fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Niepowtarzalny głos Edmunda Fettinga

Zygmunt Januszewski/TVP/EAST NEWS
Zagrał dziesiątki ról filmowych i teatralnych, a mimo to w historii polskiej kultury zapisał się przede wszystkim dzięki temu, jak śpiewał. Wielu po nim wykonywało balladę „Nim wstanie dzień” z filmu „Prawo i pięść”, ale nikt tak jak on nie umiał oddać melancholii i nadziei zawartych w słowach napisanych przez Agnieszkę Osiecką.

Edmund Fetting należał do pokolenia, na którym swe piętno odcisnęła II wojna światowa. Urodził się w Warszawie 10 listopada 1927 r., nie miał więc jeszcze 12 lat, gdy na stolicę Polski spadały pierwsze niemieckie bomby. Rodzina mieszkała w willi na Mokotowie (którą po śmierci rodziców Edmund odziedziczył), ale w czasie wojny Fettingowie znaleźli schronienie na plebanii w nieodległym Baranowie, u proboszcza ks. Jana Kazimierskiego, który był bratem Stefanii Fetting, matki przyszłego aktora. Ponoć nastoletni Edmund szybko zaprzyjaźnił się z miejscową młodzieżą i wspólnie zorganizowali amatorski teatrzyk – na przekór niemieckiej okupacji, pomimo głodu i obawy, czy dożyje się następnego dnia. Może dlatego do dziś jego interpretacja słów Osieckiej tak bardzo do nas przemawia, a wzruszenie chwyta za gardło, gdy słyszymy:

„(…) Chleby upieką się w piecach nam.

I spójrz: tam gdzie tylko był dym,

kwiatem zabliźni się wojny ślad,

barwą róż.

Dzieci urodzą się nowe nam.

I spójrz: będą śmiać się, że my

znów wspominamy ten podły czas,

porę burz.

Za dzień, za dwa, za noc, za trzy,

choć nie dziś,

za noc, za dzień, doczekasz się,

wstanie świt”.

Był rok 1964, gdy Edmund Fetting po raz pierwszy zaśpiewał balladę „Nim wstanie dzień”, napisaną specjalnie dla niego przez Agnieszkę Osiecką (do muzyki Krzysztofa Komedy), która rozpoczyna film Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego „Prawo i pięść”. Dla Fettinga ten świt nastał znacznie wcześniej.

W poszukiwaniu własnej drogi

Zanim wybrał ścieżkę aktorską, zakochał się w muzyce jazzowej. Dzięki bratu pianiście nauczył się gry na fortepianie i akordeonie. W 1947 r. założył zespół jazzowy Marabut, który wraz z nim współtworzyli: Jerzy Herman, Wojciech Piętowski, Mirosław Ufnalewski, Zenon Woźniak, Andrzej Zborski, Antoni Zdanowicz. Występowali m.in. w warszawskiej siedzibie YMCA przy ul. Marii Konopnickiej 6, a zapowiadał ich... Leopold Tyrmand. Niestety, w 1949 r. Związek Młodzieży Chrześcijańskiej Polska YMCA został uznany przez władze komunistyczne za „narzędzie burżuazyjno-faszystowskiego wychowania, popierane przez zagranicznych mocodawców i sanacyjne czynniki rządzące”. Zakazano działalności organizacji, a jej majątek znacjonalizowano.

Ponieważ Fetting nieźle grał na fortepianie, był przystojny i miał ciepły głęboki tembr głosu, a także zawsze ciągnęło go do teatru, postanowił zostać aktorem. Ale ludzie teatru nie od razu się na nim poznali. „Wyleciał” ze szkoły teatralnej, a profesor Aleksander Zelwerowicz powiedział mu: „Pan się do teatru nie nadaje, bo pan jest zbyt smutny”. Fetting nie zraził się tą oceną i nie poddał – egzamin aktorski zdał eksternistycznie w warszawskiej PWST w 1951 r. Grał już nawet wcześniej, tyle że nie w stolicy, a na deskach Teatru Ziemi Opolskiej. Notabene 3 listopada minęło 71 lat od jego debiutu w sztuce Companeesa „Przyjaciel przyjdzie wieczorem” w reżyserii Zbigniewa Koczanowicza.

Zaczynał od epizodów i ról drugoplanowych – przez dwa sezony w Opolu wystąpił w kilkunastu sztukach. W 1952 r. przeniósł się do Kalisza, do Teatru im. Bogusławskiego. Tam nie tylko występował na scenie, ale też asystował reżyserom. Potem były trzy sezony na deskach Teatru Jaracza i Nowego w Łodzi. Nim dobiegł trzydziestki, przeniósł się do gdańskiego Teatru Wybrzeże, gdzie pod okiem Zygmunta Hübnera rozwijał swoje umiejętności aktorskie. To w spektaklach reżyserowanych przez Hübnera został dostrzeżony i doceniony przez krytyków, m.in. Aleksander W. Kral na łamach „Teatru” napisał: „Edmund Fetting, który mocno mnie zainteresował jako Benko w »Makbecie«, w »Zbrodni i karze« mógł niemal zachwycić. Był niespodzianką aktorską przedstawienia, które Raskolnikow istotnie prowadził, nie schodząc niemal ze sceny. Idealny w sylwetce zewnętrznej, o napiętych gorączką nerwach, dynamiczny, chorobliwie skupiony, a jednocześnie rozdygotany wewnątrz i wybuchowy – potrafi przetransponować genialną analizę Dostojewskiego na gest, nerwowy odruch, rytm kroku, spojrzenia, ruchy głowy czy wreszcie poszczególne intonacje”.

Rzeczywiście – już wtedy wyróżniał się swoistą powściągliwością w gestach i ruchach. Był też nadzwyczaj pedantyczny, w sposób wyjątkowy dbał o higienę, np. w teatralnej garderobie miał dodatkowe koszule i bieliznę, a w czasie prób potrafił przebierać się po kilka razy, o czym w środowisku aktorskim krążyły legendy. W „Dzienniku Bałtyckim” (Gabriela Pewińska, „Ostrożnie, bo pognieciesz mi żabot...”, nr 274/2007) tak go wspominały koleżanki z Teatru Wybrzeże: „Opanowany, wyciszony, z dystansem do świata” – podkreślała Bogusława Czosnowska, a Lucyna Legut dodała: „Kiedy reżyserował słynny Jerzy Goliński, wszyscy graliśmy »Golińskim«, nawet ja – baba w końcu! Tylko Fetting nie dał się złamać. Taka była z niego indywidualność”. Równie ciekawie opowiadała o nim Krystyna Łubieńska: „Mogę powiedzieć, że był moim scenicznym kochankiem. Miałam szczęście grać u jego boku Piękną Helenę w »Wojny trojańskiej nie będzie«. Partnerowałam mu też jako Ofelia w »Hamlecie«. Byłam nim zauroczona! W ogóle nie wyglądał jak aktor. Taki miał styl ubierania, raczej nieartystyczny. Wszystko zapięte na ostatni guzik. Perfekcjonista”.

Powrót do Warszawy

Pod koniec 1960 r. dostał angaż w Teatrze Dramatycznym. Na początku lutego 1961 r. odbyła się premiera „Jaskini filozofów” Zbigniewa Herberta, gdzie Fetting wcielił się w postać Platona. 23 lutego zagrał Pierwszego Ministra w sztuce Friedricha Dürrenmatta „Anioł zstąpił do Babilonu” w reżyserii Konrada Swinarskiego. To był jednak trudny czas dla aktora – dzień później, 24 lutego 1961 r., zmarła jego matka: jedyna ważna dla niego kobieta, ponieważ Edmund Fetting był homoseksualistą. Jego orientacja seksualna nie miała większego wpływu na pracę w teatrze, ale na pewno hamowała karierę filmową. Niewątpliwie był mężczyzną przystojnym i eleganckim, o smutnym spojrzeniu i zniewalającym głosie, co predestynowało go do ról amantów i kochanków, reżyserzy filmowi woleli jednak, gdy grał u nich oficerów, dyplomatów, lekarzy, naukowców i arystokratów.

Późno debiutował przed kamerą. W październiku 1956 r., tuż przed jego 30. urodzinami, odbyła się premiera „Kariery Nikodema Dyzmy” w reż. Jana Rybkowskiego, z Adolfem Dymszą w tytułowej roli, gdzie Edmund Fetting zagrał jedynie epizod (gość na przyjęciu). Warto też odnotować, że jego przygoda z X Muzą rozpoczęła się trzy lata wcześniej – to jego jako narratora słyszymy w „Piątce z ulicy Barskiej” Aleksandra Forda.

Głos okazał się największym atutem Fettinga. Dostrzegła to przywoływana już Agnieszka Osiecka, która napisała dla niego „Nim wstanie dzień”, a po latach wspominała: „Zaśpiewał cudownie. Wtedy zbliżyliśmy się do siebie. Często się spotykaliśmy, ale nasze drogi się rozeszły”. Zauroczona Fettingiem poetka z oczywistych powodów nie mogła liczyć na wzajemność.

W 1966 r. aktor znowu zaśpiewał balladę. Tym razem była to piosenka rozpoczynająca każdy z 21 odcinków niezwykle popularnego serialu wojennego „Czterej pancerni i pies”. Każdy dzieciak – i wtedy, i wśród kolejnych pokoleń – znał „Deszcze niespokojne” na pamięć. W serwisie YouTube można odnaleźć wiele innych piosenek w niepowtarzalnym wykonaniu Fettinga, np. ballady Bułata Okudżawy (z uwielbianą przeze mnie „A przecie mi żal…” na czele!).

Na scenie i przed kamerą

Bez wątpienia dla Fettinga lata 70. okazały się najlepsze, jeśli chodzi o jego karierę zawodową. To wtedy, jak możemy przeczytać na stronie www.e-teatr (biogram autorstwa Andrzeja Androchowicza), najpierw występował w Teatrze Ateneum (od 1966 do 1973 r.), choć najciekawsze postaci stworzył na scenie Teatru Powszechnego za dyrekcji Zygmunta Hübnera. Były to m.in.: Philippeaux w „Sprawie Dantona” Przybyszewskiej (nagroda indywidualna na I Opolskich Konfrontacjach Teatralnych – Klasyka Polska w 1975 r.), Senator Logan w „Buffalo Billu” Kopita, Charles Forestier w „Bel-Ami i jego sobowtórze” Codignola (wszystkie w 1975 r.), Hrabia Henryk w „Nie-Boskiej komedii” Krasińskiego, Lekarz w „Odpocznij po biegu” Terleckiego (1976 r.), Antonio w „Burzy” Szekspira (1978 r.), Robert w „Zdradzie” Pintera (1979 r.) czy też Profesor w „Spiskowcach” Conrada (1980 r.).

Oczywiście, trudno wymienić wszystkie role kreowane przez Fettinga, zwłaszcza że w kolejnych latach występował także na deskach Współczesnego, Na Woli i w Kwadracie. A ponieważ był człowiekiem bardzo pracowitym, przez całą swoją karierę zawodową współpracował również z Polskim Radiem, gdzie brał udział w licznych słuchowiskach. Nie brakowało go także na estradzie, w filmie i telewizji. Zagrał prawie w stu spektaklach Teatru Telewizji, Teatru Sensacji i tzw. Kobrach. Był też lektorem filmów dokumentalnych.

Wystąpił w kilkudziesięciu filmach kinowych, choć raczej w rolach drugoplanowych (pełna filmografia Edmunda Fettinga dostępna jest np. na stronie Filmpolski.pl). O wiele mocniej zapisał się w pamięci widzów za sprawą seriali telewizyjnych. Również dzisiaj robi wrażenie jego rola margrabiego Karola von Ansbacha w niezwykle popularnych „Czarnych chmurach” z 1973 r.

Na początku lat 90. XX w. Edmund Fetting zaczął unikać aktywności zawodowej. Wcale tego nie chciał, lecz taka była decyzja lekarzy – aktor poważnie zachorował na serce. Można by rzec, że miał je złamane…

Miłością jego życia był pewien tancerz. Fetting nie obnosił się ze swoim homoseksualizmem, ale też się z tym nie krył (w środowisku artystycznym Warszawy wszyscy o tym wiedzieli). Gdy więc młody kochanek porzucił go i wyjechał za granicę, aktor bardzo mocno przeżył rozstanie. Zapadł się w sobie i ograniczył do minimum działalność zawodową, po osiągnięciu zaś wieku emerytalnego w ogóle przestał grać. Jako aktor po raz ostatni występował w 1993 r. – w telewizyjnej adaptacji „Salonu” Jeana-Claude’a Brisville’a oraz gościnnie w warszawskim Teatrze Dramatycznym w „Letnikach” Maksyma Gorkiego. Pomimo stosowania się do zaleceń lekarzy zmarł 30 stycznia 2001 r. w wieku 73 lat. Został pochowany na Starych Powązkach w Warszawie.

Źródło: Reczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA