fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Irena Gut-Opdyke: Ta druga Irena

W sumie spośród radomskich Żydów wojnę przeżyło zaledwie kilkuset. Irena Gut-Opdyke uratowała od śmierci kilkanaście osób
ALAMY LIMITED/BE&W
Podczas wojny tysiące Polek ruszyły na ratunek żydowskim bliźnim. Niektóre z tych bohaterek są powszechnie znane, wiele innych jednak, nie mniej walecznych, pozostaje w cieniu.

Irena Sendlerowa należy do grona najbardziej rozpoznawalnych spośród Sprawiedliwych wśród Narodów Świata – zarówno w Polsce, jak i za granicą. Z pomocą wielu ludzi dobrej woli podczas niemieckiej okupacji z warszawskiego getta uratowała ponad 3500 żydowskich dzieci. To właśnie z nią, ze względu na to samo imię, jest najczęściej mylona równie bohaterska Irena Gut-Opdyke.

Wychowana w patriotycznej rodzinie

Irena Gut urodziła się 5 maja 1922 r. w mazowieckich Kozienicach. Jej ojciec Władysław Gut był chemikiem i architektem, a matka Maria zajmowała się domem. Irena była najstarszą z pięciorga sióstr. Przez pierwsze lata życia dziewczynki rodzina ze względu na pracę ojca wielokrotnie zmieniała miejsce zamieszkania – na początku lat 30. ostatecznie osiedliła się w Kozłowej Górze, małym miasteczku na Górnym Śląsku, położonym zaledwie kilka kilometrów od granicy z Niemcami. Większość jego mieszkańców miała niemieckie korzenie, a język niemiecki nieustannie towarzyszył dorastającej Irenie w szkole i na ulicach. Nie wiedząc nawet kiedy, dziewczyna nauczyła się nim biegle władać, co w przyszłości miało wielokrotnie uratować jej życie. I chociaż niemiecko brzmiące nazwisko oraz aryjska uroda Ireny (była niebieskooką blondynką) powodowały, że nowi sąsiedzi uważali ją za Niemkę, wychowana w patriotycznej rodzinie nastolatka czuła się Polką. Wówczas nie stanowiło to jeszcze problemu. Jak twierdziła Gutówna, „ówcześni mieszkańcy nie przejmowali się tym, czy są Polakami, czy Niemcami. Przez wieki granice często się przesuwały i dla ludzi z tego regionu nie miało znaczenia, czy rządzono nimi z Warszawy, czy z Berlina".

Rodzice Ireny prowadzili dom otwarty dla wszystkich potrzebujących i w ten sam sposób starali się wychowywać swoje córki. „Rodzice od najmłodszych lat wyrabiali w nas wrażliwość na problemy społeczne. Razem z mamą i siostrami przygotowywałyśmy koszyki z jedzeniem dla ubogich i chorych. Sąsiedzi w nieszczęściu, znużeni wędrowcy czy nawet chore zwierzęta – wszystkich rodzice otaczali życzliwością i opieką", z czułością wspominała po latach Irena.

To właśnie za namową rodziców postanowiła zostać wolontariuszką Czerwonego Krzyża i zdobyć zawód pielęgniarki. W 1938 r. wyjechała do szkoły pielęgniarskiej w Radomiu, gdzie z zapałem poświęciła się nauce. W roku poprzedzającym wybuch wojny atmosfera w Europie była już bardzo napięta. Podczas szkoleń adeptek pielęgniarstwa zaczęto szczególny nacisk kłaść na umiejętności mogące się przydać w razie wybuchu walk. Zaniepokojeni rodzice Ireny wysyłali do niej listy z prośbami o szybki powrót do domu, jednak dziewczyna nie zamierzała ich tym razem słuchać. Uważała, że w przypadku wybuchu wojny ma obowiązek włączyć się do działań jako pielęgniarka i nieść pomoc rannym. Kiedy tuż przed tragicznym wrześniem 1939 r. przyjechała do Kozłowej Góry na letnie wakacje, bardzo dotknęła ją zmiana, jaką zauważyła w postawie wielu dawnych sąsiadów i przyjaciół. Zaczęli oni bowiem w zdecydowanej większości deklarować się jako Niemcy i odcinać od Polaków. W sklepowych witrynach pojawiły się antysemickie hasła wzywające do bojkotu żydowskich handlarzy i domagające się ich usunięcia z Polski.

Irena Gut-Opdyke w 1982 r. otrzymała medal Sprawiedliwej wśród Narodów Świata
Mary Evans Picture Library/WEIMAR ARCHIVE/BE&W

Wybuch wojny

Pomimo błagań rodziców Irena wróciła w sierpniu do Radomia, aby kontynuować naukę. Wybuch walk zastał ją w drodze do szpitala. Nie opuszczała go przez kolejne dni, zajmując się bez przerwy stale napływającymi rannymi. Gdy do szpitala zawitało wycofujące się polskie wojsko i poprosiło o wsparcie medyczne, Irena bez wahania zgłosiła się na ochotniczkę. Wraz z grupą dwustu szeregowców, oficerów i wolontariuszy Czerwonego Krzyża przedarła się do litewskiego Kowna. Tam dotarły do nich hiobowe wieści: Polska przestała istnieć, jej terytorium na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow zostało podzielone pomiędzy ZSRR i III Rzeszę, a oni znajdowali się obecnie na ziemi sowieckiej.

Kolejnym rozkazem było przedostanie się do Lwowa. Podczas tej przeprawy, w mroźną, styczniową noc zdarzyła się tragedia. W trakcie jednej z wypraw do wsi w celu zakupienia żywności Irena została napadnięta przez rosyjskich żołnierzy. Zgwałconą i pobitą do nieprzytomności oprawcy pozostawili na pewną śmierć w lesie. Dziewczynę odnalazł jednak inny patrol, który ocalił jej życie i przetransportował do szpitala w Tarnopolu. Przebywała tam dwa miesiące, dochodząc do siebie, kontynuując naukę pielęgniarstwa i przymusowo opiekując się rosyjskimi rannymi. Uciekła stamtąd w marcu 1940 r., lecz po pewnym czasie została ponownie zatrzymana, gdyż byli współpracownicy ze szpitala tarnopolskiego oskarżyli ją o członkostwo w antysowieckiej partyzantce. Irenie ponownie udało się uciec. Skorzystała z porozumienia zawartego między Niemcami i Rosjanami dotyczącego zezwolenia Polakom znajdującym się po stronie rosyjskiej na powrót do rodzin pozostałych w strefie niemieckiej. Wróciła do Radomia, gdzie ku swojemu zdumieniu i radości spotkała rodziców wraz z siostrami. Okazało się, że zostali oni wysiedleni przez hitlerowców z Kozłowej Góry, którą ogłoszono miastem niemieckim. Irena wspominała: „Straciliśmy dom, piękną willę w Kozłowej Górze, nasz dobytek, pamiątki, fotografie i książki – to przepadło. Lecz nareszcie byliśmy razem. Mieliśmy ogromne szczęście".

Wielką euforię i ulgę, jaką sprawiło Irenie połączenie z bliskimi, szybko przyćmiła brutalna rzeczywistość hitlerowskiej okupacji. Warunki materialne siedmioosobowej, pozbawionej majątku, mieszkającej kątem u dalekich krewnych rodziny były bardzo ciężkie. Atak III Rzeszy na Rosję w czerwcu 1941 r. zniweczył wszelkie marzenia o szybkim końcu wojny. W lipcu Niemcy aresztowali i wywieźli do Kozłowej Góry ojca Ireny, gdzie zmusili go do ponownego uruchomienia fabryki. Matka Ireny, nie chcąc zostawić męża samego, postanowiła także wyjechać do Kozłowej Góry. Wzięła ze sobą trzy najmłodsze córki. Irena i 17-letnia Janina na próżno błagały matkę, by je także ze sobą zabrała. Kobieta pozostała jednak nieugięta, ponieważ obawiała się, że młode dziewczyny zostaną przez hitlerowców wywiezione na przymusowe roboty do Niemiec.

Obie nastolatki musiały odtąd radzić sobie same. Pracująca w restauracji dla Niemców Janina często przynosiła do domu resztki jedzenia, mimo to dziewczętom doskwierał nieustanny głód. Irena starała się szukać pocieszenia w Bogu i często chodziła do kościoła. Podczas jednego z nabożeństw do świątyni wpadli Niemcy i urządzili łapankę. Aresztowaną Irenę zmuszono do pracy w fabryce amunicji: „Zostałam niewolnicą. Jak inaczej nazwać kogoś, kto pod strażą zmuszany jest do pracy w fabryce i nie dostaje za to żadnej zapłaty? Jedyne w tym pocieszenie, że wciąż byłam w Polsce, a nawet w Radomiu".

Niemal wszyscy Żydzi z radomskiego getta (ok. 30 tys.) zostali zamordowani przez Niemców w obozie zagłady w Treblince
ALAMY LIMITED/BE&W

Jej obowiązkiem było pakowanie amunicji. Odbywało się to w hali pełnej piekielnego hałasu i trujących wyziewów. Robotnicom nie wolno było nawet usiąść, a choćby cień podejrzenia o sabotaż mógł doprowadzić do wyroku śmierci. Wystarczył dwutygodniowy pobyt w takich warunkach, aby Irena zapadła na ciężką anemię. Podczas jednej z kolejnych niemieckich kontroli zemdlała prosto pod nogi starszego majora Eduarda Rügemera. Ten zlitował się nad dziewczyną i załatwił jej lżejsze zajęcie w kuchni niemieckiego hotelu. Schulz, nowy szef Ireny, okazał się ludzkim i życzliwym człowiekiem, który nie przeciążał jej obowiązkami, a do domu nie wypuszczał bez smakołyków dla niej i siostry.

Jedzenie dla głodujących Żydów

Nadal trwała jednak wojna, Niemcy nie ustawali w realizacji szatańskiego planu zgładzenia ludności żydowskiej. Radomskie getto, nazywane gettem na Glinicach, sąsiadowało z hotelem, w którym pracowała Gutówna. Pewnego dnia z okna budynku dziewczyna ujrzała krwawą egzekucję mieszkańców getta. Ta chwila okazała się dla niej przełomem. Z hotelowej kuchni zaczęła wynosić żywność, którą następnie ukradkiem przekazywała do getta: „Odtąd codziennie, gdy tylko nadarzyła się okazja, wymykałam się i zostawiałam jedzenie pod płotem. Wiedziałam, że to zaledwie kropla w morzu potrzeb, ale nie potrafiłam nie zrobić nic". Podczas jednej z takich ryzykownych eskapad Irena przypadkiem stała się świadkiem kolejnego wielkiego okrucieństwa. Na własne oczy ujrzała, jak „SS-man wyrwał niemowlę z rąk kobiety, podrzucił je do góry i przestrzelił jak ptaka". Ta zbrodnia na zawsze pozostała w jej pamięci jako symbol niewyobrażalnego zła, do jakiego zdolny jest człowiek.

Latem 1942 r. Irena po raz kolejny znalazła się w Tarnopolu, tym razem wraz z siostrą Janiną. Oprócz dalszej pracy w oficerskiej kantynie do jej obowiązków dołączyło kierowanie wojskową pralnią. W miejscu tym pracowało 12 Żydów, którym dziewczyna od razu zapragnęła pomóc: „pomyślałam, że niczym się w zasadzie nie różnimy. Byliśmy w tarapatach, a Niemcy byli naszymi wrogami". Wykorzystując swą aryjską urodę i doskonałą znajomość języka niemieckiego, starała się czarować odwiedzających kantynę wojskowych i wyciągać od nich informacje o planowanych represjach w getcie. W krytycznym momencie likwidacji getta wywiozła swoich przyjaciół z pralni i ukryła w lesie, a następnie dowoziła im tam wynoszoną z miejsca pracy żywność oraz ciepłą odzież.

Kryjówka w szybie wentylacyjnym

Dziewczyna wiedziała jednak, że uciekinierzy nie zdołają przeżyć w lesie ciężkiej nadchodzącej zimy. Kiedy rozpaczliwie poszukiwała innego sposobu ratunku, los ponownie się do niej uśmiechnął. Oto major Eduard Rügemer, ten sam, który ocalił ją przed śmiercią z wyczerpania w radomskiej fabryce amunicji, postanowił zamieszkać w jednej z tarnopolskich willi i zatrudnić Irenę w charakterze swojej gospodyni. Dało to Polce okazję do zrealizowania szaleńczo odważnego planu, który zrodził się w jej głowie. Sprowadziła ukrywających się w lesie przyjaciół do willi swego pracodawcy, a konkretnie... do szybu wentylacyjnego łazienki. Z tej niewygodnej kryjówki Irena wypuszczała ich za każdym razem, gdy major wychodził do pracy. Wówczas Żydzi mogli rozprostować nogi, wziąć prysznic, skorzystać z łazienki. Pomagali Irenie w pracach kuchennych. Zanim major, który z niemiecką punktualnością i dokładnością wracał o zapowiedzianej porze, sekretni lokatorzy siedzieli już z powrotem w szybie, a wszelkie ślady ich obecności były starannie zatarte.

Irena i ukrywani przez nią ludzie zdawali sobie sprawę, że igrają ze śmiercią. Zachowywali więc najwyższy stopień ostrożności. Specjalny przycisk pod dywanem uruchamiał światło w piwnicy, dzięki czemu Gutówna mogła w porę ostrzegać ich o niebezpieczeństwie. Mimo to doszło do donosu, który poskutkował nalotem Gestapo na willę Rügemera. Na szczęście funkcjonariuszom nie udało się nikogo znaleźć i szybko opuścili budynek, odprowadzani wściekłością i groźbami majora oburzonego samym podejrzeniem, że w jego lokalu mogliby ukrywać się Żydzi. Incydent ten jednak uświadomił Irenie, że dom Niemca nie jest bezpieczną kryjówką. Niestety, zanim zdążyła podjąć decyzję o przeniesieniu przyjaciół w inne miejsce, ich obecność została odkryta przez Rügemera.

W obliczu płaczu i błagań Ireny dopuścił się perfidnego szantażu. Obiecał, że nie wyda ukrywanych przez nią osób pod warunkiem, że dziewczyna zostanie jego kochanką. Gutówna przystała na to żądanie z ciężkim sercem. Po latach jednak stwierdziła, że „to naprawdę nie była wysoka cena za życie tylu osób". Do końca życia także z bólem wspominała reakcję księdza, do którego poszła szukać pocieszenia. Gdy wyznała, że w przypadku jej odmowy kilkanaścioro ludzi straciłoby życie, usłyszała, że w takim razie ona „straci swoją nieśmiertelną duszę, a to są tylko (!) Żydzi". Możliwe, że decydując się na współpracę ze swoją gospodynią, major troszczył się także o własne bezpieczeństwo. Prawdopodobnie bał się, że Gestapo nie uwierzy, iż o niczym nie wiedział. Zaledwie dzień przed odkryciem niechcianych lokatorów w mieście odbyła się publiczna egzekucja przez powieszenie dwóch rodzin: żydowskiej i polskiej, która jej pomagała.

Ucieczka do partyzantów

Niemiec traktował ukrywających się ludzi życzliwie i nawet pozwolił im swobodnie chodzić po całym domu, bo – jak przytaczała jego słowa Irena – „skoro i tak wiem, że tam są, to po co mają cierpieć takie niewygody?". Doszło jednak do kolejnego donosu. Tym razem nie dotyczył ukrywania Żydów, lecz faktu posiadania przez majora polskiej kochanki, co wedle nazistowskiego prawa stanowiło pogwałcenie ustaw norymberskich, strzegących czystości germańskiej rasy. Spanikowany Rügemer zwolnił Irenę i wyrzucił ją z domu wraz z ukrywającymi się ludźmi. Żydzi powrócili do swojej kryjówki w lesie, natomiast Irena postanowiła przedrzeć się do Kielc, gdzie mieszkali jej przyjaciele sprzed wojny. W tym mieście poznała partyzanta Janka Ridla, z którym połączyła ją miłość. Pod jego wpływem wstąpiła do leśnej partyzantki na Kielecczyźnie i przyjęła pseudonim Mała. Przenosiła rozkazy wpięte we włosy oraz paczki z pieniędzmi przesyłanymi z Anglii na wsparcie oddziału. W maju 1944 r. dziewczynę spotkała kolejna tragedia: jej ukochany Janek zginął na trzy dni przed planowaną datą ślubu. Załamana Irena z jeszcze większym zaangażowaniem rzuciła się w wir partyzanckiej walki.

Szczęśliwie udało jej się dożyć końca wojny. Odnalazła swoją rodzinę i dowiedziała się, że wszyscy ukrywani przez nią Żydzi przeżyli. W 1949 r. do Polski przybyła delegacja z ONZ, aby przeprowadzić wywiady ze świadkami Holokaustu. Jeden z delegatów, Amerykanin William Opdyke, był pod szczególnym wrażeniem bohaterskiej Ireny. Zauroczenie okazało się wzajemne i jeszcze w tym samym roku Irena wyemigrowała z nim do Ameryki, gdzie wzięli ślub. Państwo Opdyke zamieszkali w mieście Yorba Linda w Kalifornii i doczekali się córki Janiny. W 1982 r. Irena otrzymała medal Sprawiedliwej wśród Narodów Świata. Ze wszystkimi ocalonymi przez siebie osobami utrzymywała bliski kontakt aż do swojej śmierci w 2003 r.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA