fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Krzysztof Kowalski: Niech będzie przeklęta żarówka

AdobeStock
Ludzkość najpierw krótkowzrocznie zrezygnowała z zegara biologicznego, a teraz po omacku próbuje powracać do tego, do czego powrócić się nie da.

Media PRL-owskie nie zajmowały się takimi głupstwami, ale przegniłe media kapitalistyczne – tak. W 1962 roku przebojem lata w zachodniej prasie i telewizji było zdjęcie młodego (23 lata) francuskiego speleologa Michela Siffre, wyczerpanego i w opłakanym stanie wychodzącego z alpejskiej jaskini Scarasson. Wszedł do niej 18 lipca, wyszedł – 14 września. Pozostawał 110 metrów pod powierzchnią ziemi, bez zegarka, radia. Czeluść jaskini stworzyła warunki do obserwowania reakcji fizjologicznych oraz ewolucji rytmu „czuwanie – sen" przy braku jakichkolwiek zewnętrznych wskaźników czasu. Pod ziemią nie było żadnych reguł, wezwań na śniadanie, obiad, do snu, nie było pobudek, Michel Siffre robił to tylko wtedy, gdy odczuwał taką potrzebę.

W jaskini panowały nieprzeniknione ciemności, stała temperatura nie podlegała dobowym wahaniom, na wszystkim skraplała się woda, wilgoć przesiąkła ubranie, śpiwór. Michel Siffre zapadł w stan „półhibernacji", zatracił wszelkie poczucie następstwa dni i nocy. Ponieważ rytm dnia i nocy zaniknął, sprawy potoczyły się swoim rytmem. Grotołaz zasypiał i budził się coraz „później", każdego „dnia", aż do momentu gdy jego wewnętrzny rytm uniezależnił się od rytmu na powierzchni. I ten niezależny nieziemski rytm stał się dla Michela rytmem normalnym. Dobrowolny jaskiniowiec stracił pamięć w takim sensie, że „wieczorem" nie pamiętał, co jadł „rano". Gdy wychodził z jaskini 14 września, był przekonany, że jest 20 sierpnia 1962 roku. Czas w grocie płynął mu wolniej niż na powierzchni ziemi.

Był to słynny eksperyment w historii nauki, dał początek nowej dziedzinie wiedzy – chronobiologii. Eksperyment wykazał istnienie uniwersalnego fizjologicznego rytmu. Michel Siffre podczas pobytu pod ziemią budził się co 24 godziny i 30 minut, niezależnie od tego, co robił. Tym samym dowiódł istnienia w człowieku wewnętrznego zegara regulującego aktywność życiową w rytmie dobowym, mniej więcej 24-godzinnym, niezależnie od warunków zewnętrznych. Michel Siffre powtórzył eksperyment dziesięć lat później – z podobnym skutkiem.

Nasi przodkowie przez dziesiątki tysięcy lat żyli bez zegarków, telefonów, radia, żarówek. Przez ten czas kształtowały się mechanizmy informujące człowieka, że pora wstawać, brać się do pracy (polować, orać), jeść, odpoczywać. Naszym przodkom dni upływały według wskazań wewnętrznego zegara: wstawali o wschodzie, pracowali przy świetle słonecznym, o zmierzchu wieczerzali, a potem zapadali w sen.

Aliści, w XIX stuleciu, wraz z upowszechnieniem żarówki, wszystko wywróciło się do góry nogami. Kładziemy się do łóżek i wstajemy niezależnie od światła słonecznego. Żarówka umożliwiła pracę, naukę i rozrywkę po zachodzie słońca. Niestety, ten zysk drogo kosztuje. Ceną jest rozregulowanie wewnętrznego biologicznego zegara człowieka konstruowanego przez tysiąclecia. Zaczęliśmy żyć pod dyktando zegara społecznego. Posiłki, praca, odpoczynek, rozrywka – wszystkie te czynności i zachowania odbywają się w zgodzie nie z naturą, lecz z oczekiwaniami społecznymi, a te z kolei zależą od danego społeczeństwa, kraju. Żyjemy w rytmie, jakiego oczekują od nas pracodawcy, znajomi, stacje telewizyjne, przy czym oczekiwania te kompletnie ignorują światło słoneczne.

Rezultat? Osoby aktywne w tej części doby, w której już lub jeszcze nie ma operacji słonecznej, narażone są na większe ryzyko chorób sercowo-naczyniowych, zaburzeń metabolizmu, co prowadzi do nadciśnienia, otyłości, cukrzycy, miażdżycy i Bóg jeden raczy wiedzieć czego jeszcze.

Dlatego pomysł uniemożliwienia dzieciom i młodzieży podczas zimowych ferii przebywania poza domem do godziny 16.00 (co w naszej szerokości geograficznej oznacza: do zmierzchu), ludzie wyznający światopogląd religijny nazwą „wołającym o pomstę do Nieba", a wyznawcy światopoglądu naukowego – pomysłem „rodem z niewiedzy, ignorancji".

Niebo za ten pomysł się nie zemści, ale ewolucja już tak. Pomysł ten, zrodzony w warunkach pandemii, pojawił się nie tylko w Polsce. Niewielka to pociecha. Ani pandemia, ani inne okoliczności z piekła rodem nie powinny usprawiedliwiać społecznych i biologicznych nonsensów. Pandemia przeminie, a zarządzenia stojące w sprzeczności z wiedzą spowodują – w tym przypadku – spontaniczny eksperyment pokrewny doświadczeniu w alpejskiej jaskini, wprawdzie mniej widowiskowy, ale za to na o wiele większą skalę. Mimowolni animatorzy tego spontanicznego eksperymentu w dobie pandemii przejdą do historii chronobiologii.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA