fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Śmierć przychodzi przy kolacji. Historia trucicieli

W tradycji literackiej przyjęło się, że Sokrates przed śmiercią wypił cykutę, czyli napar z szaleju jadowitego. Wielu badaczy skłania się jednak ku opinii, że wielkiego filozofa uśmiercił wywar ze szczwoła plamistego (Conium maculatum), rośliny selerowatej nazywanej potocznie świńską wszą
CATHARINE LORILLARD WOLFE COLLECTION
Historia trucicieli sięga niepamiętnych czasów. Ludzie zbierający zioła zorientowali się, że można nimi leczyć, ale też zabijać. Z tego powodu na przestrzeni stuleci zawody zielarza, medyka i truciciela były niemal tożsame. Skuteczne użycie trucizny nieraz zmieniało bieg historii.

Już w początkach cywilizacji znane były liczne trucizny roślinne, zwierzęce i zrobione z minerałów. Nasza wiedza o truciznach niewiele zmieniła się od czasów rzymskich. Informacje o starożytnych truciznach możemy znaleźć wśród zapisków Dioskoridesa, Scriboniusa Largusa, Nicandera, Pliniusza Starszego i Galena.

Najbardziej rozpowszechnione były trucizny z roślin: alkaloidy belladonny, lulek, bieluń, wilcza jagoda, cykuta, mandragora, ciemiernik, zimowit jesienny, ekstrakt z cisu i opium. Starożytni doskonale znali też toksyczne działanie niektórych minerałów: soli ołowiu arsenu czy rtęci.

Kiedy jednak chciano się kogoś pozbyć, najczęściej stosowano cykutę i tojad. Pierwsza to inaczej szalej jadowity, zawierający alkaloid paraliżujący nerwy obwodowe i mięśnie całego ciała, zaczynając od nóg. Po bólach brzucha i nudnościach następuje śmiertelny paraliż układu oddechowego. Pierwsze wzmianki o cykucie znajdujemy w komedii Arystofanesa „Żaby" z 405 r. p.n.e. Ta najsłynniejsza trucizna została oficjalnie wprowadzona do ateńskiego systemu kar w 404 r. p.n.e. w czasie rządów Trzydziestu Tyranów. Cykuta była zatem nazywana „trucizną państwową" lub „słodką śmiercią", co brzmi raczej makabrycznie, gdyż nasuwa to skojarzenie z innymi mniej „słodkimi" formami egzekucji.

Najsławniejszą ofiarą spożycia cykuty był wielki ateński filozof Sokrates. Opis jego śmierci znajdujemy w „Fedonie" będącym częścią „Dialogów" napisanych przez jego ucznia, Platona. Alkaloid dobrze rozpuszcza się w alkoholu i taki właśnie śmiercionośny (być może nawet z domieszką opium) kielich cykuty z winem podano w 399 r. p.n.e. Sokratesowi. Dodać należy, że za tę porcję trucizny – całkiem zresztą kosztowną w produkcji – zapłacili wierni uczniowie filozofa, gdyż sam Sokrates był człowiekiem ubogim. 60-letni filozof bez oporów wypił truciznę i ruszył na swój ostatni spacer, drepcząc po izbie i pocieszając szlochających uczniów.

Miód szaleńców

Starożytni nie tylko umieli truć, ale potrafili też umiejętnie stosować odtrutki. Pierwszym „specjalistą" w tej dziedzinie był Mitrydates VI, król Pontu „Eupator" (132–63 p.n.e.). Owładnięty nieustannym strachem przed otruciem nieprzerwanie szukał uniwersalnego antidotum zdolnego unieszkodliwić wszystkie potencjalne trucizny. Swoje eksperymenty przeprowadzał na jeńcach wojennych i niewolnikach. Z błogim uśmiechem na twarzy „częstował" ich najpierw truciznami, a po pewnym czasie podawał odtrutki własnego pomysłu. Był z pochodzenia Persem, a zarazem śmiertelnym wrogiem Rzymu. Wyraziło się to wymordowaniem 80 tys. obywateli rzymskich zamieszkujących Azję Mniejszą. Trucizny były ulubionym środkiem Mitrydatesa na pozbywanie się niechcianych osób. Zabił w ten sposób własną matkę, brata i czworo swoich dzieci. Wiele innych ofiar wyprawił na tamten świat z pomocą stale towarzyszących mu scytyjskich szamanów „agari", którzy samego Mitrydatesa wyleczyli z wielu ran, których doznał podczas wojen. Aby uodpornić się na trucizny, stosował instynktownie – słuszną poniekąd zasadę – „czym się trujesz, tym się lecz" i do każdego posiłku spożywał niewielkie ilości trucizn, aby przygotować organizm na większe dawki śmiercionośnych substancji.

Mitrydates od dziecka wystawiał się na liczne ukąszenia i otrucia. Miał pod tym względem obsesję graniczącą z szaleństwem. Był uodporniony na jad skorpionów i innych jadowitych zwierząt. Służący ojca Palco wstrzykiwał do żył Mitrydatesa małe dawki trucizny, które miały udopornić organizm przyszłego króla. Jego wieloletnie poszukiwania uniwersalnej odtrutki przyniosły rezultat w postaci przepisu na antidotum nazwane na cześć swojego twórcy – „mithridatum".

Król Pontu zdawał sobie sprawę, że jego armia nie pokona rzymskich legionów Pompejusza. Postanowił zatem wykorzystać swoją wiedzę chemiczną. Heptakomeci, dzikie plemiona z gór, rozłożyli na drodze, którą mieli przejść Rzymianie, pełno plastrów miodu z kwiatów rododendrona lub z kwiatów tojadu nocnego. Legioniści rzucili się na przysmak w przekonaniu, że trafili do krainy miodem płynącej. Kilka godzin później większość wiła się w konwulsyjnych bólach. Reszty masakry rzymskich sił dokonali Heptakomeci.

Wiedza o zatrutym miodzie nadal jest przekazywana w północnych regionach Turcji, a także na Kaukazie. Nazywa się go deli bal lub miel fou, tzn. miód doprowadzający do obłędu. W XV wieku Rosjanie zastosują taktykę Mitrydatesa w czasie wojny z Tatarami.

Ostatecznie Pompejusz rozgromił wojska Mitrydatesa w 63 r. p.n.e. na Półwyspie Krymskim. Król Pontu próbował popełnić samobójstwo, zażywając truciznę, która jednak w dobrze uodpornionym organizmie Mitrydatesa nie zadziałała. Lata uodparniania organizmu okazały się bezcelowe. Ostatecznie, nie chcąc się dostać w ręce Rzymian, rozkazał jednemu ze swoich przybocznych strażników przebić się mieczem.

Mitrydates zginął, ale jego „antidotum mithridatum" przetrwało. 100 lat później prace króla Pontu kontynuował sławny lekarz rzymski Aulus Cornelius Celsus. To jego nazwisko przyjął XVI-wieczny lekarz i uczony szwajcarski Paracelsus, zwany ojcem współczesnej medycyny.

Z kolei mimo że o działaniu teriaku lekceważaco wyrażało się wielu Rzymian, w tym Pliniusz Starszy, to mit o cudownym działaniu tej odtrutki przetrwał nawet ciemne mroki średniowiecza i został spopularyzowany w epoce renesansu pod nazwą driakiew. Najsławniejszą – driakiew toruńską – wyrabiał w I połowie XVII wieku w Toruniu jeden z dwóch miejskich aptekarzy, Paweł Guldeniusz. Driakiew cieszyła się tak ogromną popularnością, że używano jej także do leczenia najrozmaitszych przypadłości.

Trucizna teściowej

Począwszy od I wieku p.n.e., statystyczna ilość przypadków indywidualnych otruć w Rzymie systematycznie rosła, aż osiągnęła swój szczyt na koniec I wieku p.n.e. za panowania dynastii julijsko-klaudyjskiej. Wówczas to pozbywanie się rywali za pomocą trucizn stało się obyczajem powszechnym. Istnieją nawet pewne przypuszczenia, że wbrew oficjalnym informacjom o naturalnej śmierci pierwszy cesarz Rzymu Oktawian August został otruty przez swoją żonę Liwię.

Kiedy 13 października 54 r. n.e. cesarz rzymski Klaudiusz, stryj i następca niesławnej pamięci cesarza Kaliguli, otrzymał talerz smakowicie wyglądających grzybów, nie przypuszczał, że będzie to jego ostatni posiłek. Po nim nastąpiło pełne męczarni konanie połączone z wymiotami, biegunką, arytmią serca i nieuchronną śmiercią. Ale to nie grzyby były przyczyną śmierci władcy Rzymu, tylko tojad, czyli wilcze ziele (łac. Aconitum napellus), nazywany też mordownikiem – roślina, która została dodana do posiłku przez Agrypinę Młodszą, czwartą żonę cesarza. W czasach rzymskich Owidiusz nazywał tę toksynę „trucizną teściowej". Współczesna botanika wyodrębniła w tej roślinie cztery silnie trujące składniki: akotyninę, akoninę, napelinę i mezakoninę.

Horacy w swoich „Satyrach" wspomina, że w Rzymie istniało w czasach Nerona okryte niesławą trio zawodowych trucicielek: Canidia, Martina i Lokusta. To dzięki specyfikom wytwarzanym przez owe matrony cesarz Neron mógł się pozbyć swego najgroźniejszego konkurenta Britannicusa, syna Klaudiusza i Messaliny.

Neron panicznie bał się Lokusty. Z tego strachu nadał jej nawet oficjalny tytuł „cesarskiej trucicielki" i obdarzył wielkim majątkiem. Jego następca, cesarz Galba, uwięził ją, uznał za winną licznych zbrodni i nakazał, aby została przeciągnięta przez ulice Rzymu na miejsce kaźni.

Rzymscy truciciele zachowywali się jak „prawdziwi naukowcy". Sprawdzali trujące działanie swoich produktów na zwierzętach, niewolnikach lub skazańcach. Przez to cieszyli się sławą ludzi bardzo mądrych, którzy mają tajemne kontakty ze światem bogów. Juvenalis w swych „Satyrach" z późnego okresu I wieku n.e. wskazywał, że trucicielstwu w Rzymie nadano z tego powodu rangę wysokiej pozycji społecznej, choć w opinii tego historyka było ono widomą oznaką rozkładu moralnego imperium.

Opromieniona złą sławą tradycja trucia wrogów i przeciwników politycznych pozostała na Półwyspie Apenińskim po upadku Cesarstwa Rzymskiego. Powoli przeniosła się do dwóch innych włoskich miast: Wenecji i Florencji. Tym drugim miastem rządził sławny ród Medyceuszy, który zasłużył się głównie rozwojem bankowości i mecenatem sztuki i architektury epoki Odrodzenia. Ci niezwykle wrażliwi na piękno patroni artystów byli jednocześnie strasznymi trucicielami. Z kolei w Wenecji powstała Rada Dziesięciu, która sponsorowała badania uczonych botaników z Uniwersytetu w Padwie poszukujących substancji o toksycznym działaniu. W Rocznikach Rady zapisywano szczegółowo skład chemiczny poszczególnych trucizn, które z sukcesem stosowano do usuwania przeciwników Republiki Weneckiej.

Zabójcza woda seniory Toffany

Nawet w papieskim Rzymie nikt nie zapominał o starożytnej „tradycji" pozbywania się wrogów za pomocą trucizn. Trucicielstwo stało się sygnaturą pontyfikatu papieża Aleksandra VI Borgii.

Na fali toksykomanii pojawili się profesjonalni truciciele oferujący swoje usługi głównie małżonkom, którym sprzykrzył się stan małżeński. Najsłynniejszą zawodową trucicielką w XVII wieku była Giulia Toffana, która handlowała trucizną własnego pomysłu o nazwie aqua toffana. Była to mieszanina arszeniku, ołowiu i wilczej jagody. Seniora Toffana zalecała ja podawać do wina, wówczas toksyna działała niezwykle skutecznie. W sumie aqua toffana stała się przyczyną śmierci 600 Rzymian i Neapolitańczyków. Trucicielka przechowywała swój produkt w naczynkach z wizerunkami świętych. W 1659 r. kobieta została schwytana i skazana na śmierć. Jej aqua toffana cieszyła się popularnością jeszcze przez wiele dziesięcioleci. W 1676 r. stracono panią Marie Madeleine-Marguerite d'Aubray, markizę de Brainvilliers. Wsypała aqua toffana do dzbana z winem, który następnie podała swemu ojcu i dwóm braciom. Podczas zeznań w sądzie trucicielka oświadczyła: „Wplątana jest w to połowa ludzi z wyższych sfer i mogłabym ich zniszczyć, gdybym zaczęła mówić". Od tej pory strach przed trucicielami sparaliżował połowę dworów europejskich.

Szczególna psychoza zapanowała w pałacach króla Ludwika XIV. Każdy królewski obiad zaczynał się od takich samych czynności. „Zanim Ludwik XIV wszedł do sali jadalnej, królewscy urzędnicy stołowi podawali próbie obrusy, serwetki, puchary, półmiski, sztućce i wykałaczki, całując je, przecierając zastawę chlebem, a następnie ten chleb zjadając – opisuje wersalskie uczty amerykańska pisarka Eleanora Herman w książce »Trucizna, czyli jak pozbyć się wrogów po królewsku«. – Jeden ze służących moczył nawet delikatną lnianą serwetkę króla i wycierał w nią ręce, po czym składał ją i kładł z powrotem na królewskim stole. Co zabawne, serwetka, z której korzystał król, była zatem zawsze mokra i brudna. W tym samym czasie urzędnicy w Służbie Królewskich Ust testowali w kuchni królewskie jadło. Następnie każdy z nich brał półmisek i wszyscy ustawiali się jeden za drugim w pompatycznej procesji prowadzonej przez kamerdynerów ze srebrnymi buławami i eskortowanej przez uzbrojoną w karabiny straż, która pilnowała, by nikt nie zbliżył się do jedzenia. (...) Przez cały czas trwania posiłku testerzy podbierali porcyjki królewskiego obiadu i sami je zjadali".

Trucicielstwo nie odeszło wraz ze śmiercią Króla Słońce. Odizolowany na Wyspie Świętej Heleny były cesarz Francuzów Napoleon I Bonaparte był przekonany, że jest podtruwany przez Anglików. W rzeczywistości cierpiał na raka wątroby – chorobę rodzinną Bonapartych. Dlatego przed śmiercią prosił, aby zrobiono autopsję jego zwłok. Niektóre badania potwierdzają obecność arszeniku we włosach Napoleona.

W czasach nam współczesnych truciciele są nadal w cenie. Cykutę i tojad zastąpiła rycyna i polon. Wie o tym najlepiej prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin, który ma osobistego testera posiłków.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA