fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Dlaczego rosyjski lud wystąpił przeciwko carowi?

http://humus.livejournal.com/4377502.html [Public domain], via Wikimedia Commons
O wywołanie rewolucji lutowej chętnie oskarżano niemieckich agentów, których doszukiwano się zwłaszcza w otoczeniu żony Mikołaja II Aleksandry Fiodorowny z domu Hessen-Darmstadt.

Chociaż przebieg rewolucji lutowej 1917 r. można odtworzyć z dokładnością do jednej godziny i skrzyżowania ulic, nadal niejasne są powody przewrotu i imiona czynnych przy nim szatanów. W istocie im głębiej szukać, tym bardziej nie wiadomo, dlaczego ta rewolucja wybuchła.

Burżuazja, mimo że to w jej interesie leżało obalenie despotii, pragnęła rozstrzelania buntu równie mocno jak ziemiańscy lojaliści. Nawet gdy władza już leżała na ulicy, biedny Kiereński musiał błagać Dumę, by miała odwagę podnieść ją z rynsztoka. Od rebelii odcięli się też bolszewicy, wzywając robotników do ignorowania zamieszek. Partia, zaskoczona zajściami równie mocno jak car, była ponadto rozbita i pozbawiona głowy. Jej przywódców, łącznie z siostrą Uljanowa, aresztowano na początku zajść, więc dopiero sukces przewrotu spuścił sforę bolszewików ze smyczy.

O wywołanie rewolty chętnie oskarżano niemieckich agentów, których wielu widziano zwłaszcza w otoczeniu żony Mikołaja II Aleksandry Fiodorowny z domu Hessen-Darmstadt. Plotkowano nawet o istnieniu gorącej linii łączącej Carskie Sioło z pałacem Wilhelma II. Wiara w konszachty carycy z Niemcami była tak silna, że już po aresztowaniu Romanowów naprawdę szukano tego tajemniczego kabla. Jednak w istocie zamieszki miały antyniemiecki charakter, a najliczniejszymi ofiarami przewrotu stali się zlinczowani przez marynarzy oficerowie, którzy nosili brzmiące z niemiecka nazwiska. I nawet gdyby ta bzdura okazała się prawdą, tym trudniej wyjaśnić, czemu Niemcy mieliby potajemnie obalać sprzyjający im reżim, bo trzymane na postronku anglo-francuskich kredytów nowe władze także kontynuowały wojnę.

Jest też pogląd, że puczu niechcący dokonała sama policja polityczna, gdy armia opłacanych przez nią szpicli, konfidentów i prowokatorów wyrwała się spod kontroli oficerów prowadzących. Agentura ochrany mogła liczyć nawet 300 tys. osób, co przewyższało liczbę realnych członków wszystkich radykalnych organizacji. Istnieją relacje, że w atakach na biura ochrany, a osobliwie archiwa, największą gorliwość wykazali tajniacy, a minister policji Protopopow rzeczywiście prowokował eskalację rozruchów, żeby mieć pretekst do użycia karabinów maszynowych.

Można by ten paradoks złożyć na karb autorytarnej, specyficznie rosyjskiej mentalności, gdyby nie całkiem współczesny przypadek. Sto lat później w arcydemokratycznych Niemczech nie udało się zdelegalizować uchodzącej za neohitlerowską NPD, ponieważ trybunał w Karlsruhe nie umiał rozstrzygnąć, które z przestępstw były dziełem prawdziwych neonazistów, a których dokonali agenci federalnej bezpieki, którymi partia okazała się naszpikowana z góry do dołu.

W końcu końskim targiem ustalono, że największą winę za wybuch rewolucji lutowej ponosi po prostu rosyjska zima. Srogie mrozy i obfite opady śniegu uwięziły w zaspach ponad 5 tysięcy wagonów ze zbożem i mąką, co doprowadziło do głodu, a głód nieuchronnie wywołał bunt mas.

Tyle że pomiary meteorologiczne z lutego 1917 r. nie wskazują, żeby nastąpił jakiś szczególny kataklizm klimatyczny. Wręcz przeciwnie – tamta zima wygląda w rosyjskich warunkach na wyjątkowo łagodną. Zwłaszcza w porównaniu z poprzednią, gdy śnieg uwięził na torach ponad 60 tys. wagonów z zaopatrzeniem, a mimo to żadna rewolucja się nie wydarzyła. Nie było też mowy o głodzie, który dawał się we znaki berlińczykom i wiedeńczykom, ale w Piotrogrodzie i Moskwie był nadal nieznany. Mer stolicy raportował, że mimo przerw w dostawach zapasy starczą jeszcze na ponad 20 dni, a Alfred Milner, szef brytyjskiego przedstawicielstwa w Rosji, uspokajał Londyn, że pogłoski o rewolucyjnych nastrojach są mocno przesadzone.

Znacznie szybciej od warstwy śniegu rosła jednak inflacja, a z nią pojawiły się pierwsze kolejki do sklepów. Zrazu ogonki liczyły nie więcej niż 50 osób, ale krążyły plotki o rychłym wprowadzeniu kartek na chleb. Ludność zaczęła więc panicznie robić zapasy, przez co rzeczywiście wprowadzono reglamentację. Dziesiątki, a potem setki tysięcy ludzi przerażonych wizją nadciągającego głodu wyległo na ulice. Paradoksalnie ich gniew najpierw spadł na piekarzy, in gremio uważanych za Niemców, a im więcej piekarni zniszczono, tym gwałtowniej tłum domagał się chleba. Jakby tego było mało, Putiłow wyrzucił na bruk 30 tys. robotników, żeby zgasić strajk płacowy w swoich zakładach metalurgicznych. Ich jednym zajęciem był odtąd udział w zamieszkach. A desperacji im nie brakło, bo wraz z pracą przy odlewaniu armat stracili ochronę przed poborem do wojska.

Niemniej to wciąż w wojsku władze pokładały największą nadzieję na uśmierzenie buntu. Ponad 200 tys. żołnierzy zasiedlało przepełnione baraki w stolicy, bo Piotrogród przekształcono w główną bazę szkolenia i przeładunku mięsa armatniego w drodze na front. Za późno pojęto, że prawdziwego wojska jest tam najwyżej jeden pułk, a reszta to w większości jeszcze niezaprzysiężeni chłopi, gotowi na wszystko, by uniknąć okopów. Wytraconych na wojnie zawodowych oficerów też zresztą nie było, więc ich miejsce musieli zająć inteligenci z rezerwy, zaczytani w socjalistycznych i liberalnych lekturach. Gdy płonne okazały się starania, by tę przebraną w mundury chłopską masę odgrodzić od arsenałów, z miejskich placów woleli zrejterować nawet Kozacy.

Wszakże tłum, który obalił cara, nie miał przywództwa i politycznego programu, Dumie zaś brakło siły i prawdziwej woli rządzenia. Elity nie miały więc tego wszystkiego, co w nadmiarze, łącznie z determinacją i brakiem skrupułów, mieli w sobie bolszewicy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA