fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Korupcja w ZSRR

Wikipedia
Łapówkarstwo, afery, partyjno-biznesowe układy – w socjalistycznej Rosji królowała orwellowska zasada równych i równiejszych, choć z założenia miał to być ustrój zrównujący prawa wszystkich obywateli. W latach 50. w proceder ten włączyła się większość społeczeństwa.

Od początku marksistowskiego eksperymentu czerwonym imperium wstrząsały afery korupcyjne. Co prawda, propaganda i prawo zręcznie operowały pojęciami nadużycia pełnionych stanowisk lub niegospodarności, ale do czasu. Ogromna skala korupcji wywołała ogólnospołeczną schizofrenię i zburzyła doszczętnie egalitarną iluzję, którą rządząca oligarchia przez lata oszukiwała miliony ludzi. Nie ma także wątpliwości, że zgubna spuścizna po ZSRR zainfekowała śmiertelnie współczesną Rosję.

Nowi sędziowie nowego porządku

W dobie stalinowskiej modną, a zarazem oficjalnie obowiązującą była teoria korupcji otrzymanej w spadku po niesprawiedliwej carskiej Rosji. Choć z drugiej strony propagandowy film lat 30. XX w. zatytułowany „Piotr Wielki" ukazywał walkę władcy reformatora ze sprzedajnymi bojarami. A w kilka lat później motyw ten rozbudował Sergiusz Eisenstein w dziele „Iwan Groźny" będącym filmową apoteozą stalinizmu. Coś jednak było prawdą, bo Katarzyna II wysyłała swoich gwardzistów na spotkanie gubernatorów prowincji, którzy przyjeżdżali do Petersburga z okresowymi raportami. Z tym że celem nie była honorowa eskorta, tylko rewizja w poszukiwaniu tysięcy rubli zagrabionych przez bezkarnych czynowników. Bo też większość naukowych rozpraw wiąże typowo rosyjską korupcję z brakiem skutecznej kontroli biurokracji. Dlatego po bolszewickim puczu wzorce postępowania dawnego reżimu zostały wręcz rozwinięte przez młode kadry, niekoniecznie reprezentujące wysoki poziom profesjonalizmu, o intelektualnym nie wspominając. Pisarz Borys Romanow, który w Radiu Echo Moskwy antykorupcyjnie edukował Rosjan, postawił tezę, że sowieckie złodziejstwo nie mogło być mniejsze od carskiego, a to z jednej prostej przyczyny – ZSRR miał znacznie większy od cesarstwa aparat administracyjny. Jeśli przed I wojną światową na tysiąc mieszkańców imperium przypadało półtora statystycznego biurokraty, to już w 1922 r. było ich ponad pięciu, natomiast w 1950 r. proporcja wynosiła aż 11 czynowników na tysiąc mieszkańców. Oczywiście, jaka epoka, taka korupcja, o czym świadczy jedno z pierwszych dochodzeń osławionej WCzK dotyczące jej własnych śledczych, którzy brali łapówki za uwolnienie aresztowanych przez siebie osób. Znacznie więcej skarg wywoływała praca milicji Piotrogrodu. Bo ta w zamian za deficytową żywność, a szczególnie samogon, chroniła stołeczne burdele i sklepy, w razie odmowy, grabiąc handlowców i prostytutki. Bolszewicy od samego początku nie mieli także szczęśliwej ręki do mianowanych przez siebie sędziów, a więc reprezentantów socjalistycznej praworządności.

W 1926 r. do amurskiej jaczejki OGPU wpłynął donos na ludowego sędziego Jerszowa, który nie tylko pozostawał na utrzymaniu spekulantki i kontrrewolucjonistki, niejakiej Kierczemkiny, ale także pozwalał, aby wymieniona jeździła na nim pijana i naga, budząc publiczne zgorszenie. Według Romanowa ten anegdotyczny, lecz jednocześnie w pełni autentyczny przypadek, wynikał z – eufemistycznie mówiąc – przyspieszonej edukacji stróżów prawa. Wystarczyło bowiem posiadać legitymację partyjną i pięć klas szkoły powszechnej, aby zostać słuchaczem skróconych kursów sędziowskich lub prokuratorskich. Taka sytuacja trwała także przez cały okres stalinowski, w którym niemało przewodniczących składów sędziowskich miało niepełne wykształcenie średnie. A że czasy były ciężkie, to łapówki wręczano i brano w każdej formie. W 1947 r. milicja w Równem aresztowała miejscową prokuratur za przyjęcie 470 kg mąki w zamian za zaniechanie dochodzenia wobec dyrektora młyna oskarżonego o kradzież tego cennego surowca. Prokurator Mizina nie pogardziła także 4 tys. rubli od jednego z dezerterów, którego sprawie nie nadała biegu.

To oczywiście płotki, jednak w 1948 r. Stalin na poważnie zabrał się za porządki w wymiarze sprawiedliwości, bo się okazało, że to sędziowie stanowili najbardziej skorumpowaną grupę zawodową. Pretekstem stała się znacząca ilość skarg na pracę sądów wszystkich instancji, jakie otrzymywał komitet centralny partii. Czystkę rozpoczęto od kolegiów adwokackich, bo to prawni reprezentanci oskarżonych najczęściej pośredniczyli w korupcyjnych transakcjach. Lotne kontrole WKP(b) dobrały się następnie do sądów republik związkowych. W efekcie sędziom Sądu Najwyższego Baszkirii udowodniono korupcyjną współpracę z kryminalnym podziemiem, a w Sądzie Najwyższym Republiki Rosyjskiej wykryto patrymonialne podejście do spraw karnych. Jeden z aresztowanych wyznał ze skruchą, że orzekający bez najmniejszych skrupułów wydawali korzystne werdykty dla krewnych i znajomych. Wkrótce śledczy prokuratury generalnej, która przejęła nadzór nad dochodzeniami, aresztowali w całym kraju ponad 700 sędziów i adwokatów. Trzy pokazowe procesy dotknęły także sędziów Sądu Najwyższego ZSRR – za przyjmowanie korzyści majątkowych oraz zły nadzór nad sądami niższych instancji skazanych zresztą na wieloletni obóz.

Kapitalizm epoki Chruszczowa

O ile w okresie stalinowskim korupcja dotknęła głównie funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości, o tyle zdaniem „Komsomolskiej Prawdy", w dobie Chruszczowa do podobnej działalności przystąpił z zapałem cały naród. Gdy w drugiej połowie lat 50. I sekretarz partii ogłosił nadejście realnego komunizmu, zwanego dziś w Rosji ironicznie krokiem milowym w drodze kraju od kapitalizmu do kapitalizmu, MSW na serio zabrało się do walki ze złoczyńcami naruszającymi prawo. I wtedy się okazało, że na korupcyjną drogę weszła większość społeczeństwa. W 1958 r. w Rostowie nad Donem sprytny ślusarz masowo podrabiał bilety komunikacji miejskiej, zaopatrując w nie praktycznie całe miasto. W celu ochrony interesu korumpował oczywiście miejscowy ispołkom – zarząd miasta.

W 1960 r. kontrola moskiewskiego kombinatu mięsnego wykazała fakty nieprawdopodobne. Pracownice opuszczające zakład wynosiły na sobie tonę wędlin dziennie. Rekordzistka przymocowała do ciała ponad 30 kg parówek. O procederze wiedziała rzecz jasna dyrekcja, która partycypowała w korzyściach.

W 1963 r. dwaj studenci obrabowali Państwowe Muzeum Historyczne z pamiątek po narodowym bohaterze marszałku Kutuzowie. Fanty zostały odnalezione na Kaukazie, a w udaremniony przerzut za granicę byli zamieszani kustosze tamtejszych muzeów. Pomysłowość Rosjan była zatem niewyczerpana, a proceder obejmował wszystkie klasy i narodowości. Tylko w roku 1962, i tylko w trzech obwodach, milicja zatrzymała za łapówkarstwo 105 tys. osób uznanych automatycznie za tzw. antyradziecki element.

Czy do takiego stanu rzeczy przyczyniła się chruszczowowska odwilż, która znacząco złagodziła represyjne prawo Stalina? Z pewnością jednak przytoczone fakty i liczby świadczą o tym, że już na przełomie lat 50. i 60. powstały zręby de facto kapitalistycznej gospodarki, znanej z późniejszej historii ZSRR jako tieniewaja ekonomika, tj. szara strefa gospodarcza. Sektor związany nierozerwalnie z pojęciem korupcji ukrytej pod paragrafami sowieckiego prawa karnego, takimi jak zabór socjalistycznego mienia, niegospodarność, nadużycie pełnionych stanowisk czy wreszcie uzyskiwanie dochodów niepochodzących z własnej pracy.

Czym była szara strefa? Z pewnością nie można jej mylić z tzw. gospodarką nieoficjalną, czyli szczątkowym sektorem usług niepaństwowych, który legalnie istniał w sowieckim prawodawstwie. Oczywiście do czasu, gdy Stalin po wojnie rozpoczął, a Chruszczow dokończył jego likwidację. Chodziło głównie o warsztaty rzemieślnicze oraz artele, czyli spółdzielnie pracy wykonujące zlecenia państwowe. Likwidacja sektora nieoficjalnego zahamowała całą gospodarkę, a inicjatywnych obywateli radzieckich pchnęła w objęcia szarej strefy.

Władimir Triemlia i Michaił Aleksiejew, amerykańscy ekonomiści rosyjskiego pochodzenia, którzy badali nielegalną gospodarkę ZSRR, obliczyli, że jej udział w PKB stale się zwiększał. W dobie Chruszczowa szara strefa zatrudniała 6 mln osób i przynosiła 3,4 proc. rocznego PKB, wartego 5 miliardów rubli. Za rządów Breżniewa liczby te wynosiły odpowiednio: 17–20 mln osób (ok. 12 proc. czynnych zawodowo mieszkańców), 10 proc. PKB i 45 mld rubli; w końcu lat 80. XX w. osiągnęły maksymalny pułap: 30 mln zatrudnionych, 30 proc. PKB i 90 mld rubli. Jednak najważniejszym w pracy obu uczonych było stwierdzenie, że szara strefa gospodarcza wywołała prawdziwą epidemię korupcyjną. Usługodawcy i producenci nielegalnego sektora nie mogli bowiem funkcjonować bez ścisłych związków z partyjną nomenklaturą, która ochraniała biznes w zamian za udziały w zyskach oraz dostarczała niezbędne urządzenia i surowce, a wytworzone towary legalizowała w państwowej sieci dystrybucji. Dla przykładu: w 1977 r. ok. 60 proc. paliw (głównie benzyny) znajdujących się w posiadaniu indywidualnych użytkowników pochodziło z nielegalnych dostaw państwowych przedsiębiorstw. Podobne praktyki demoralizowały społeczeństwo, prowadząc do rozdwojenia jaźni między deklarowaną zasadą sprawiedliwości i równości a codzienną praktyką. Bo korupcja kwitła dosłownie na każdym kroku, a bez „wziatki" (łapówki) nie można się było dostać na studia, znaleźć dobrej pracy czy wyjechać na wczasy, o przydziale mieszkania lub zakupie samochodu nie wspominając. Bez łapówki nie dało się nawet wejść do teatru, kina czy restauracji. To dlatego w epoce Chruszczowa należy szukać korzeni największych afer korupcyjnych, które miały miejsce w dekadzie Leonida Breżniewa i zostały ujawnione dopiero w latach 80. XX w. podczas kampanii antykorupcyjnych Jurija Andropowa i Michaiła Gorbaczowa.

Afera goni aferę

W 1969 r. ZSRR wstrząsnęła afera azerbejdżańska. Okazało się, że miejscowa nomenklatura partyjna handluje stanowiskami, począwszy od sędziowskich po 30 tys. rubli sztuka, po bardziej dochodowe funkcje sekretarzy rejonowych komitetów KPZR w cenie 100 tys. czerwońców. Dla porównania ówczesna średnia płaca wynosiła 120–170 rubli. Za łapówki można było objąć także intratne posady dyrektora kołchozu lub sklepu z deficytowymi towarami. W Baku pojawiło się również sporo nowych bohaterów ZSRR oraz kawalerów innych orderów, bo ich liczba zależała wyłącznie od możliwości finansowych chętnych. Spora część środków z przestępczej kasy była przeznaczana na otkat, czyli korupcyjny udział I sekretarza Azerbejdżanu, który krył aferę i lokował zyski w zachodnich bankach. Pomysł azerbejdżańskich towarzyszy tak spodobał się w Gruzji, że tamtejszy komitet KPZR dosłownie skopiował jego schemat. A jako że motorem napędowym śledztw antykorupcyjnych był ówczesny szef KGB Jurij Andropow, brygady jego funkcjonariuszy aresztowały kilkuset partyjnych bonzów w obydwu republikach. Wtedy gensek Breżniew, zaalarmowany przez wysokich opiekunów kryminalnego biznesu, kategorycznie przypomniał Andropowowi, że KGB ma chronić nomenklaturę, a nie szukać na nią haków, co zakończyło dochodzenie.

Jednak KGB nie odpuszczało i zajęło się aferą kawiorową. Za potężną łapówkę minister rybołówstwa ZSRR Rytow przymykał oczy na hurtowy przemyt kawioru wysyłanego za granicę w puszkach z rzekomymi szprotami w oleju. Szefem operacji był dyrektor sieci handlowej Okiean w Soczi, a w zyskach partycypował komitet partyjny obwodu krasnodarskiego oraz wysocy urzędnicy moskiewskich ministerstw. Wkrótce sprawa przerodziła się w aferę soczyńsko-krasnodarską, bo aresztowani figuranci zaczęli sypać wszystkie korupcyjne powiązania. W efekcie Andropow zdołał aresztować ok. 5 tysięcy skorumpowanych urzędników, jednak kolejna kontrakcja wysokich opiekunów u Breżniewa wstrzymała i to dochodzenie.

Dopiero śmierć „drogiego Leonida Ilicza" w 1982 r. otworzyła Andropowowi drogę do władzy, a więc dalszej krucjaty antykorupcyjnej. Ale nie ulega wątpliwości, że jej głównym celem było wykończenie politycznej konkurencji i zwolnienie wysokich stanowisk dla własnych nominatów. W 1983 r. nowy gensek wyrzucił wreszcie z KPZR krasnodarskiego bonzę partyjnego Miedunowa i zabrał się za wszechmocnego moskiewskiego sekretarza Griszyna. Aby znaleźć na niego kompromitujące materiały, KGB uruchomiło śledztwo w aferze Mosprodtorga, w której oskarżonymi zostali dyrektorzy najlepszych stołecznych sklepów. Wśród nich kapitalistycznym zmysłem wyróżniał się szczególnie Jurij Sokołowski, kierownik Jelisiejewskiego gastronomu, który skorumpował urzędników kilku ministerstw. W zamian uzyskiwał deficytowe towary luksusowe, którymi zaopatrywał imperialną nomenklaturę oraz ówczesnych celebrytów ze świata kultury, sportu i rozrywki. Do słynnego „czarnego wejścia" sklepu pukała długa kolejka przyjaciół Sokołowa, którzy chronili następnie cały biznes. Sprytni dyrektorzy założyli także spekulacyjną spółdzielnię, bo zawsze z wyprzedzeniem znali planowany ruch cen. Dlatego podczas rewizji u kierownika domu towarowego Sokolniki, Kogana, znaleziono 1,5 miliona rubli, jakie zarobił na spekulacji wyrobami jubilerskimi. W sumie aresztowano ponad tysiąc osób skazanych następnie na długoletnie więzienie. Sam Sokołowskij, którego uznano za mózg przestępstwa, początkowo milczał, licząc na ochronę i pomoc Griszyna. Kiedy jednak ten nie kiwnął palcem, zdesperowany aferzysta zaczął sypać wysoko postawionych wspólników i jako jedyny z oskarżonych otrzymał wyrok śmierci. Zatwierdzający podpis złożył kolejny gensek, Czernienko, któremu w odróżnieniu od Andropowa zależało na wyciszeniu afery.

Jednak o bezwzględności walki o władzę świadczy najlepiej sposób, w jaki Andropow (wtedy sekretarz KC nadzorujący bezpieczeństwo państwa), torując sobie drogę do władzy, rozprawił się z rodziną i otoczeniem Breżniewa. Sprytny kagiebesznik zaczął od kompromitacji córki Breżniewa, Galiny. Na początku lat 80. moskiewskimi elitami wstrząsnęła afera brylantowa. Podczas napadu na mieszkanie znanej artystki cyrkowej Bugrimowej łupem złodziei padła kolekcja 180 drogocennych kamieni, których nie powstydziłby się kremlowski skarbiec. Wkrótce kilka skradzionych brylantów próbowano przemycić za granicę, a w trakcie śledztwa okazało się, że zleceniodawcą przestępstwa był Borys Buriadze, ówczesny kochanek Galiny Breżniew. Andropow z wielką satysfakcją poinformował papę o wyczynach znajomego córki. W tym też czasie KGB celowo puściło w obieg informacje o aferze, co posłużyło wykazaniu radzieckiej wierchuszce i społeczeństwu, że zniedołężniały sekretarz generalny nie może dalej rządzić imperium, bo nie panuje nawet nad ekscesami swojej rozwydrzonej luksusami rodziny. Andropow na tym nie poprzestał i w miesiąc po śmierci Breżniewa zaatakował jego bliskiego przyjaciela, a swojego wieloletniego konkurenta, ministra spraw wewnętrznych ZSRR Nikołaja Szczołokowa. Pretekstem do usunięcia go ze stanowiska było zamordowanie majora KGB przez skorumpowanych milicjantów. Po dymisji Szczołokow stał się obiektem antykorupcyjnego śledztwa, które potwierdziło zarzuty (m.in. zamiatania pod dywan przestępstw krasnodarskiego sekretarza Miedunowa). KGB rozpętało wokół Szczołokowa nagonkę medialną, w wyniku której samobójstwo popełniła żona byłego ministra, a po usunięciu z KPZR – także on sam.

Z podobnym natężeniem (i celem) działania antykorupcyjne kontynuował ostatni gensek Michaił Gorbaczow. W 1985 r. wybuchła największa w ZSRR afera bawełniana, w którą zamieszani byli przeznaczeni do politycznej eliminacji sekretarze Uzbekistanu i Kazachstanu. Przestępczy schemat polegał na wręczaniu ogromnych łapówek urzędnikom przemysłu tekstylnego oraz dyrektorom fabryk odzieżowych w zamian za potwierdzanie wykonania planu dostaw bawełny z obu azjatyckich republik. Fikcyjne transporty bawełny na rzecz państwa były naprawdę sprzedawane cechowikom, czyli nielegalnym przedsiębiorcom z szarej strefy, a nawet na lewo eksportowane. Korupcyjne dochody sięgały miliardów, ponieważ – jak ujawniono – proceder trwał od wczesnych lat 70. Wobec ogromu przestępstwa i spodziewanego oporu podejrzanych wojska KGB otoczyły budynki partyjne i rządowe w uzbeckiej stolicy Duszanbe (Taszkiencie), a następnie w całym kraju aresztowały około 4 tys. podejrzanych. W Kazachstanie operacja przebiegała inaczej, bo gorbaczowowski sekretarz partii, a obecny prezydent tego kraju, Nursułtan Nazarbajew zaapelował do winnych o zwrot korupcyjnych funduszy w zamian za amnestię. Na upublicznione w mediach konto bankowe spłynęło kilka miliardów rubli. Co ciekawe, odpryskiem afery bawełnianej była sprawa zięcia Breżniewa, Jurija Czurbanowa. Ten pułkownik milicji dzięki małżeństwu z Galiną zrobił oszałamiającą karierę wiceministra w resorcie Szczołokowa. Zamieszany w bawełniane machinacje został zdegradowany i skazany na długoletnie więzienie. Wyrok odbywał w Taszkiencie – pod bacznym okiem innego gorbaczowowskiego nominanta, a późniejszego prezydenta Uzbekistanu, Islama Karimowa.

Spoglądając na fakty i liczby dotyczące współczesnej Federacji Rosyjskiej, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że korupcyjny proceder wżarł się w mentalność zwykłych Rosjan, a szczególnie obecnych czynowników. Tych ostatnich jest bowiem jeszcze więcej niż za czasów radzieckich i wszyscy chcą korzystać z uroków państwowego kapitalizmu. Rosja zajmuje więc jedno z czołowych miejsc w światowym rankingu korupcji, zmieniła się tylko jej struktura. Zwykli obywatele nie wręczają już łapówek za załatwienie codziennych spraw. Zwiększyła się natomiast liczba korupcyjnych transakcji między biurokracją i biznesem. Rosyjscy eksperci szacują, że wartość korupcyjnych obrotów sięga rocznie 300 miliardów dolarów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA