fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Jałtańska zdrada

Trwająca od 4 do 11 lutego 1945 r. konferencja Wielkiej Trójki w Jałcie podzieliła świat na dwa supermocarstwa i strefy ich wpływów. Polska znalazła się w bloku państw wasalnych ZSRR
AFP
Na początku lutego 1945 r. w radzieckiej Jałcie dokonał się ostatni rozbiór Polski. Decyzją Wielkiej Trójki, ale de facto za osobistym przyzwoleniem prezydenta Franklina D. Roosevelta, Polska stała się krajem wasalnym Związku Radzieckiego.

3 lutego 1945 r. brytyjskie bombowce zniszczyły fragment Kancelarii Rzeszy, w którym znajdowały się pomieszczenia mieszkalne Führera. Hitler głęboko przeżył utratę miejsca, z którym zdążył się już oswoić. Niechętnie przeniósł się teraz do niedawno wybudowanego w ogrodach Kancelarii bunkra przeciwlotniczego. Ministrowi propagandy Josephowi Goebbelsowi zdradził, że kiedy przyjdzie czas, to te ponure miejsce uczyni swoją ostatnią redutą i tu odbierze sobie życie w razie przegranej Niemiec. Goebbels zapewnił go, że niezależnie od okoliczności pozostanie u jego boku, a po śmierci wodza wraz z małżonką popełni samobójstwo. Hitler z charakterystyczną dla siebie megalomanią przemieszaną z pozorowaną skromnością odpowiedział, że „nie uważa tej postawy wprawdzie za właściwą, ale odnosi się do niej z podziwem".

W następnych dniach obaj mężczyźni rzadko się spotykali. Hitler zajął się niemal wyłącznie sytuacją militarną na wszystkich frontach, co przyniosło oczywiście opłakane rezultaty dla Niemiec, a Goebbels popadł w nastrój mistyczny, każdego dnia oczekując cudu, który miałby odmienić zbliżającą się katastrofę. Minister był przekonany, że będzie nim wielka kontrofensywa na wschodzie, o której Führer mówił mu kilka dni wcześniej. Ostatecznie z gigantycznej nawałnicy – jak to widział oczami wyobraźni Goebbels – wyszła jedynie znacznie mniejsza operacja armii grupy „Wisła" (Weichsel), która nie przełamała sowieckich linii.

Zanim jednak ruszyło to niemieckie natarcie, 13 lutego stało się coś niepokojącego. Podczas narady sytuacyjnej doszło do zdumiewającego starcia Führera z generalnym inspektorem Wojsk Pancernych generałem Heinzem Guderianem, który wymusił na Hitlerze, aby przydzielić głównodowodzącemu Waffen-SS Heinrichowi Himmlerowi doradcę militarnego w osobie doświadczonego dowódcy wojsk pancernych Wehrmachtu, generała Walthera Wencka. Mimo że Hitler wpadł w szał i uznał żądania Guderiana za wtrącanie się w jego politykę kadrową, musiał ustąpić legendarnemu twórcy koncepcji nowoczesnego blitzkriegu.

Awantura była sygnałem, że dowództwo Wehrmachtu uważa Hitlera za dyletanta, który nieustannie szkodzi siłom zbrojnym. Ofensywa, która miała być wielkim zwrotem w tej wojnie, załamała się po kilku dniach. Już 24 lutego zamieniła się w paniczną obronę Pomorza, na które ruszyło kolejne potężne uderzenie Armii Czerwonej.

1 marca Armia Czerwona dotarła do Kołobrzegu i odcięła Gdańsk od reszty Rzeszy. Odwagi walczącym nie dodała najdroższa w historii nazistowskiej kinematografii produkcja filmu kostiumowego „Kolberg" w reżyserii Veita Harlana. To monumentalne dzieło, nakręcone dla wskrzeszenia ducha bojowego Niemców, wskazywało jedynie na desperację reżimu. Dumne odwoływanie się do obrony Kołobrzegu z 1807 r. nie dało żadnych rezultatów. W pierwszych dniach marca Amerykanie i Francuzi stali już na linii Renu, każdej nocy kolejne dzielnice niemieckich miast zamieniały się w płonące zgliszcza, a Armia Czerwona wkraczała na Dolny Śląsk. Zaledwie miesiąc później zajęła pozycje nad Nysą Łużycką. Los Niemiec był przesądzony.

Hitler i Goebbels mieli jedynie nadzieję, i tej myśli trzymali się z całych sił, że w pewnym momencie wydarzy się cud i z jakichś powodów wroga koalicja się rozpadnie.

Drugi „cud domu brandenburskiego"

11 marca 1944 r. Hitler oświadczył Goebbelsowi, że dojrzał już do decyzji o dogadaniu się z ZSRR w sprawie podziału Europy Środkowej, a szczególnie Polski. Nawet Goebbels, przekonany o geniuszu swojego wodza, musiał uznać to oświadczenie za przejaw jego narastającej paranoi i oderwania od rzeczywistości. Hitler uczepił się myśli, że wkrótce nastąpi koniec antyniemieckiej koalicji, który zainicjuje sam Stalin. „Ten człowiek nie potrafi utrzymać sojuszów – deliberował Hitler – on wcześniej czy później rozpocznie konflikt ze światem anglosaskim".

Gdy jednak następnego dnia Goebbels w nawiązaniu do tej rozmowy poprosił oficjalnie o prerogatywy do rozpoczęcia rozmów z ZSRR z pomocą przedstawicieli neutralnej Szwecji, Hitler wściekle odrzucił tę propozycję, jakby nigdy o niej nie wspominał. „Nie będzie jakichkolwiek negocjacji – warknął do Goebbelsa – to już koniec". Wtedy też po raz pierwszy ujawnił ministrowi propagandy swój szaleńczy pomysł nazwany „Rozkazem Nerona", który przewidywał zniszczenie wszystkich instalacji przemysłowych, cywilnych i wojskowych III Rzeszy. Niemcy miały zniknąć z kart historii razem ze swoim ostatnim przywódcą. Później okazało się jednak, że minister do spraw uzbrojenia i amunicji Albert Speer sabotował ten rozkaz.

1 kwietnia 1945 r. wojska amerykańskie i brytyjskie okrążyły w Zagłębiu Ruhry resztki Armii Grupy B. W północne Niemcy wbił się klin 21. Grupy Armii marszałka polnego Bernarda Montgomery'ego, a amerykańska 12. Grupa Armii szła na Lipsk i Drezno, kiedy ich towarzysze broni z 6. Grupy Armii zajmowali południowe Niemcy. Po sześciu latach historia zataczała koło. Teraz to Niemcy doświadczali strategii wojny błyskawicznej w spektakularnym i miażdżącym wykonaniu wojsk koalicji antyhitlerowskiej.

Wydawało się, że dla Hitlera et consortes nie ma już żadnej nadziei. Jednak 12 kwietnia do Berlina dotarła wiadomość, która zelektryzowała Goebbelsa i zdawała się zwiastować wielką zmianę losu. Zmarł prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin Delano Roosevelt – człowiek, którego Hitler uważał za personifikację systemu, z którym walczył całe życie. Goebbels odczytał tę wiadomość jako z dawna oczekiwany „cud". Taki sam, jak ten, który w 1762 r. w wyniku nagłej śmierci carycy Elżbiety uratował króla Prus Fryderyka II od druzgocącej klęski.

Historycy uważają, że ta chwilowa, kilkugodzinna zaledwie nadzieja Hitlera i Goebbelsa na zmianę fatalnego losu była przejawem ich naiwności i kompletnego oderwania od rzeczywistości międzynarodowej. A może jednak się mylą?

America First

Chyba każdy z nas słyszał slogan wyborczy obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa: „America First". U większości Polaków wywołuje on obojętność uczucia lub co najwyżej częściowe rozbawienie. Tymczasem za hasłem tym kryje się coś bardzo niepokojącego, o czym nasze elity polityczne całkowicie zapomniały. „America First" to nie tylko silny w wymowie komunał polityczny, ale przede wszystkim sygnatura ruchu izolacjonistycznego. Ten slogan był używany przez wielu demokratycznych, jak i republikańskich polityków, którzy zawsze byli zwolennikami doktryny Monroe'go. Kiedy wybuchła I wojna światowa, prezydent Woodrow Wilson użył tego hasła w kampanii przeciwko przystąpieniu USA do wojny. Wspierał go w tym magnat prasowy William Randolph Hearst. Hasło to zostało również wybrane na motto kampanii wyborczej prezydenta Hardinga w 1920 r.

Czy nikogo w Polsce nie niepokoi fakt, że właśnie te słowa stały się epigrafem programu politycznego obecnego gospodarza Białego Domu? W polityce amerykańskiej nie ma żadnej przypadkowości. Wszyscy zapomnieliśmy, że „America First" to przede wszystkim flagowe zawołanie jednej z najbardziej wpływowych organizacji w historii USA, założonej 4 września 1940 r. przez studenta Uniwersytetu Yale R. Douglasa Stuarta Jr., nieinterwencjonistycznej grupy nacisku przeciwko amerykańskiemu przystąpieniu do II wojny światowej – America First Committee. Na początku 1941 r. organizacja liczyła już 800 tys. członków. Należało do niej wielu młodych ludzi wiążących swoją przyszłość z polityką. Do najbardziej znanych należał Gerald Ford, 27-letni student Wydziału Prawa na Uniwersytecie Yale, który w przyszłości miał zostać jednym z najbardziej uległych wobec ZSRR prezydentów USA. Zdumiewające, jak szybko America First Committee zamieniła się ze zwykłej grupki studenckiej w potężne stronnictwo antywojenne. Ale niech nikogo nie zmylą pozory pacyfizmu. Do AFC należeli ludzie, którzy na wojnach i przemycie zbili fortuny. Byli w tej organizacji także magnaci prasowi, producenci filmowi, właściciele sieci sklepów, kopalni, fabryk, armatorzy, szefowie koncernów naftowych i oczywiście wpływowi politycy. Wśród sympatyków AFC znaleźć można nazwiska Walta Disneya, wydawcy „New York Daily News" Josepha Pattersona czy właściciela „Chicago Tribune" Roberta R. McCormicka.

Co ciekawe, ich postawa antywojenna zaczęła się nasilać w czasie, kiedy do USA zaczęły napływać doniesienia o niemieckich zbrodniach w Polsce, Holandii, Belgii i Francji. W sferze domysłów i spekulacji ocierających się o teorie spiskowe pozostaje pytanie: kto wpływał na ich spetryfikowane, antywojenne, a de facto proniemieckie poglądy? Czy współpracowali z niemiecką siatką wywiadowczą, która przeniknęła głęboko do amerykańskich elit? Tego nie wiemy. Warto natomiast pamiętać, że jeszcze 20 lutego 1939 r. wielu z nich znalazło się wśród ok. 20 tys. amerykańskich nazistów skandujących w Madison Square Garden hasła poparcia dla Hitlera. Mimo że Amerykanie wiedzieli o Nocy Kryształowej, obozach koncentracyjnych i niemieckich zbrodniach wojennych, wielu wpływowych przedstawicieli tego narodu przekonywało o potrzebie współpracy z nazistowskim reżimem.

Oczywiście sytuacja zmieniła się diametralnie po japońskim ataku na Pearl Harbor w grudniu 1941 r. AFC nie miało racji bytu. W ostatnim oświadczeniu kierownictwo tej organizacji napisało: „Nasze zasady były słuszne. Gdyby ich przestrzegano, można by uniknąć wojny. Nie można teraz osiągnąć dobrego celu, biorąc pod uwagę, co mogło być, gdyby nasze cele zostały osiągnięte. Jesteśmy bowiem w stanie wojny. Dzisiaj, chociaż może być wiele ważnych względów dodatkowych, podstawowy cel nie jest trudny do stwierdzenia. Można go całkowicie zdefiniować jednym słowem: Zwycięstwo".

Katyński dylemat aliantów

Amerykańskie elity miały jednak powód do niepokoju. Walka z państwami Osi oznaczała konieczność sojuszu militarnego z ZSRR – państwem, o którym wiedziano, że jest krainą totalnego bezprawia. Zamieniamy jednego mordercę na drugiego – mówili między sobą byli członkowie AFC, myśląc o Hitlerze i Stalinie.

Te nastroje przenikały także do sił zbrojnych. Wielu generałów z niepokojem przyjęło wieści o spotkaniu prezydenta Franklina D. Roosevelta w Jałcie ze Stalinem i Churchillem. Już w 1943 r. generał George Patton oświadczył: „Zwycięstwo Rosjan będzie miało dla nas równie złe konsekwencje jak zwycięstwo Niemców (...) Stany Zjednoczone powinny zniszczyć Niemcy i Japonię i przygotować się do stawienia czoła Rosji". Patton zdawał sobie sprawę, że w czasie konferencji teherańskiej Roosevelt nie tylko przyjął do wiadomości, ale też zaakceptował nieformalną aneksję Europy Środkowej jako obszaru pod kontrolą Moskwy.

Postawa Roosevelta była niemoralna. Wiedział doskonale o zbrodni katyńskiej, ponieważ wiosną 1943 r. amerykański wywiad wojskowy dostał zaszyfrowaną wiadomość od dwóch amerykańskich jeńców wojennych w niewoli niemieckiej – kpt. Donalda B. Stewarta i ppłk. Johna Van Vlieta Jr. Można się jedynie domyślać, że ci Amerykanie nie musieli się natrudzić, żeby przekazać tę wiadomość do swojego dowództwa, ponieważ Niemcy wcale nie byli zainteresowani, aby im w tym przeszkadzać. Informacja o Katyniu była bombą zegarową. Stawiała Roosevelta i Churchilla w fatalnym położeniu. Przekazane Polsce dokumenty amerykańskie potwierdzają, że prezydent USA wiedział o zagładzie tysięcy polskich oficerów i funkcjonariuszy przez siepaczy z NKWD. W 1943 r. wiedział o tym także Wódz Naczelny, premier RP gen. Władysław Sikorski. Planował wizytę w Stanach Zjednoczonych, aby temat ten poruszyć na forum publicznym. Planował, ale... zginął 4 lipca 1943 r. w czasie wypadku lotniczego na Gibraltarze.

Pomoc Hoovera

4 lutego 1945 r., kiedy Hitler i Goebbels snuli marzenia o skłóceniu wrogiej koalicji, w jałtańskim kurorcie, położonym na południowym wybrzeżu Półwyspu Krymskiego, spotkali się przywódcy Wielkiej Trójki. Franklin D. Roosevelt wyglądał na osłabionego, co bardzo zaniepokoiło Stalina. Kilka lat wcześniej otrzymał raport swoich służb, w którym amerykańskiego prezydenta zakwalifikowano do grona ludzi przyjaznych ZSRR. Teraz w Jałcie ten sam Roosevelt zdawał się ledwo trzymać życia. Mimo to nie opuszczał go humor. Lekceważył niepokój Churchilla o los Polski, a Stalina z sympatią nazwał „Wujkiem Joe", po tym jak dogadał się z nim co do powojennego losu Polski.

W Jałcie Stalin zgarnął zatem całą pulę nagród, a Roosevelt mu ją oddał, mimo że od 16 lipca wiedział już o sukcesie projektu „Manhattan". Ameryka miała przecież broń, która czyniła ją jedynym supermocarstwem na świecie. A mimo to prezydent nie wykorzystał tego jednego momentu w historii, aby uwolnić świat od Stalina. Tej chwilowej gigantycznej przewagi nie potrafił wykorzystać też jego następca. Za cenę radzieckiego uderzenia na wojska japońskie w Mandżurii Roosevelt sprzedał Polskę i znaczną część Europy Środkowej. Złamał tym samym zobowiązania złożone generałowi Władysławowi Sikorskiemu. Nie wspomógł polskiego rządu na uchodźstwie ani militarnie, ani finansowo.

Znacznie większej pomocy udzielił Polakom były prezydent USA Herbert Hoover, który już w 1939 r. utworzył Commission for Polish Relief. Komisja zebrała 6 milionów dolarów prywatnych datków, co na owe czasy było naprawdę znaczącą kwotą, i przekazała żywność 50 tys. polskich uchodźców we Francji i 200 tys. niedożywionych dzieci, kobiet i osób starszych w okupowanej Polsce. W ciągu kilku pierwszych miesięcy okupacji do Polski dostarczono 2,5 miliona ton mleka w proszku, mąki żytniej, tłuszczów roślinnych i cukru. Znakomicie zorganizowane kuchnie CPR serwowały 200 tys. posiłków dziennie.

Tymczasem rząd F.D. Roosevelta, choć poinformowany o skali terroru niemieckiego, nie zrobił nic, aby temu przeciwdziałać na forum międzynarodowym. Dopiero pod naciskiem byłego prezydenta Hoovera Departament Stanu udzielił CPR wsparcia na łączną kwotę ok. 80 milionów dolarów.

Cena zdrady

Czy szczególny rodzaj obojętności i bezczynności prezydenta Roosevelta można tłumaczyć jego niewiedzą o tym, co działo się w okupowanej przez Niemców Polsce? Być może na początku raporty do niego docierające mogły wydawać się niewiarygodne, ale już 28 lipca 1943 r. Jan Karski potwierdził prezydentowi, że sytuacja w Generalnej Guberni jest tragiczna. „Obiecywałem osobom, które mnie wysłały, że postaram się do pana dotrzeć. Oto jestem. Polacy i setki milionów ludzi w okupowanej Europie uważają pana za jedyną ostoję wolności oraz osobę, która da światu pokój oparty na przestrzeganiu prawa i zasadach humanizmu" – mówił zrozpaczony Karski. Na pytanie Roosevelta „czy sytuacja w Polsce jest rzeczywiście taka zła?", odpowiedział: „Nie ma w tym grama przesady, panie prezydencie. Brakuje żywności. Jedna osoba dostaje 250 gramów chleba na dwa dni, 150 gramów buraków i garstkę dżemu".

Roosevelt wydawał się przejęty sytuacją, ale w przeciwieństwie do Hoovera nie zrobił nic dla Polaków. Półtora roku później w Jałcie bez najmniejszych oporów zgodził się na nową okupację Polski. Formalnie Stalin zgodził się na przeprowadzenie w Polsce „wolnych, nieskrępowanych wyborów na zasadzie powszechnego głosowania" oraz na uchwalenie przez Polaków nowej konstytucji „zapewniającej pełną wolność i demokrację". Czy Roosevelt nie wiedział, że w systemie stalinowskim ustawa zasadnicza nie ma znaczenia? Czy nie wiedział, że Konstytucja ZSRR z 1936 r. też miała rzekomo gwarantować wszystkim obywatelom ZSRR równe prawo do głosowania w wyborach tajnych i powszechnych? Jedynie napis „Arbeit macht frei" na bramie niemieckiego KL Auschwitz był równie zakłamany.

Prezydent Franklin Delano Roosevelt doskonale wiedział, z kim i jaki cyrograf podpisuje. Podarował Stalinowi carte blanche na zgładzenie całej przedwojennej, wiernej rządowi na uchodźstwie polskiej klasy politycznej. Świadomie i cynicznie zgodził się na inkorporację bezprawnie zagrabionych przez Sowietów w wyniku paktu Ribbentrop-Mołotow wschodnich terytoriów II RP do ZSRR. Amerykański prezydent i brytyjski premier bezkrytycznie zaakceptowali antypolską działalność NKWD mającą na celu „zabezpieczenie" tyłów frontu od polskich akcji sabotażowych. Wreszcie wyrazili zgodę na całkowitą eliminację Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych. Prezydent Stanów Zjednoczonych zobowiązał się nie udzielać dalszego poparcia „tymczasowym" władzom polskim, które byłyby wrogie wobec interesów Związku Radzieckiego. Tym samym Stany Zjednoczone podpisem swojego prezydenta odrzuciły podmiotowość rządu polskiego na uchodźstwie w Londynie. Takiego ciosu nie udało się Polakom zadać nawet samemu Hitlerowi.

Tylko część amerykańskiej klasy politycznej odebrała postanowienia konferencji jałtańskiej jako akt zdrady wobec sojusznika. Mimo to, chcąc zachować lojalność wobec swojego przywódcy, milczała. Dopiero nagła śmierć prezydenta Roosevelta 1 kwietnia 1945 r. spowodowała, że świat na moment wstrzymał oddech. Odchodził architekt polityki, w której część amerykańskich elit dostrzegło ogromne niebezpieczeństwo na przyszłość. Hitler i Goebbels także wstrzymali oddech, mając naiwną nadzieję, że następny prezydent nie weźmie na siebie olbrzymiego brzemienia zdrady jałtańskiej. Mylili się. Polska została bezpowrotnie zdradzona.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA