fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Bp Tadeusz Pieronek: Biskup Cufruty, góral i rzymianin

Biskup Tadeusz Pieronek (1934–2018) krytykował sojusz tronu i ołtarza, wplątywanie się Kościoła w politykę
Grzegorz Hawałej
Biskup Tadeusz Pieronek zmarł 27 grudnia ub.r. w Krakowie w wieku 84 lat. Polski Kościół katolicki utracił swojego enfant terrible.

Mieszkał pod najlepszym adresem w Polsce: Wawel 2, tuż nad muzeum skarbca katedralnego, skąd rozciągała się panorama Krakowa z leniwie płynącą Wisłą. Niewielkie 35-metrowe mieszkanie, tonąc w obrazach i fotografiach, jeszcze bardziej sprawiało wrażenie ciasnego. Często do niego zapraszał na espresso, włoską kawę, lub makaron z  czosnkiem, oliwą i papryczką chili – aglio olio peperoncino. Uwielbiał pichcić. Od takich zaproszeń nie wymawiał się nikt. Raz znajomych księży zaprosił, kiedy Wawel odwiedzał Fidel Castro. Gości policja nie wpuściła. Zabrał więc zrobioną przez siebie pizzę do ręki, zszedł z Wawelu i do pizzy z księżmi zasiadł nad Wisłą.

Zafascynowany Wiecznym Miastem

W mieszkaniu oddychało się atmosferą Rzymu. Lwia część fotografii przedstawiała Wieczne Miasto, w powietrzu unosił się zapach włoskiej kawy. W odwodach stały kilogramy parmezanu, który od lat 60. przywoził z Rzymu, z jednego ze straganów stojących na Campo di Fiori, gdzie uroczy placyk przechodzi w Via dei Giubbonari. Przywoził też oliwę z oliwek z pierwszego tłoczenia na zimno. Uwielbiał parmezan, ale jak prawdziwy rzymianin nie posypywał nim ryb. Włochy i Rzym wywarły na nim silne piętno – a la italian chic wpisał się mu w genotyp. Wystarczyło tylko na niego spojrzeć. Elegancki garnitur, do tego koloratka. Tak chodził na co dzień, tak też pojawiał się na uczelni i na konferencjach naukowych. Nie zakładał biskupiej sutanny. Tego nauczył się we Włoszech, akurat wtedy, gdy Kościół wszedł w oko cyklonu. Na Soborze Watykańskim II (1962–1965) udemokratycznił się i zmodernizował. Właściwie to szeroko otworzył okna, przewietrzając stęchłe powietrze z poprzednich stuleci.

Podczas gdy w Polsce Gomułki lat 60. wiało siermiężnością, Pieronek przedłużoną adolescencję przeżywał w Rzymie Felliniego i Sophie Loren, studiując prawo kanoniczne. Przy okazji dużymi haustami wchłaniał dolce far niente. Przede wszystkim jednak towarzyszył w Rzymie swojemu biskupowi Karolowi Wojtyle. Najpierw podczas obrad soboru, potem każdorazowo, gdy krakowski metropolita zjawiał się na biskupie synody. Pieronek, już po doktoracie, należał też do niewielkiej delegacji, która asystowała arcybiskupowi Wojtyle, kiedy odbierał kapelusz kardynalski. W tym dniu pełnił rolę osobistego sekretarza metropolity. I uczestniczył w 1977 r. w rekolekcjach, które kardynał Wojtyła wygłosił w Rzymie dla papieża Pawła VI i Kurii Rzymskiej, jednym z przesądzających momentów, które rok później zadecydowały o wyborze na papieża. Nierzadko pobyty kardynała Wojtyły w Rzymie zamieniały się w podróże we dwójkę lub w większym gronie po całych Włoszech.

Biskup na manowcach

Osoba Karola Wojtyły jako metropolity krakowskiego, a potem papieża ukonstytuowała go. Był więc kościelnym konserwatystą, nie liberałem, przynajmniej w zakresie doktryny. Krytykował przecież czarne marsze, feministki nazywał betonem, którego nie zetnie kwas solny. Jego stanowisko wobec ochrony życia, definicji małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety, stosunek do gender – były jednoznaczne. O czym mało kto wie, należał do wielkich zwolenników mszy trydenckiej i jako pierwszy polski biskup zgodził się celebrować mszę trydencką i udzielić sakramentu bierzmowania w tej formie. Kiedy z kolei faktyczny liberał w kolegium kardynalskim, prymas Belgii Godfried Danneels, który Jana Pawła II uważał za ultrakonserwatystę, w czambuł potępił przyspieszony proces kanonizacyjny papieża, Pieronek mocno skontrował purpurata. „Lepiej by było, gdyby przemyślenia zostawił dla siebie" – walnął bez pardonu.

Niewyparzona gęba przysporzyła mu w życiu więcej problemów. Ale to góral z Beskidu Żywieckiego. Więc oprócz zdolności do śpiewania miał i skłonność do walenia prosto z mostu. Czasem zadziornie i prowokacyjnie. Jak to praktykował inny góral w polskim Kościele, z Łopusznej – Józef Tischner. Obydwaj górale mocno mieszali w Kościele krakowskim i polskim. Intelektualnie i w opinii publicznej. „Biskup na manowcach", raz go tak nazwał Tischner. Bo faktycznie Pieronek nie chował się za kościelną ekwilibrystykę, nie oglądał na konsekwencje swoich wypowiedzi. Za tę niewyparzoną gębę Episkopat wypowiedział mu wotum nieufności i nie wybrał na drugą kadencję sekretarza generalnego. No bo jak biskupi mogli mu wybaczyć, skoro perorował, że państwo powinno być neutralne światopoglądowo. Albo że biskupstwa to w Polsce dwory. A dwór i służba to fałszywa wizja Kościoła.

Oprócz włoskiej socjalizacji i wpływu Jana Pawła II to właśnie góralskie pochodzenie najbardziej go ukształtowało. Odwaga górala leżała u podstaw sukcesu jako sekretarza generalny Episkopatu, wtedy odpowiedzialnego za kontakt z mediami. Pieronek preferował nowy, jasny i komunikatywny styl, nieznany polskiemu Kościołowi, nieufnemu po 40 latach komunizmu wobec wścibskich dziennikarzy. Jego koledzy biskupi niezmiennie wysyłali przekazy pełne niedomówień i kaznodziejskich wibracji. A Pieronek niczego nie owijał w bawełnę. Był otwarty na wszystko i na wszystkich. Możliwe, że tę otwartość zawdzięczał licznym podróżom, spotkaniom z ludźmi różnych kultur. Jeszcze w latach 60. objechał na skuterze całe Włochy, wyskoczył do Madrytu i Paryża. Wtedy w latach zimnej wojny Watykan wydawał księżom zza żelaznej kurtyny paszporty, by nie musieli się po powrocie tłumaczyć władzom komunistycznym z pieczątek w paszporcie. W latach 70. wybrał się fiatem 125 na afrykańskie safari. Dwa razy kamperem objechał USA. U wybrzeży Alaski na Pacyfiku łowił halibuty. Jak nie biskup.

Jak rolnik bez ziemi

Wylotka z funkcji sekretarza zaskoczyła go. Tym bardziej że nie został biskupem diecezjalnym. To jak rolnik bez ziemi lub wędrowiec bez plecaka, mówił. Zajął się czymś innym. W duchu Jana Pawła II scalał Kościół katolicki z Europą i Unią Europejską. Na międzynarodowe konferencje ściągał do Krakowa tuzy z Watykanu, Kościoła powszechnego i Unii Europejskiej. A w nowej funkcji rektora Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie z zapałem oddawał się pracy kościelnego analityka. Krytykował sojusz tronu i ołtarza, wplątywanie się Kościoła w politykę. Smoleńsk traktował w kategoriach katastrofy, nie zamachu. Atakowano go za to w prawicowych mediach, czym się nie przejmował. Jako hardy góral miał skórę słonia, zdolnego, by znieść to wszystko. Kiedyś otworzył u siebie w rektorskim gabinecie szufladę. I wyciągnął stertę anonimów, które skompletował mu sekretarz. Kazał je wszystkie natychmiast spalić.

Krytykując Radio Maryja za antysemickie akcenty, sam jednocześnie kwestionował Holokaust jako centralny element ludobójstwa, skoro, jak mawiał, w obozach ginęli także Polacy czy Cyganie. Piętnując arystokratyczne skłonności kolegów biskupów, bronił Episkopat przed pomówieniami o złodziejstwo, a kościelną komisję majątkową o grabież. Nie przejmował się procentowym spadkiem religijności Polaków, twierdząc, że większy pożytek jest z jednego człowieka żyjącego wiarą niż z tysięcy dewotów, czym sytuował się blisko Benedykta XVI. W Polsce wystarczyło to jedynie na to, by być biskupem Cufruty, honorowym zwierzchnikiem utraconej we wczesnym chrześcijaństwie diecezji w dzisiejszej Tunezji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA