fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

II wojna światowa: Lwów, dom grozy

Zwłoki ofiar NKWD na dziedzińcu lwowskiego więzienia przy ul. Łąckiego. Tuż przed wkroczeniem Wehrmachtu Sowieci masowo mordowali więźniów politycznych
Wikipedia
Przed Bożym Narodzeniem 1939 r. po Lwowie krążył dowcip, że miasto ma się odtąd nazywać Betlejem. Dlaczego? „Bo na ratuszu jest gwiazdka, a po ulicach chodzą pastuchy". Rzeczywistość jednak nie wyglądała zabawnie. Wręcz przeciwnie – wśród mieszkańców zapanowała psychoza strachu.

Wrzesień 1939 r. przyniósł Polakom we Lwowie bolesne rozczarowania. Najpierw klęska kampanii wrześniowej, podział terytorium Polski między Niemcy i ZSRR, potem upadek polskiej państwowości, a na końcu radziecka okupacja. To wszystko było jednak zaledwie preludium nadchodzących wydarzeń.

22 października 1939 r. na zagrabionych wschodnich terytoriach Rzeczypospolitej sowieckie władze zorganizowały wybory do Zgromadzenia Narodowego Zachodniej Ukrainy i Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Białorusi, które miały stanowić tymczasowe organy administracyjne. Ludność została zmuszona do głosowania przemocą i terrorem, a wynik wyborów był z góry przesądzony. Można było oddać głos tylko na wyznaczonych kandydatów, a lokali wyborczych demonstracyjnie pilnowali funkcjonariusze NKWD. Po fikcyjnych wyborach obydwa zgromadzenia odbyły narady (w Białymstoku pod hasłem: „Śmierć białemu orłowi"), których efektem było wystąpienie do Rady Najwyższej ZSRR z wnioskami o włączenie anektowanych terytoriów odpowiednio do Ukraińskiej SRR i Białoruskiej SRR.

Władze sowieckie zamierzały doprowadzić do zniszczenia polskości i zatarcia wszelkich granic między „rdzennymi" radzieckimi ziemiami a nowo przyłączonymi. Jedną z metod – obok eksterminacji – były wywózki polskiej inteligencji w głąb Związku Radzieckiego. Wielkie deportacje dokonały niewyobrażalnego spustoszenia w strukturze społecznej okupowanych terytoriów. Wywoływały też ogromny lęk u tych, którzy jeszcze pozostawali w swoich domach. W każdej chwili bowiem bolszewicy mogli przyjść po nich.

?W latach 1939–1944 Polacy we Lwowie doświadczyli dwóch okupacji: sowieckiej i niemieckiej
AFP

Wykorzenić polskość

Szczególnie brutalnym przejawem polityki depolonizacji Kresów Wschodnich były dwie wielkie wywózki – w kwietniu i czerwcu 1940 r. To właśnie one nadszarpnęły wiarę Polaków w poprawę ich sytuacji. Do tego czasu łudzono się jeszcze, że potęga aliantów zwycięży połączone siły Niemiec i ZSRR. W czerwcu 1940 r. te nadzieje okazały się płonne. We Lwowie narastały lęk, zniechęcenie i poczucie beznadziei. Do złych nastrojów doszły jeszcze wciąż pogarszające się warunki życiowe: głód, nieustanne zimno, brak podstawowych produktów. Nie pomagało też ciągłe zagrożenie aresztowaniem i deportacją. Barbara Mękarska-Kozłowska wspominała w swoich zapiskach: „Boję się, boję się. (...) Po tych wywożeniach to ludzi ogarnął taki obłędny strach, że po nocach nie śpią, na lada turkot auta zrywają się oblani potem. (...) Chwilami otwierają się mroczne części mej duszy i myślę, że nie przetrwam, że popełnię samobójstwo, jeśli nas wywiozą. Ale ja się boję, ordynarnie się boję".

Wkrótce z Kazachstanu zaczęły docierać pierwsze listy od zesłańców. Ich treść przerażała lwowiaków jeszcze bardziej niż głód, chłód i bieda. Opisywana w listach tęsknota za krajem, poczucie absolutnej obcości i gwałty dokonywane na wywiezionych kobietach nie pozwalały mieszkańcom okupowanego miasta spać spokojnie. Lwowiacy stopniowo tracili wiarę nie tylko w rychłe zakończenie sowieckiej okupacji, ale nawet w możliwość funkcjonowania struktur konspiracyjnych, bo rewizje i rozbijanie podziemnych komórek odbierały resztki nadziei.

Mimo strachu, aresztowań i powszechnego zwątpienia Polacy błyskawicznie zorganizowali akcje pomocowe dla wywiezionych rodaków. Do zesłańców wysyłano przede wszystkim paczki żywnościowe, w których były też często medaliki, książeczki do nabożeństwa, a także papier do pisania listów i tomiki wierszy. Wkrótce do deportowanych zaczęły trafiać i pieniądze, które lwowiacy chętnie na ten cel przekazywali. Nawet lwowskie harcerki, aby zebrać pieniądze dla zesłańców, piekły ciastka i sprzedawały je na targach. Wysyłki paczek stały się tak powszechne i częste, że wywołały restrykcje ze strony okupanta. Sowieci starali jak najbardziej utrudnić Polakom organizację pomocy, wprowadzając coraz to nowe ograniczenia. Doszło do tego, że aby nadać paczkę do Kazachstanu, trzeba było jechać aż 200 km do odpowiedniego urzędu pocztowego. Była to cała wyprawa, zresztą niebezpieczna ze względu na częste i uciążliwe rewizje milicyjne.

Lwowiacy organizujący akcje pomocowe nie zapominali też o rodakach przetrzymywanych w aresztach NKWD. Formą protestu przeciwko bezwzględnemu postępowaniu okupanta – wbrew wszechogarniającemu strachowi przed NKWD – był też udział w patriotycznej manifestacji przy Grobie Nieznanego Żołnierza oraz hołd złożony na cmentarzu Obrońców Lwowa poległym w walce o niepodległość. Na co dzień lwowiacy, cudem unikając aresztowań, składali kwiaty w miejscach szczególnie związanych z polskością, a zdewastowane czy usunięte przez Sowietów krzyże odnawiali.

Zderzenie cywilizacji

Tego strachu nie mógł zniwelować pozornie niegroźny wygląd czerwonoarmistów. Wynędzniali, w łachmanach, brudni, z karabinami na sznurkach – przedstawiali odpychający widok. U lwowiaków budzili niechęć i dystans. Historyk Grzegorz Hryciuk zaznacza, że „Polaków lwowskich raziła nawet aparycja bolszewików – nieinteligentne twarze »strzelczyń« o rysach grubych, prostych, twarze komandirów, tępe, jakby z jakiejś bryły wykute, a czasami znów rozjaśnione jakąś podstępną, chłopską chytrością, twarze od siekier, bezmyślne".

Jan Smółka opisał wydarzenie, którego był świadkiem w Przemyślu. Oto jeden z sowieckich żołnierzy „kupił w sklepie maszynkę do mięsa, szedł ulicą, kręcił korbą i narzekał, że mu nie gra". Trudno nie wspomnieć też legendarnych dziś opowieści o specyficznej miłości sowieckich żołnierzy do zegarków. Posiadanie choćby jednego (a bywało, że zakładali po kilka naraz) pozwalało im się czuć jak prawdziwy pan i patrzeć Polakom prosto w oczy. Inna sprawa, że sposoby zdobywania zegarków były dość kontrowersyjne. Marian Kopf z Lubaczowa opisywał, że jedną z metod było zadawanie przechodniowi niewinnie brzmiącego pytania: „Sluszajtie towariszcz, skolko wremia?". Zwykle odruchowa uprzejmość kończyła się natychmiastową utratą zegarka. Sowieckie kobiety przebierały się w znalezione we lwowskich domach halki czy podomki i dumnie kroczyły w nich do teatru ku powszechnemu zdumieniu rdzennych mieszkańców miasta. Wiele do życzenia pozostawiał też język, jakim posługiwali się okupanci: wulgarny, niewybredny, ograniczony do podstawowych słów, wśród których dominowało „dawaj!" oraz partykuła „ha", którą zaczynali wszystkie swoje wypowiedzi.

Te i wiele innych wydarzeń powodowały, że mieszkańcy Lwowa początkowo mieli do Sowietów raczej protekcjonalny i lekceważący stosunek. Póki jeszcze w Polakach tliła się nadzieja na rychłe odzyskanie wolności, zdarzało się (oczywiście nieoficjalnie), że zwracali się do nich per panie tymczasowy. Następne miesiące pokazały, że prymitywizm okupantów szedł w parze z ich okrucieństwem i brutalnością.

Krwawy czerwiec 1941 r.

Przełom roku 1940 i 1941 przywrócił Polakom cień nadziei. Wojna niemiecko-radziecka wisiała w powietrzu. Jej wybuch przyniósł jednak mieszkańcom Lwowa tragiczne i krwawe doświadczenia. Jerzy Węgierski w opracowaniu „Lwów pod okupacją sowiecką 1939–1941" zauważa, że atak Niemców całkowicie zaskoczył kierownictwo polityczne i wojskowe ZSRR, choć przygotowań do takiej operacji Niemcy nie potrafili ukryć. Już nad ranem 21 czerwca 1941 r. wojsko niemieckie zaczęło bombardowania i ostrzał artyleryjski pozycji swojego niedawnego sojusznika. Bomby spadły też na lotnisko lwowskie.

Gdy tylko wojna niemiecko-radziecka stała się faktem, paniczną ewakuację z miasta zaczęły jednostki milicji oraz NKWD, które dotąd korzystały z czterech lwowskich więzień: przy ulicy Kazimierzowskiej (Brygidki), Zamarstynowskiej, Łąckiego i Jachowicza. Pośpiech, w jakim sowieccy żołnierze opuszczali miasto, nie pozwolił im zamaskować zbrodni dokonywanych w więziennych murach. NKWD zdążyło jedynie wyprowadzić z nich blisko tysiąc osób, które – według ustaleń Jerzego Węgierskiego – popędzono piechotą do Moskwy. Morderczą podróż przeżyła zaledwie jedna trzecia więźniów. NKWD ewakuowało też polskich jeńców, z których część sowieccy kawalerzyści rozstrzelali. Wycieńczeni i głodni jeńcy nie mieli sił iść.

Hryciuk podaje, że we Lwowie popularna była anegdota związana z tłumaczeniem nazwy NKWD: „Nie wiadomo Kiedy Wróci do Domu". Dlatego też tabliczka z napisem „wejście surowo zabronione" wisiała przed siedzibą NKWD zupełnie niepotrzebnie, bo chętnych do łamania tego zakazu ze świecą było szukać. Mieszkańcy Lwowa wkrótce mogli się boleśnie przekonać, że wszystkie straszliwe opowieści na temat warunków i tortur, jakim poddawali więźniów sowieccy funkcjonariusze, były stokroć gorsze niż krążące na ten temat pogłoski. Więzienie przy Kazimierzowskiej funkcjonariusze NKWD opuścili wieczorem 23 czerwca, zamykając uprzednio wszystkie bramy. Dopiero nad ranem więźniowie zorientowali się, że nikt ich nie pilnuje. Wyłamując deski z podłogi i używając ich jako taranów, sforsowali drzwi i część z nich wydostała się na zewnątrz. Reszta nie zdążyła zbiec przed powrotem załogi NKWD, która do próbujących uciekać więźniów otworzyła ogień. Ci, którzy przeżyli, powrócili do cel. Byli w nich krótko, bo zaraz potem sowieccy oprawcy kazali wszystkim położyć się na podłodze i czekać na wywołanie po nazwisku. Wyczytywano po kilka osób i kierowano na dziedziniec. Wkrótce rozlegały się strzały, tłumione dźwiękiem włączonych silników samochodowych. Sowieci oszczędzili jedynie więźniów kryminalnych, którzy odzyskali wolność.

Rzeź trwała kilka dni, podczas których pozostający jeszcze przy życiu więźniowie nie otrzymywali racji żywnościowych. Dopiero po paru dniach NKWD opuściło budynek przy Kazimierzowskiej. Jerzy Węgierski twierdzi, że jeden z więźniów prześliznął się przez otwór w drzwiach celi (tzw. karmuszkę, przez którą podawano jedzenie) i uwolnił tych, którzy czekali w celach na okrutną śmierć. Świadkowie opowiadali, że po otwarciu jednego z pomieszczeń ukazał się upiorny widok ułożonych w stosy, nadgniłych ludzkich ciał w kałuży krwi. W celi obok siedziały ledwo żywe, półnagie i prawie oszalałe z przerażenia kobiety.

Z danych wynika, że spośród kilku tysięcy trzymanych w Brygidkach więźniów przeżyło około stu mężczyzn i mała grupa kobiet. Skala sowieckiego okrucieństwa jest porażająca, zwłaszcza gdy uwzględni się jeszcze kolejne trzy więzienia, do których wtrącano lwowiaków. W więzieniu zamarstynowskim przeżyło pięć kobiet i niespełna 70 mężczyzn. Oczom ludzi, którzy wdarli się do cel, by ratować ocalałych, ukazał się dokładnie taki sam widok jak w Brygidkach: stosy ludzkich ciał wydzielających trupi odór. W więzieniu na Łąckiego znaleziono martwe kobiety z obciętymi piersiami i zwłoki mężczyzn przybitych za życia do ścian. Znajdowano też ciała ludzi, którzy pomarli, dusząc się na stojąco, bo tak gęsto byli upchani w celach. Sowieci bardzo starali się zdążyć z wymordowaniem wszystkich więźniów, zanim wkroczy armia niemiecka.

Wszyscy znajdziecie się na szubienicy

Po wyjściu krasnoarmiejców z miasta jeden ze świadków tak opisywał to, co znaleziono w więzieniach: „Zaraz po odejściu Sowietów ruszono ławą do więzień i zgodnie ze strasznym przewidywaniem znaleziono w nich tylko zwłoki, pełno zwłok. Przez następne dni, począwszy już od niedzieli, do wszystkich więzień ciągnęły niekończące się procesje lwowian, którzy wśród zamordowanych poszukiwali swoich bliskich, starając się ich rozpoznać. Często było to niemożliwe, bo w upalną pogodę zwłoki gwałtownie rozkładały się. Potworny zaduch, wyczuwalny na setki metrów, mniej wytrzymałym nie pozwalał nawet na zbliżenie się do zwłok, układanych rzędami na więziennych podwórzach".

Wszystkiemu z nieukrywaną satysfakcją przyglądali się hitlerowcy. Lwowiacy z niedowierzaniem patrzyli, jak Niemcy robią zdjęcia, filmują, dokumentują poszukiwanie przez zrozpaczone rodziny szczątków swoich bliskich. Jeden ze świadków tych wydarzeń wspominał, że „do wynoszenia zamordowanych i układania ich na podwórzach zatrudniono grupy lwowskich Żydów, których tak skatowano, że nie różnili się prawie od umarłych". Do tych nieludzkich prac spędzali Żydów Ukraińcy, posłusznie wykonujący polecenia Niemców. Ci ostatni natomiast starali się bardzo, aby wszyscy mieszkańcy mogli dokładnie obejrzeć, co pozostawili po sobie ich poprzednicy. Widok musiał być rzeczywiście koszmarny, odbierający zmysły. Dość wyobrazić sobie nadgryzione przez szczury, rozdęte ciała pozbawione oczu i kończyn, ociekające zakrzepłą krwią. Tych szczątków musiały być tysiące, bo NKWD zamykało po kilkudziesięciu ludzi w celi przeznaczonej dla trzech lub czterech osób. Prawdopodobnie w tym krótkim czasie między 21 a 24 czerwca zginęło we lwowskich więzieniach 7–8 tys. więźniów. Tak przynajmniej podają źródła niemieckie. Faktyczną liczbę trudno ustalić, bo Sowieci aresztowali Polaków masowo, często bez wyraźnej przyczyny i dokumentacji. Stanisław Ostrowski, ostatni prezydent polskiego Lwowa, w swoich wspomnieniach zapisał, że przesłuchujący go funkcjonariusze NKWD powtarzali co chwilę: „Wkrótce wszyscy znajdziecie się w więzieniach i na szubienicy".

Podobne makabryczne mordy działy się w okolicach Lwowa. W Oleszycach koło Lubaczowa sowiecka straż graniczna spaliła żywcem więźniów trzymanych w zamku Sapiehów. W niektórych więzieniach wrzucano do cel granaty, żeby zaoszczędzić na czasie. Kobiety i dziewczęta Sowieci zbiorowo gwałcili, obcinali im piersi, niektórym wykręcali stopy do tyłu. Część więźniów miała usta zszyte drutem. To bestialstwo nie ma swojej nazwy. Pozostaje tylko milczeć nad cierpieniem, jakiego doświadczyli mieszkańcy tych terenów pod sowiecką okupacją.

Wejście do miasta nowego okupanta nie poprawiło sytuacji. Terror i okrucieństwo zmieniły tylko barwy i szyld. Dowodem tego jest tragiczna historia profesora Romana Renckiego, lwowskiego internisty, którego udało się uratować z masakry w Brygidkach. Miał 74 lata, był wycieńczony, chory i przerażony. Żył jeszcze zaledwie kilka dni, gdy wraz z innymi profesorami aresztowali go Niemcy i rozstrzelali w lipcu na Wzgórzach Wuleckich. Rozstrzeliwania, wieszanie na szubienicach, aresztowania i głodzenie stały się codziennością pod niemiecką okupacją. Dokonując eksterminacji polskiej inteligencji, Niemcy wtrącali do więzień artystów, nauczycieli, naukowców, studentów, których następnie wywozili do okolicznych lasów i rozstrzeliwali. Trwało to kilka pierwszych lipcowych dni 1941 r. Równocześnie zaczęły się pogromy ludności żydowskiej.

Trzech wrogów zamiast dwóch

Lwów w latach 1939–1944 to królestwo spuszczonego z łańcucha zła. Mieszkańcy miasta żyli w ciągłym strachu i poczuciu zagrożenia. „Inaczej niż na pozostałych terenach okupowanej Rzeczypospolitej poczucie to wynikało z istnienia – przynajmniej w świadomości społecznej Polaków – trzech wrogów miast dwóch" – twierdzi Grzegorz Hryciuk. – W pierwszym okresie okupacji niemieckiej, gdy ujawnione zostało prawdziwe oblicze »barbarzyńców Zachodu«, III Rzeszę uznano powszechnie za wroga numer jeden. Zwycięstwa radzieckie, aktywność propagandowa komunistów, propaganda niemiecka, pamięć okupacji radzieckiej, spór graniczny między Polską i jej wschodnim sąsiadem wywołały wzrost niechęci do ZSRR. Eskalacja konfliktu polsko-ukraińskiego w 1943 r., groza mordów na ludności polskiej dokonywanych przez oddziały UPA, zaczęła przyćmiewać obawy związane z ponownym nadejściem Armii Czerwonej. Coraz większą akceptację zdawała się zyskiwać teza, że w Galicji Wschodniej wrogiem nr 1 są Ukraińcy".

Niewątpliwie Polacy na ziemiach południowo-wschodnich znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji, którą w dramatyczny sposób pogarszała ścisła współpraca NKWD i Gestapo. Polski ruch oporu musiał mierzyć się nie tylko z metodycznie działającą morderczą machiną hitlerowskiego okupanta, ale przede wszystkim z sowiecką bezwzględnością i podstępnością. Jak wynika z meldunków Tadeusza Bora-Komorowskiego, praca konspiracyjna pod okupacją sowiecką okazała się dużo trudniejsza niż za niemieckiego najeźdźcy: „Metody zwalczania naszego ruchu podziemnego stosowane przez NKWD stanowiły przedmiot wyraźnego podziwu ze strony Gestapo, które chciało je sobie przyswoić także dla okupacji niemieckiej. Nie było zresztą żadnej wątpliwości co do tego, że metody NKWD górowały nad gestapowskimi. Były one stokroć bardziej niebezpieczne i skuteczne".

Paradoksalnie Grzegorz Hryciuk stawia tezę, że pod okupacją sowiecką lwowiacy mieli w ostatecznym rozrachunku lepsze warunki bytowe niż za Niemców, którzy traktowali podbijane ziemie jako nadające się wyłącznie do absolutnej eksploatacji. W przeciwieństwie do nich Sowieci starali się, by zachować pozory Lwowa jako miasta wizytówki, które pod ich zarządem kwitnie kulturą i dobrobytem. Inna sprawa, że była to sztuka i kultura absolutnie podporządkowana komunistycznej propagandzie. „W odróżnieniu od okupanta niemieckiego, okupant radziecki żądał, by się go nie tylko bać, ale i kochać" – zauważa Hryciuk. Stosowanie terroru miało zastraszać, ale i zmuszać do działań publicznie afirmujących władztwo sowieckiego okupanta. Z poglądem Hryciuka trudno się zgodzić potomkom tych, którzy doświadczyli obu rodzajów okupacji. Ich zdanie jest bliskie temu, co pisał o Sowietach Bór-Komorowski. Byli oni o wiele bardziej niebezpieczni, bo z łatwością wnikali w polską tkankę społeczną, aresztowali bez wyraźnego powodu, byli chorobliwie podejrzliwi i nieprzewidywalni.

W maju 1944 r. na Lwów znów spadły bomby, tym razem radzieckie. Pamiętający czasy sowieckie lwowiacy ratowali się ucieczką, zwykle na tereny zachodniej Małopolski. W pierwszej połowie lipca z miasta zaczęły się wycofywać niemieckie wojska, a pod koniec miesiąca we Lwowie już na powrót stacjonowali żołnierze sowieccy. Przełom lipca i sierpnia 1944 r. to czas instalowania się w mieście NKWD. To także pierwsze aresztowania żołnierzy Armii Krajowej, którzy jeszcze kilkanaście dni wcześniej triumfalnie wkraczali do Lwowa, owacyjnie witani przez mieszkańców. Sowiecka okupacja w następnym roku stała się faktem, zatwierdzonym i usankcjonowanym porozumieniami zawartymi w Jałcie, Poczdamie i Moskwie. Polska ludność masowo opuszczała Lwów, przenosząc się głównie na Dolny Śląsk (Wrocław i okolice), ale też w inne regiony Polski.

Na zakończenie zacytuję słowa, które usłyszałam od jednego z potomków lwowskiej rodziny, mieszkającego dziś w Warszawie: „Dziadkowie nie mogli pogodzić się z wpisami w dowodach osobistych (wystawianych w PRL), bo w rubryce miejsce urodzenia mieli napisane: Lwów ZSRR, a oni rodzili się jeszcze we Lwowie RP".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA