fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Łepkowski: Taniec nad przepaścią

Jerzy Waszyngton wierzył, że fundamentem republiki jest wolność słowa i nieograniczone prawo obywateli do manifestowania poglądów politycznych. Wszelką cenzurę postrzegał jako forpocztę dyktatury
Ann Ronan Picture Library / Photo12 via AFP
Tęsknię za Ameryką przełomu lat 80. i 90. XX wieku. To był kraj naprawdę wolnych ludzi. Po 11 września 2001 r. powoli zamienił się w jedną wielką strefę policyjną, pełną biometrycznych identyfikatorów, kodów osobistych, monitoringów i kontroli.

W latach 90. nieraz odwiedzałem budynek Kongresu Stanów Zjednoczonych, do którego wchodziło się prosto z East Capitol Street. Nieraz i bez problemów siadałem na widowni sali posiedzeń Izby Reprezentantów czy Senatu. Zamknięta dzisiaj Pennsylvania Avenue, ulica od strony wejścia głównego do Białego Domu, była przejezdna. Chodziło się tam na niedzielne spacery. Żeby pospacerować po ogrodzie (The White House South Lawn) lub zwiedzić rezydencję pierwszej rodziny USA, wystarczyło przejść przez wartownię od strony East Executive Avenue. Czasami na korytarzach Białego Domu można było minąć sekretarza stanu, doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego czy innych ważnych urzędników federalnych. Czasami przez okno od strony małego podwórza skrzydła zachodniego można było zobaczyć prezydenta siedzącego w Gabinecie Owalnym. Do dzisiaj zastanawia mnie, jak ci ludzie prezydenta mogą pracować w tak małym budynku. Wtedy jeszcze musieli nieustannie wpadać na turystów tłumnie przemierzających korytarze Białego Domu.

Ale taka właśnie była wizja ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Zarówno rezydencja prezydenta, jak i siedziba Kongresu i nieco później The Marble Palace (siedziba Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych) nie miały być odizolowanymi zasiekami fortecami, w których przed niebezpiecznym i nieprzewidywalnym tłumem kryją się elity, ale matecznikami demokracji, w dosłownym tego słowa znaczeniu przeznaczonymi do użytku publicznego.

Prawo do obrony swoich poglądów i jawnego wyrażania sprzeciwu wobec koteryjności władzy jest kamieniem węgielnym amerykańskiej demokracji. Bez tego cały sens amerykańskiej rewolucji rozsypałby się w pył. Jerzy Waszyngton podkreślał, że: „podstawą tego systemu politycznego jest prawo ludzi do tworzenia i zmieniania swoich konstytucji rządowych". Innymi słowy: żadna forma rządu nie jest ustanowiona raz na zawsze. Żadna! Petryfikacja przestarzałych mechanizmów władzy, wymuszanie jednomyślności światopoglądowej, ograniczanie wolności jednych w imię obrony praw innych, wypaczona poprawność polityczna – wszystko to prowadzi ku katastrofie.

15 marca 1783 r. Jerzy Waszyngton dobitnie wyraził swoje obawy w przemówieniu do korpusu oficerskiego Armii Kontynentalnej: „Jeśli ludzie zostają pozbawieni możliwości wyrażania swoich uczuć w sprawie, która może pociągać za sobą najpoważniejsze i najbardziej niepokojące konsekwencje (...), to rozsądek jest dla nas bezużyteczny; jeśli wolność słowa zostanie nam odebrana, to głupi i milczący możemy zostać zaprowadzeni jak owce na rzeź".

Jak się zatem bronić przed takim zagrożeniem? Thomas Jefferson odpowiedział na to pytanie w sposób, który może u nas budzić niepokój: „Ilekroć jakakolwiek forma rządu staje się destrukcyjna dla tych wartości, ludzie mają prawo ją zmienić lub znieść oraz ustanowić nowy rząd, opierając się na takich zasadach i organizując swoje uprawnienia w takiej formie, jaka im odpowiada. Najprawdopodobniej wpłyną w ten sposób na swoje bezpieczeństwo i szczęście". Od ponad 200 lat trwa dyskusja historyków, czy wielki myśliciel z Monticello rzeczywiście wypowiedział te słowa. Są one bowiem zapalnikiem do wielkiej bomby. Niemniej stanowiły one filar ideologiczny insurekcji kolonialnej przeciw koronie brytyjskiej, a przez dwa kolejne stulecia – rdzeń amerykańskiej myśli społeczno-politycznej. Amerykanie pamiętają także inne, bez wątpienia autentyczne i jakże znamienne słowa trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych: „Jaki kraj może zachować swoje wolności, jeśli jego władcy nie są od czasu do czasu ostrzegani, że ich poddani zachowują ducha oporu? Niech więc chwycą za broń!".

Ameryka zawsze była krajem podzielonym – ekonomicznie, kulturowo, etnicznie, rasowo, religijnie i politycznie. Ale podstawowa koncepcja zakładała, że z tej różnorodności zrodzi się jedność. 160 lat po wybuchu wojny secesyjnej ta jedność ponownie jest zagrożona. Daleki jestem od wskazywania winnych tego rozłamu, bo wszyscy po trosze ponoszą odpowiedzialność. Ameryka znowu stoi na krawędzi. Dalej jest tylko przepaść.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA