fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Krzysztof Kowalski: Driakiew wiecznie żywa

Adobe Stock
„Ten dzień zesłały nam bogi! Bez uzdy, cugli, ostrogi Ruszajmy oklep na winie Ku nieb zaklętej krainie..." (Charles Baudelaire, „Wino kochanków", tłum. Maria Leśniewska, w: „Kwiaty zła").

Picie wina chroni przed Covid-19 – taką informację zamieścił portal Vitisphere poświęcony winiarstwu. Okazało się to nowiną z gatunku: nie w Londynie, tylko w Moskwie, nie samochody, tylko rowery i nie rozdają, tylko kradną. Mniejsza o szczegóły, ale rzeczywiście, „American Journal of Cancer Research" opublikował studium poświęcone potencjalnym możliwościom wykorzystywania składników zawartych w owocach, m.in. w winogronach, a tym samym w winie, do walki z patogenami, z wirusami, w tym z SARS-CoV-2. Zostawmy to genetykom, wirusologom i farmakologom. Uderzająca jest inna rzecz: niesłabnąca od stuleci tendencja do mitologizowania zdrowotnych właściwości wina.

Anonimowy żydowski lekarz, autor wydanego w 1613 r. „Przewodnika po drzewie żywota", nie może się nachwalić prozdrowotnego działania wina, np.: „starym ludziom, co są z przyrodzenia zimni i susi, dobrym jest to, co jest wilgotnym i gorącym z przyrodzenia, jako wino". Albo: „Gdy wino pije się z umiarem, to jest to wielkim lekarstwem dla ciała". Albo: „Daje ono dobry rozum i pamięć, bowiem wino mając tyle mocy, oddawa tę moc także mózgowi".

XVII-wieczny lekarz nie jest w swych poglądach oryginalny, odziedziczył je po starożytnych, którzy uważali – tak jak Asklepiades (ok. 124–40 p.n.e.) – że lek powinien działać „CITO, TUTO et IUCUNDE", czyli „szybko, pewnie i przyjemnie", a zatem właśnie tak jak działa wino. Asklepiades, a za nim wielu, uważał wino za wyśmienity środek przeciw niemal wszystkim chorobom – pod warunkiem odpowiedniego dawkowania i aplikowania. Podawać czyste czy z wodą, zimne czy ciepłe, z pieprzem czy z solą? Ten wzięty antyczny lekarz żywił przekonanie, że potęga wina podobna jest potędze boskiej.

W średniowieczu umiejętnie spreparowane wino traktowano jako medyczne panaceum. „Kuchemeisterey" – niemiecka książka kucharska z 1490 r. (wtedy jeszcze nie mieliśmy własnych książek kucharskich) – podaje przepis na winny medykament: do dionizjaku należało dodać zioła, lecznicze rośliny, chrzan, szałwię, jagody, miód, szafran, goździki, owoce morwy; i nie chodziło bynajmniej o walory smakowe, lecz zdrowotne.

Wino gotowano z ziołami na gęstą masę z dodatkiem musztardy (!), powstawał z tego lutertranc, sprzedawano go w aptekach jako drogie lekarstwo. Jego staropolskim odpowiednikiem była sławetna driakiew. I ona, i lutertranc to „podróbki" starożytnego leku, który Katon, mimo deklarowanego publicznie mizoginizmu i wstrętu do wina, polecał kobietom z przypadłościami ginekologicznymi.

Staropolską driakiew Jan Kochanowski opisał jako „z rozmaitych gadzin zgotowaną". Nie tylko z gadzin. Była to mieszanina ziół oraz substancji zwierzęcych i kopalnych, w skład wchodziły żmije, ropuchy, jaszczurki. Najlepszej jakości driakiew sprowadzano z Norymbergi, ale w Polsce aptekarze sami produkowali driakwie „generyczne", „zamienniki" o wiele tańsze, ale przez to nie gorsze, ponieważ ropuch i jaszczurek u nas nie brakowało. Driakiew miała przynosić ulgę we wszystkich schorzeniach, jakie można sobie wyobrazić: od bólu głowy po biegunkę. Usuwała „zepsute humory", chroniła przed morowym powietrzem. Dopiero oświecenie wytoczyło ciężkie działa przeciwko driakwi, czyli przeciw ślepemu i zabobonnemu szacunkowi dla aptekarskiego szalbierstwa.

Minęły czasy staropolskiego sarmatyzmu, oświecenia, romantyzmu, pozytywizmu, nadeszły czasy socjalizmu, a wino, jako lekarstwo, wciąż pozostawało w cenie: „Dzieciom zaś na apetyt radzili podawać czerwone wino; zwyczaj ten utrzymywał się aż do czasów po II wojnie światowej, a i tak zarzucono go nie dlatego, że uznano za niewłaściwe podawanie pociechom alkoholu, tylko dlatego, że w okresie PRL na skutek ciągłych niedoborów rynkowych wino stało się produktem trudno dostępnym" (Karolina Stojek-Sawicka, „O zdrowiu i chorobach szlachty polskiej", Warszawa 2014).

Minęły czasy PRL, ale w roku 2008 Roger Corder swój poradnik „Dieta winna" rozpoczyna słowami: „Amatorzy wina na ogół są zdrowsi i często dłużej żyją. Amatorzy wina rzadziej zapadają na serce i chorują na cukrzycę, a przy tym są w mniejszym stopniu zagrożeni demencją w starszym wieku".

Nie tylko demencją. Znakomity historyk Ernst Schubert w pracy „Jedzenie i picie w średniowieczu" podaje, że będący w starszym wieku biskup strasburski podczas nabożeństwa publicznie wyspowiadał się z faktu, iż poprzedniego wieczoru, po spożyciu alzackiego wina, spał z kobietą. A więc, jak widać, wiara w prozdrowotne właściwości wina ma podstawy, jeśli nawet nie naukowe, to empiryczne.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA