fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Bliski Wschód: Tajemnice zamków asasynów

Na szczycie tej naturalnej cytadeli stała oblegana wiele lat przez Mongołów twierdza Girdkuh
Fotorzepa, Bogusław Chrabota
Hasan ibn Sabbah, pierwszy przywódca szyickiej sekty nizarytów i twórca ich państwa, swoją główną siedzibą uczynił twierdzę Alamut. Stąd na skrytobójcze misje wyruszali fedaini i tu narodziła się czarna legenda asasynów.

Gdzie jest Alamut? Jak wygląda legendarny zamek, którego wizję przyniósł do Europy Marco Polo? Czy budzące przestrach zamczysko, z którego zbrodniczy Hasan ibn Sabbah wysyłał w świat hordy zakamuflowanych zabójców, w ogóle istnieje? Jak się przedstawia dziś? Czy tak, jak je widział Władimir Bartol w swojej powieści; jako olbrzymią twierdzę o trzech wysokich wieżach zawieszonych nad przepaściami, u których stóp kłębi się wartki nurt wielkiej rzeki? Co z niego zostało? Czy można się przejść po jego komnatach? Wspiąć na flanki? Spojrzeć w dół? Czy zostały jakieś ślady? Resztki mebli, ceramiki, zardzewiałej broni? Czy na murach widać ślady wielkiego pożaru, który strawił Alamut w 1256 r., niemal doszczętnie niszcząc wielką bibliotekę nizarytów? Czy coś tam w ogóle jeszcze istnieje?

Hasan ibn Sabbah pochodził z Iranu i niewątpliwie był geniuszem. Nie miejsce tu na opis jego drogi życiowej. Wystarczy wspomnieć, że po licznych wędrówkach, z których najdalsza zaprowadziła go do Egiptu, podjął się organizacji nowej sekty szyickiej, która do historii przeszła jako asasyni. W rzeczywistości sami nazywali się batynitami albo nizarytami (od imienia Nizara, prawdopodobnego przyjaciela Hasana i następcy kalifa, odsuniętego wskutek intryg od dziedziczenia), a miano asasynów (z arabskiego „hasziszijjun") nadali im przeciwnicy upowszechniający legendę, jakoby batynici oszałamiali się haszyszem. Czy tak było naprawdę? Trudno powiedzieć. Legenda jest bezwzględna; nie zostawia miejsca na weryfikację faktów. Ważne jest co innego: Hasan ibn Sabbah, sam ortodoksyjny szyita z linii ismailickiej, podjął się dzieła, które zatrzęsło podwalinami ówczesnych imperiów. Na terenie sunnickiego sułtanatu Seldżuków zbudował najpierw szyicką partyzantkę, potem sieć batynickich twierdz, a na koniec rozsiane po górach Bliskiego Wschodu państwo. Stworzył jego doktrynę, teologię i metodę polityczną, której najsłynniejszym rozdziałem była skrytobójcza działalność fedainów. To ich sztylety i trucizny trzebiły seldżuckie elity. To ich aktywność przerażała chrześcijan i syryjskich sunnitów. To właśnie ich zbrodnie leżą u podstaw czarnej legendy Alamutu.

Gniazdo Hasana

Gdzie jest Alamut? Trzeba najpierw wziąć kurs na Iran. Wylądować w Teheranie. Potem przedrzeć się dżipami do podnóża gór Elburs. Leżą na południe od Morza Kaspijskiego i przerażają swoją potęgą. Są wyższe od Alp i stanowią geograficzne przedmurze wielkich łańcuchów górskich Azji. Ich najwyższy szczyt Demawend wznosi się na wysokość 5670 metrów. Góry w okolicach doliny Alamut regularnie przekraczają wysokość 3000 metrów. Jeszcze sto lat temu ten pełen ugorów, dziki krajobraz był dostępny tylko karawanom z mułami. Dróg nie było wcale; jedynie górskie ścieżki i doliny bystrych rzek. Dziś w stronę twierdzy prowadzą wygodne szosy. Alamut leży 120 km na północ od Teheranu i 40 km na wschód od miasta Kazwin.

Zanim dotrze się do zamczyska, trzeba się zagłębić w długą na 50 km dolinę, dowlec do łańcucha coraz mniejszych i nędzniejszych wioseczek, z których najmniejsza Shotor Khan kryje się wręcz w cieniu gołej skały, na której zbudowano słynną twierdzę. Ludzie tu są mili. Otwarci na obcych. Zapraszają na czarną herbatę, do której dosypują okruchy wysuszonych owoców limetki. Tłoczą się przed obiektywem aparatu, bo choć każdy na świecie słyszał o Alamucie, turystów przyjeżdża tu naprawdę niewielu. Potem trzeba znaleźć nocleg. Za jedyny hotel służy budowla przypominająca małą wiejską szkołę. Kilka pokojów z dwoma, trzema łóżkami. Żadnych ozdób. Obrazów. Dywanów. Za oknem górskie powietrze i asceza, jak za czasów Hasana.

Kto kogo wybrał? Hasan Alamut? Czy Alamut Hasana? Trudno orzec. Jedno jest pewne – to dzięki zdobyciu tej właśnie twierdzy nizaryci posiedli centrum duchowe, centralny ośrodek religijny, stolicę swoich daleko podejmowanych misji. Alamut był pierwszy i zawsze najważniejszy. Tu mieszkali przywódcy sekty. Tu był początek i faktyczny koniec ich ruchu. Choć inne twierdze, zdobywane w kolejnych latach, również później padły, śmierć Alamutu była śmiercią dziedziców Hasana. Inne zamki w Iranie – Lamasar, Samiran, Saru, Girdkuh, Maymundiz – czy syryjskie Al-Kahf, Masyaf, Al-Madiq, Al-Khawabi i Kadmus – były tylko lokalnymi ośrodkami sekty; niektóre większe i potężniejsze od Alamutu, jednak żaden nie odgrywał tak wielkiej roli duchowej.

Kiedy zbudowano zamek? Jego początki toną w mrokach dziejów. Wiadomo, że odnowili go władcy górskiej krainy Daylam w połowie IX wieku. To oni nadali mu imię Aluh-Amut, czyli „Orle Gniazdo". Potem zdobyli go Seldżucy i obsadzili załogą złożoną z mieszkańców okolicznych wiosek. Nie wiadomo, kiedy u jego stóp pojawił się po raz pierwszy Hasan ibn Sabbah. Zapewne w latach 80. XI wieku, gdy jako jeden z ismailickich da'i (nauczycieli) trafił w te regiony z misją apostolską. Wypatrzył w chmurach Orle Gniazdo. Uznał, że niedostępność i odosobnienie zamku oraz górski majestat będą idealną oprawą jego dzieła. Zaczaił się u wrót Alamutu. Nie miał szansy zdobyć twierdzy siłą, więc rozpoczął intensywną pracę misyjną u jej stóp. Ściągnął w rejon zamku innych misjonarzy i w ciągu dwóch lat zdobył dla swojej wiary większość strażników i ich rodziny. Na koniec sam pod przybranym imieniem Dihchuda wszedł na teren twierdzy i oznajmił jej dowódcy, niejakiemu Mahdiemu, że ją przejmuje. Ten wezwał straże i nakazał aresztować Hasana. Jakież było jego zdumienie, gdy strażnicy opowiedzieli się po stronie ismaility. Wszyscy byli już przekabaceni przez Sabbaha. Na otarcie łez Mahdi otrzymał od Hasana trzy tysiące denarów odstępnego. Był 4 czerwca 1090 r. Pierwszy wielki mistrz asasynów miał swoje lokum. Nie ruszył się z niego do śmierci przez kolejnych ponad 30 lat.

Raj fedainów

Twierdza jest zbudowana na nagiej skale. Gigantyczny głaz wygląda, jakby podpierał łańcuch położonych dalej gór. Zabudowania zamku wiszą 185 metrów nad Shotor Khan. Zbocze skały układa się pod kątem 45 stopni i sięga położonej ćwierć kilometra niżej doliny. Gdyby ktoś marzył o wdrapaniu się na skałę, musiałby uznać, że jest to przynajmniej karkołomne. Do twierdzy wchodzi się więc wąską ścieżką wzdłuż kamiennego masywu. Jest zabłocona i śliska. Gdzieniegdzie tylko kamienie układają się w naturalne schody. Legenda głosi, że do Alamutu nie było zwykłego wejścia; gości wciągało się w plecionych koszach. Choć to tylko legenda, współcześnie doczekała się swoistego potwierdzenia. Do zabudowań zamku prowadzi zawieszony na rusztowaniach drewniany chodnik. Kończy się niemal przed drzwiami maleńkiego, wciśniętego w skały domku, gdzie rezydują współcześni strażnicy.

Czy twierdza przetrwała? To, co widać na szczycie skały, trudno nazwać choćby romantyczną ruiną. Korpus zamczyska jest oblepiony setką metalowych rusztowań. Żadnych wież. Centralna część zamku, rodzaj sali rycerskiej, ma może kilkanaście metrów długości i siedem, osiem metrów szerokości. Jest kompletnie zrujnowana. Nie widać żadnych śladów pracy archeologów. Parę metrów dalej w stronę szczytu kilkanaście małych, zadaszonych glinianym dachem komnat. Wszystkie są zamknięte. Czy coś jest w środku? Nie wiadomo. Od południowej strony skały resztki kamiennego łuku, ślady po cysternach i fragmenty fortyfikacji. Można się spodziewać, że jakieś tajne korytarze ciągną się w głąb, ale nie może ich być zbyt wiele. Skała Alamut to lity bazalt. Penetracja takiego kamienia nie jest łatwa. Główna twierdza była więc niewielka. Główny zamek długi na może sto metrów. Szeroki na dwadzieścia, w najszerszym miejscu na pięćdziesiąt. Na przeciwległym końcu skały resztki jakiejś flanki. Kilkanaście metrów poniżej przewodnik pokazuje krzak winorośli. Zasadził go jeszcze Hasan. Tak mówi legenda. Oczywiście wypada jej wierzyć.

Z Alamutu rozciąga się imponujący krajobraz. Świat widziany z wysokości 2400 metrów jest oszałamiający; wokół piętrzące się do nieba piramidy nagich szczytów. Lśnią wszystkimi kolorami brązu i szarości. Zimą utopione w śnieżnej bieli. Latem żółte i pomarańczowe. Jesienią szare i brunatne. Wszystko zależy od pory roku, dnia i kąta padania światła. Kiedy spojrzy się w dół, przez prześwity zalegających poniżej chmur widać górskie ostępy, piargi i rumowiska, a przy odrobinie szczęścia zza mgieł wyłaniają się górskie sady, które muszą przywołać skojarzenie z ogrodami Alamutu, gdzie wedle legendy przenoszono oszołomionych haszyszem fedainów, by dać im namiastkę raju. W luksusowo urządzonych pawilonach miały się nimi zajmować udające hurysy piękne dziewczęta. Jedli egzotyczne owoce, pili wino, zażywali rozkoszy, myśląc, że Hasan czarami przeniósł ich w dziedziny niebiańskie. Gdy budzili się w swoich chłodnych celach, tęsknota za rajem była tak mocna, że godzili się na każde poświęcenie, by wrócić do krainy szczęśliwości. Tak ćwiczono w nich karność i fanatyczne oddanie przywódcy. Marzenie o raju było mocniejsze od instynktu życia. Brali sztylet, szykowali truciznę i atakowali znienacka. Rzadko komu było dane przeżyć. Ginęli na miejscu swojej zbrodni, ale dzięki ich ofierze państwo Hasana było bezpieczne. Umierali głównie jego wrogowie, a inni byli na tyle sparaliżowani strachem, że bali się podejmować akty agresji.

Kronikarze konsekwentnie piszą o ogrodach, ale obserwując góry wokół Alamutu, naprawdę trudno dostrzec miejsce, które mogło udawać owe rajskie ogrody. Teren jest surowy, a sady to kawałki terenu wielkości chusteczki do nosa, wyrwane górskiej dziczy. Sam zamek jest maleńki; trudno z perspektywy współczesnych ruin bronić legend o jego rzekomym ogromie. Garnizon musiał być niewielki; nie mogło w nim mieszkać w tym samym czasie więcej niż kilkudziesięciu ludzi, może, acz tylko przez krótki czas, dwakroć tyle. Jak więc mogły stąd wychodzić zastępy asasynów? Znów daje znać o sobie legenda!

Tarcza Alamutu i bohaterowie Girdkuh

Zupełnie inaczej jest z większymi twierdzami, które przejmowali asasyni. Nieopodal Alamutu, zawieszone 150 metrów nad doliną rzeki Shahrud, strzegło domeny Hasana ibn Sabbaha kolejne „orle gniazdo", zamek Lamasar. Wszystko tu było w większej skali. Sama dolina rzeki Shahrud szeroka na kilka kilometrów, żyzna i dająca schronienie wielu wsiom. Wioska Shahrestan-e Bala, kiedyś miasteczko u stóp góry, mogła wykarmić większą załogę, więc i twierdza była tu potężniejsza niż główna siedziba Hasana. Na szeroko rozkraczonym wzgórzu zamek Lamasar zajmował kilka hektarów. Zwany był „tarczą Alamutu"; długi na ponad pół kilometra, a szeroki maksymalnie na 150 metrów. Zbocze góry nie jest aż tak strome, ale pokryte ostrymi skałami i trudno dostępne. Szczyt wieńczyły wysokie mury. Rezydował w nich groźny Buzurg-Ummid, przyjaciel i następca założyciela sekty, zarazem twórca nizaryckiej dynastii. Jeszcze za życia Hasana wytrzymał w Lamasar ośmioletnie oblężenie seldżuckie. Załoga żywiła się już tylko trawą, ale wytrwała.

Niewiele zostało z Lamasar. Na szczyt góry idzie się po skałach. Tu i ówdzie nad wąskimi jarami poprzerzucano stalowe mostki. Ale i tak wędrówka jest niebezpieczna. Na szczycie nie ma śladów ani po murach, ani po zamkowych zabudowaniach. Na skalnych złomach widać jakieś resztki bastionów. Jedynym dobrze zachowanym fragmentem jest brama. Przez jej światło przeziera widok pokrytej szachownicą pól doliny Shahrud.

W przeciwieństwie do Lamasar inna twierdza asasynów, forteca Samiran, położona daleko na zachód, 20 km od miasta Manjil, nad rzeką Quezil-Uzun, jest naprawdę w przyzwoitym stanie. Niegdyś było to ludne, bogate miasto o długiej tradycji. Schowane w głębokim wąwozie, zajmowało powierzchnię półtora kilometra kwadratowego. O wspaniałej tradycji miasta świadczą dwa przepiękne sasanidzkie grobowce, które zdobią wzgórza w północnej części wąwozu. Zbudowane w kształcie wież zachowały się w doskonałym stanie. Po przeciwnej stronie na stumetrowym wzgórzu widnieją resztki murów i bastionów twierdzy. Przetrwały ruiny głównego zamku i fragmenty jednego z trzech okalających go murów. Nad wąwozem, niemal zawieszony na skarpie, straszy otwartymi grobami pełnymi ludzkich kości muzułmański cmentarz, a u stóp zamkowego wzgórza można zebrać fragmenty dobrze zachowanej ismailickiej ceramiki. Niestety, Samiran się rozpada, a wody rzeki podniesione w czasach budowy zapory w Manjil wypłukały już do cna resztki samego miasta.

Nie grozi to jednak ani wielkiemu zamkowi Saru, który ulokowany głęboko w górach jak Alamut przetrwał w świetnej formie, ani legendarnej fortecy Girdkuh, położonej daleko na wschód, w okolicach miasta Damghan. Zwłaszcza ta ostatnia twierdza przykuwa uwagę i zajmuje wyjątkowo ważne miejsce w dziejach asasynów. W czasach starożytnych zbudowano ją w celu ochrony przebiegającego obok jedwabnego szlaku. Nizaryci zajęli ją niedługo po opanowaniu Alamutu i odtąd była najważniejszym punktem ich dominacji we wschodniej części Iranu. Pierwotnie było to rozległe, otoczone glinianymi murami miasto. W samym jego środku na trzystumetrowej pionowej skale wznosiła się olbrzymia cytadela. Na szczyt prowadziła wąska, dwumetrowa ścieżka. Bez przesady można powiedzieć, że Girdkuh w jeszcze większym stopniu niż Alamut był nie do zdobycia. Przekonali się o tym Mongołowie, którzy systematycznie niszcząc państwo asasynów w XIII wieku, zatrzymali się właśnie u podnóża Girdkuh. Samo miasto padło po krótkim oblężeniu, ale cytadela broniła się przez trzynaście lat. Załogę stanowiło około tysiąca osób; kobiety, mężczyźni i dzieci. Poddali się dopiero zdziesiątkowani przez epidemię cholery. Schodzili na dół pod mongolski topór prawie nadzy. Przez dwie dekady zdarli na sobie wszystkie posiadane ubrania. Mongołowie nie mieli dla nich litości. Wszyscy zostali ścięci. Wraz z nimi skończyła się epoka asasynów w Iranie.

Koniec świata asasynów

Girdkuh do dziś fascynuje. W ruinach cytadeli pełno ludzkich kości. U stóp zamku zostawiony 750 lat temu przez Mongołów bałagan. Potłuczone talerze, fragmenty metalu, stanowiska ogniowe katapult miotających pociski w kierunku zamku. I same pociski, niegdyś poukładane w pryzmy, dziś rozrzucone nieopodal. Girdkuh rozbito i zadeptano. Masakra była tak potworna, że nikt nie zamieszkał na jego ruinach przez kolejnych 750 lat. Od tamtych czasów to pełna historycznych pamiątek i nigdy nieprzebadana przez archeologów pustynia. Alamut poddał się sam na rozkaz ostatniego przywódcy sekty Churszacha, który sądził, że oddając zamki Mongołom, uratuje swój naród. Przeliczył się. Mongołowie byli zbyt okrutni. Nie tylko mścili się za śmierć od nizaryckiego sztyletu jednego z synów Dżyngisa – Czagataja, ale nie tolerowali żadnego zbrojnego oporu. Churszach został zamordowany, a jego główna siedziba Orle Gniazdo splądrowana i zniszczona. Ostatnim akordem tragedii Alamutu był gęsty dym nad górami ze spalonej heretyckiej biblioteki. Wraz z nim uciekały w chmury nizaryckie mądrości spisywane w tysiącu ksiąg przez Hasana ibn Sabbaha i jego następców. Odeszła w przeszłość ich tradycja i kultura. Została legenda i niemal niezauważalny z początku, z czasem nabrzmiewający kolejnymi pokoleniami łańcuch ich następców, w tym dynastia Aga Chanów, która dotrwała do dnia dzisiejszego. Ale to już zupełnie inna historia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA