prawdopodobnej wersji zachował miecz Damoklesa, szantażując rodziców karą wiszącą nad dziećmi. Tak zagwarantował sobie ich lojalność.

Dintojra

Po śmierci Stalina partyjni dygnitarze odetchnęli z ulgą. Według Nikołaja Swanidze żelazna reguła nomenklatury wprowadzona przez Nikitę Chruszczowa brzmiała: dintojra – tak, śmiertelne represje – nie. Swanidze pochodzi z rodu gruzińskiej arystokracji, z którego wywodziła się pierwsza żona Stalina. Po jej śmierci na rozkaz dyktatora wszyscy krewni, a więc i rodzice historyka, zostali wymordowani lub osadzeni w gułagu. Sygnał odwilży dał sam Chruszczow. Niszczył bezwzględnie konkurentów do władzy, ale nie posunął się do zabójstw. Jedynym wyjątkiem był Beria, którego bali się wszyscy. W 1953 r. głównego pretendenta do schedy po Stalinie aresztowano, a następnie wykończono. Jego żonę Ninę internowano na Łubiance, a syna Sergo – aresztowano. Utalentowany elektronik przesiedział rok w lefortowskim więzieniu KGB. W 1954 r. Chruszczow uwolnił oboje, ale nakazał zsyłkę do Swierdłowska (Jekaterynburga). Mieszkali tam i pracowali pod dyskretną opieką policji politycznej. Ale żyli.

Na zemstę zakrawa natomiast los dzieci Chruszczowa po odsunięciu go od władzy. W 1964 r. grupa stalinistów, na czele z Leonidem Breżniewem, zawiązała pałacowy spisek. Były gensek został skazany na karę... emerytury. Od tej pory przysługiwał mu tytuł „emeryta o znaczeniu państwowym", co wiązało się z posiadaniem mieszkania w Moskwie, rządowej daczy, samochodu służbowego oraz prawem leczenia w kremlowskiej klinice. Słowem: humanitarny standard, który jednak nie objął dzieci i krewnych.

Zięć Chruszczowa, redaktor naczelny gazety „Izwiestia", Aleksiej Adżubej naraził się partyjnej konserwie. Najbardziej poczytny dziennik przekształcił w tubę postalinowskiej odwilży i propagandy reform teścia. Otrzymał zakaz pracy w zawodzie, złagodzony zgodą publikowania pod pseudonimem. O tym, gdzie mógł publikować, decydował ówczesny przewodniczący KGB Władimir Siemiczastny. Adżubeja zatrudnił periodyk „Sowiecki Sojuz". Chyba dlatego, że był przeznaczony dla zagranicznych czytelników, a jego redakcja składała się z agentów wywiadu. Zięć policyjnej troski był zatem pod uważną kontrolą.

Natomiast syn Chruszczowa obronił się sam. Był naukowcem, dlatego upomniało się o niego czołowe biuro konstrukcji rakietowych. Sergiej brał udział w programie budowy pocisków balistycznych, kończąc karierę na rakiecie Proton, wykorzystywanej do dziś w rosyjskiej eksploracji kosmosu. W 1991 r. wyemigrował do USA. Już jako sowietolog wykładał na amerykańskich uniwersytetach.

Policyjna karma wróciła do rodziny kolejnego genseka. Postarał się o to złowieszczy szef KGB Jurij Andropow, a zarazem pretendent do kremlowskiego tronu. Wykorzystując środki techniczne i agentów, otoczył niesforną córkę Breżniewa, Galinę, wyjątkowo troskliwą opieką. Latorośl Leonida Iljicza zasłynęła obyczajowymi, a z czasem kryminalnymi skandalami. Pierwsze wynikały z jej wybujałych potrzeb erotycznych, a liczni kochankowie oraz postępująca choroba alkoholowa stanowiły poważny wyłom w purytańskiej moralności komunistów. Drugi problem lokował Galinę w szeregach sowieckiej mafii brylantowej, wśród przemytników i spekulantów niedostępnymi dobrami gospodarki wiecznych niedoborów.

Andropow cierpliwie zbierał dossier na Galinę i jej „przyjaciół", ale dopóki Breżniew żył, dopóty szef KGB nie mógł ich w pełni wykorzystać. Postąpił identycznie jak Stalin, dla którego represje były środkiem do celu. Andropow szachował niedołężnego Breżniewa ujawnieniem deprawacji Galiny. Uderzył z całą siłą po śmierci genseka, aresztując skorumpowanego zięcia i kryminalnych kochanków córki. Tylko po to, aby stawiając ich pod pręgierz opinii publicznej, pozbyć się z władz partii wszystkich nominantów Breżniewa.

Czy to paradoks, że po rozpadzie czerwonego imperium większość potomków sowieckich wodzów wybrała życie za granicą? Wręcz przeciwnie. Deficyt bezpieczeństwa na genetycznym poziomie dał o sobie znać masową emigracją. Dzieci i wnuki Stalina, Chruszczowa, Breżniewa, a nawet Gorbaczowa uznają USA za ostoję demokracji i praw człowieka. Na tle rodzinnych perypetii jest to naturalny wybór.

Czy sowiecka praktyka zbiorowej odpowiedzialności elit to już przeszłość? Niestety, nie. Putin jest krwią z krwi policji politycznej. Kreml w pełni akceptuje represje Federalnej Służby Bezpieczeństwa, czyli spadkobierczyni KGB. FSB nadal niszczy niewygodnych ludzi, szantażując ich bezpieczeństwem i wolnością bliskich. Niezależnie od tego, czy chodzi o niepokornego biznesmena czy upartego opozycjonistę. Gdy poplecznicy Putina chcieli przejąć koncern naftowy Michaiła Gucerijewa, napotkali opór. Wtedy w tajemniczym wypadku samochodowym zginął jego syn. Wystarczy przejrzeć agencyjne nowości, żeby sobie uświadomić, ile synów, córek, matek i ojców jest dziś zakładnikami brudnych interesów Kremla. Nadal zaludniają cele więzienia Lefortowo. Tak wygląda państwowy terroryzm XXI w., który sięga korzeniami do stalinowskiego kłamstwa o tym, że synowie nie odpowiadają za czyny ojców.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA