fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Sprawiedliwi muzułmanie

Przywitanie w Trypolisie dowódcy Africa Korps marszałka Erwina Rommla przez włoskiego generała Italo Gariboldiego. Marzec 1941 r.
ullstein bild/Getty Images
W czasie II wojny światowej potrafili witać się dziarskim „Heil Hitler”. Wyczekiwali wyzwolenia przez Wehrmacht spod władzy Brytyjczyków czy Francuzów. Po wojnie uczyli się, że Holokaust to kłamstwo. A jednak Arabowie zapisali niejedną chwalebną kartę w kronice ratowania Żydów podczas wojny.

Zdawał sobie sprawę, że nie jest w stanie zmienić świata. Ale wiedział też, że może uratować jedną dziewczynę” – tak po latach opisywano bohaterską postawę Mohameda Helmy’ego. „Widział prześladowanych ludzi i czuł, że jego obowiązkiem jest działanie w ich obronie” – uzupełniała tę opinię Irena Steinfeldt, dyrektorka działu Sprawiedliwych wśród Narodów Świata Yad Vashem.

21-letni Egipcjanin, urodzony w sudańskim Chartumie, przyjechał do Berlina w roku 1922, żeby studiować medycynę oraz praktykować w jednym ze szpitali. Choć po I wojnie światowej niełatwo było żyć w Niemczech, to Helmy zdołał się jakoś zadomowić. Kłopoty zaczęły się jednak po dojściu do władzy Adolfa Hitlera. Wbrew późniejszym umizgom nazistów do Arabów czy muzułmanów w ogóle ustawy rasowe dotyczyły również ich. Helmy został zwolniony ze szpitala i dwukrotnie aresztowany.

Gdy nad Renem zaczęło się polowanie na Żydów, Helmy ukrył przed nimi jedną ze swoich dawnych pacjentek – 21-letnią Żydówkę Annę Boros. Wspierał też jej matkę, ojczyma i babcię, którzy schronili się w innej kryjówce w Berlinie. I był w tym skuteczny. Cała rodzina przetrwała wojnę aż do zwycięstwa aliantów.

„Wszystko, co dla mnie zrobił, miało swoje źródło w dobroci jego serca i będę mu za to wdzięczną całą wieczność” – napisała po latach Boros. Jej rodzina wyjechała z Niemiec wkrótce po upadku Hitlera, a Helmy pozostał w Berlinie, gdzie zmarł bezdzietnie w 1982 r.

Wiele lat później, w 2013 r., egipski doktor został uznany – jako pierwszy Arab – za Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Ale to już były inne czasy, inny klimat polityczny. Krewni Helmy’ego przez lata odmawiali przyjęcia dyplomu potwierdzającego to wyróżnienie. W Egipcie uznanie Izraelczyków, mimo zawartych między Kairem a Jerozolimą porozumień, nie było mile widziane. Dopiero w 2017 r. jeden z kuzynów doktora przyjął stosowne dokumenty, choć ceremonię trzeba było zorganizować w niemieckim MSZ, a nie ambasadzie Izraela.

Daleko od jednoznaczności

„Państwa Osi, zwłaszcza Niemcy i Włochy, kontrolowały znaczne połacie Afryki Północnej od czerwca 1940 r. do maja 1943 r. Za rządów reżimu nazistowskiego i faszystowskiego zamordowano na tych terenach od 4 do 5 tysięcy Żydów. Około 1 proc. spośród wszystkich Żydów żyjących na tych terytoriach” – szacuje amerykański historyk żydowskiego pochodzenia Robert Satloff. „To relatywnie niewielka liczba w porównaniu z 50 proc. europejskich Żydów zamordowanych podczas Holokaustu” – kwituje historyk.

Jednym z typowych przykładów Arabów ratujących życie Żydom podczas II wojny światowej jest Si Ali Sakkat, przedwojenny burmistrz Tunisu i minister w tunezyjskim rządzie. „W krytycznym momencie bitwy o Tunezję walki rozgorzały w dolinie Zaghouan. Pod artyleryjskim ostrzałem i pośród padających bomb, grupa około sześćdziesięciu przymusowych żydowskich robotników z pobliskiego nazistowskiego obozu pracy, wyczuła okazję do ucieczki” – opisuje Satloff, który podróżował po krajach Maghrebu, zbierając materiały do wydanej w 2006 r. książki „Among the Righteous” (Między Sprawiedliwymi). „Szukając schronienia [żydowscy więźniowie – przyp. red.] znaleźli się na trakcie prowadzącym do otoczonej wysokim kamiennym murem farmy Sakkata. A ten otworzył swój dom dla wszystkich uciekinierów i bezpiecznie przechował do momentu, kiedy alianci przechwycili dolinę w drodze na Tunis i Bizerte. Ta sześćdziesiątka przetrwała dzięki niemu” – pisze Satloff.

W relacjach, które trafiały do amerykańskiego historyka, nie brakowało przede wszystkim prozaicznych gestów. „Nie zapomnę arabskiego piekarza, który mi pomógł i pozwalał codziennie brać dodatkowy chleb, choć nie było wówczas łatwo go dostać” – relacjonował jeden z ocalonych w Tunezji Żydów. W libijskim Trypolisie zdarzały się przypadki (często odpłatnego) udostępniania domów i mieszkań. „Dali nam wodę i jedzenie, przynieśli, cokolwiek straciliśmy [w trakcie ucieczki – przyp. red.]. Co było nasze i co było ich, nie miało znaczenia” – dorzucał Abraham Cohen, Żyd z Libii. „Uciekliśmy z Trypolisu, a Arabowie oddawali nam swoje domy. Za pieniądze, oczywiście. Płaciliśmy im, a oni spali w namiotach. Ale zawsze te relacje były dobre” – zapamiętał inny członek libijskiej społeczności.

Si Kaddour Benghabrit, założyciel Wielkiego Meczetu w Paryżu
Tallandier / Rue des Archives / Forum

Trudno tu o jakąkolwiek jednoznaczność. Gdy nazistowskie władze nakazały konfiskatę mienia Żydów i proponowały Arabom jego przejęcie – jedni przyjmowali, inni odmawiali. Łagodność arabskich strażników zapamiętali polscy Żydzi, którzy byli wywożeni do Maroka, by dla władz profaszystowskiego reżimu Vichy budować kolej transsaharyjską wzdłuż dzisiejszej granicy między Marokiem i Algierią. „Na południu Arabowie pomagali Żydom. Zabierali ich do swoich domostw w górach: karmili ich koszernym jedzeniem, mieli je bardzo dobre. Ale w miastach sprawiali im mnóstwo problemów” – wspominał Victor Cohen, urodzony przed wojną w Tunisie.

Syn rabina z Gabes, Tzvi Haddad, był świadkiem pogromu, podczas którego jej matkę dźgnięto nożem w szyję. Ratunek przyszedł chwilę później ze strony Araba, który znalazł się w tym miejscu przypadkiem. „Pamiętam, jak się nazywał i jak wyglądał. Przyszedł z rowerem, przechodząc tamtędy. Kiedy mnie zobaczył, powiedział: jesteś synem rabiego Jeszui? Odpowiedziałem, że tak. Zaczął krzyczeć na Araba, który zaatakował moją matkę, uderzył go po rękach i nożownik uciekł” – relacjonował Haddad.

Sfingowany nagrobek dziadka

Siłą rzeczy, znacznie trudniej znaleźć przypadki Arabów takich jak Helmy – tych, którzy wyciągali Żydów z ogarniętej wojną, okupowanej Europy. I tu zdarzają się jednak spektakularne historie: choćby losy Wielkiego Muftiego Paryża, Si Kaddoura Benghabrita (w literackim arabskim: Sidi Abdelkadira Ben Gabrita). Jeżeli Wielki Mufti Jerozolimy, Muhammad Amin al-Husajni zasłynął jako sojusznik Hitlera, Benghabrit był jego przeciwieństwem.

Ten urodzony w 1868 r. (prawdopodobnie w Algierii) dostojnik przez pierwsze 50 lat życia rozgrywał wyjątkowo skomplikowaną grę: występował półoficjalnie jako dyplomata (m.in. doprowadził do porozumienia w sprawie granicy między francuską Algierią a Marokiem), a na dodatek stopniowo stawał się coraz popularniejszym po obu stronach Morza Śródziemnego duchownym. Gdy w latach 20. rząd francuski postanowił wybudować w Paryżu, raptem kilka ulic od katedry Notre Dame, Wielki Meczet – mający upamiętniać 100 tysięcy algierskich muzułmanów, którzy zginęli na frontach I wojny światowej w służbie Francji – opiekę nad projektem, a potem nad świątynią, powierzono właśnie Benghabritowi. Pełnił ją aż do śmierci w 1954 r.

Rola, jaką pełnił Wielki Meczet w czasach Holokaustu, zaczęła wychodzić na jaw długo po wojnie. Jednym z najważniejszych źródeł były początkowo relacje Alberta Assoulline’a, Żyda pochodzącego z Afryki Północnej, który w trakcie działań wojennych znalazł się w jednym z niemieckich obozów jenieckich w Europie. Assouline uciekł zza drutów w towarzystwie algierskiego jeńca o nazwisku Yassa Rabah. To właśnie Rabah, dzięki koneksjom w społeczności paryskich Algierczyków, miał zaprowadzić Assouline’a do Wielkiego Meczetu. „Nie mniej niż 1732 członków ruchu oporu znalazło schronienie w tamtejszych podziemiach” – pisał w artykule opublikowanym w 1983 r. na łamach magazynu weteranów II wojny światowej „Almanach du Combattant” Assouline. „Byli tam muzułmanie, ale też chrześcijanie i Żydzi. Ci ostatni byli najbardziej liczni”. Metaforycznie autor opisuje meczet jako Dworzec Centralny Podziemnych Kolei Francuskich Żydów.

Problem polegał na tym, że długo nie znalazł się inny świadek tego podziemnego alternatywnego świata, z czasem zaczęto więc kwestionować kolejne szczegóły tej relacji. Z drugiej strony trudno było przeczyć, że paryski meczet odegrał jakąś rolę w historii ocalałych z Holokaustu. Wyjaśnień nie brakowało: Wielki Mufti musiał zdawać sobie sprawę z ryzyka, tym bardziej że kryjówka bojowników i uchodźców kilkakrotnie była bliska dekonspiracji – np. gdy kontrolujący świątynię Niemcy wyczuli dym papierosowy i przypominając sobie, że islam zakazuje takich używek, zaczęli przeszukiwać cały kompleks. Ludzie kryjący się w podziemiach mieli się wówczas salwować ucieczką przez kanały ściekowe, którymi meczet był połączony z sąsiednimi budynkami.

Dziś sprawa wydaje się nieco bardziej jasna: Benghabrit bezpośrednio lub pośrednio uratował życie i umożliwił ucieczkę z Francji grupie od 100 do 500 Żydów. Relacje Assouline’a zasadniczo pokrywają się z prawdą – poza liczbami, które nawet dzisiejsi zarządcy Wielkiego Meczetu i piastuni jego historii uważają za znacznie przesadzone. Inna sprawa, że choć w kryptach świątyni nie koczowały setki partyzantów czy Żydów, to prześladowani mogli tam liczyć na pomoc. Wyrazistym przypadkiem mogła być historia znanego nad Sekwaną pieśniarza, Salima (Simona) Halaliego – prekursora specyficznego, popularnego w Algierii i Francji gatunku rai, mieszanki popu i tradycyjnej muzyki beduińskiej – jednocześnie ocalałego z Holokaustu. Halali w czasie wojny trafił do Wielkiego Meczetu, gdzie podwładni Benghabrita wystawili mu fałszywe dokumenty poświadczające jego muzułmańskie korzenie. Ba, Wielki Mufti posunął się do tego, że na przyświątynnym cmentarzu postawił nagrobek rzekomego muzułmańskiego dziadka Halalego. O ironio, historia ta wyszła na jaw dopiero po śmierci pieśniarza w 2005 r.

Holokaust, Hiroszima, amerykański rasizm

„Od dzieciństwa byliśmy uczeni, że Holokaust to wielkie kłamstwo” – tak podsumowywał dyskusję o Zagładzie kilkanaście lat temu redaktor naczelny egipskiego dziennika rządowego „Al-Liwaa Al-Islami”, Muhammad al-Zurqani. On sam zresztą był autorem tekstów dowodzących, że całą historię zmyślili syjoniści, aby pozyskać sympatię świata, nade wszystko zaś usprawiedliwić krzywdy wyrządzone Arabom i uzasadnić współczesną politykę.

Inne podejście reprezentuje znany egipski publicysta, historyk, a za młodu trockista, Lotfallah Soliman. „Holokaust dotyczy nas tylko w pewnym określonym stopniu, takim samym, jak dotyczą nas uniwersalne tragedie: Hiroszima, czy na przykład ludobójstwo czerwonoskórych, rasizm w Stanach Zjednoczonych lub RPA. Skoro nie braliśmy udziału w jakikolwiek sposób w Holokauście, ani aktywnie, ani poprzez naszą pasywność, nie mamy żadnego kompleksu winy, ani nie działamy pod presją jakiegoś poczucia winy” – pisał Soliman w 1967 r. na łamach redagowanego przez Jeana-Paula Sartre’a magazynu „Les Temps modernes”.

„Taka postawa leży u podstaw widocznej u wielu arabskich autorów obojętności, a nawet milczenia na temat Holokaustu” – podsumowuje Gilbert Achcar, urodzony w Bejrucie historyk i politolog, autor książki „The Arabs and the Holocaust. The Arab-Israeli War of Narratives”. Cóż, na listach Yad Vashem natkniemy się na około 60 muzułmanów, przeważnie Albańczyków i Bośniaków. Mohammed Helmy jest na niej jedynym Arabem.

Być może mogłoby ich być więcej – choćby tunezyjski przedsiębiorca z miasteczka Mahdia, Khaled Abdul-Wahab, który handlował z Niemcami w czasie, gdy okupowali oni Tunezję. W trakcie jednego ze spotkań zorientował się, że żołnierze zamierzają zgwałcić Żydówkę – żonę jego znajomego. Zareagował natychmiast: ugościł Niemców winem, upił ich i prosto z ich siedziby pojechał do rodziny ofiary planowanego gwałtu. Zabrał w sumie dwie rodziny, wszystkiego 25 osób, i przewiózł tej nocy na swoją farmę. Przez cztery kolejne miesiące Żydzi mieszkiwali u Abdul-Wahaba, a żaden z zatrudnionych na farmie i zorientowanych w sytuacji pracowników nie puścił pary z ust.

Wspomniany już Robert Satloff, który ujawnił szczegóły tej historii, doprowadził ostatecznie do nominowania Abdel-Wahaba do tytułu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Yad Vashem odmówił jednak przyznania tego wyróżnienia, tłumacząc, że Abdul-Wahab „nie ryzykował swojego życia, gościł raczej niż ukrywał Żydów, a Niemcy zdawali sobie sprawę, że na farmie są uciekinierzy”. Zaiste, ówczesne przepisy w Tunezji nie zabraniały chronienia Żydów, a zatem nie było żadnych formalnych kar. To oznaczało mniejsze ryzyko dla „tunezyjskiego Schindlera”. W praktyce mogło się jednak zdarzyć wszystko, a Abdul-Wahabowi trudno odmówić odwagi. Dziś jednak rodzina Tunezyjczyka jest rozczarowana. – Ojciec otworzył swój dom przed Żydami, a Yad Vashem nie otwiera drzwi przed nami – skwitowała decyzję izraelskiego instytutu córka Abdul-Wahaba.

Zwaśnionych dziś niegdysiejszych sąsiadów nie jest w stanie połączyć nawet stosunkowo odległa – wydawałoby się – historia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA