fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Grudzień ’70. Krwawy bunt na Wybrzeżu

Robotnicy Stoczni Gdyńskiej niosą na drzwiach ciało Zbigniewa Godlewskiego zastrzelonego podczas zamieszek w rejonie stacji kolejki podmiejskiej Gdynia Stocznia, 17 grudnia 1970 r.
Edmund Pepliński/Forum
Gdy grzebali go nocą, nie było nikogo z rodziny. Mogiła bezimienna, dopiero grabarz powiedział nam, że to jest grób Stasia. Dziadek nie uwierzył, poszedł nocą z łopatą, dokopał się do trumny, ale nie odważył się rozwalić wieka, bo trumna stała w wodzie. Do końca życia nie był pewien, czy odwiedza grób syna.

To telegram o śmierci mojego brata – 66-letni Wiesław Godlewski ostrożnie wyjmuje z plastikowej koszulki świstek cienkiego, pożółkłego papieru z wystukanymi na maszynie do pisania zaledwie pięcioma słowami: „Zbyszek nie żyje – Podowski Kazimierz”. – Kazik, przyjaciel brata, nadał go w Gdyni pięćdziesiąt lat temu, rankiem 18 grudnia 1970 r.

Eugeniusz i Izabela Godlewscy, rodzice Zbyszka, 18-letniego sztauera z gdyńskiego portu, treść telegramu poznali kilka godzin później, bo w domu nie było telefonu, a w Elblągu, gdzie mieszkali, trwały walki uliczne, miasto obstawiały wojsko i milicja, nie sposób było dotrzeć z awizo na pocztę. Nie wiedzieli, że poprzedniego dnia gdyński fotografik Edmund Pepliński z okna swojego mieszkania przy ul. Świętojańskiej wykonał zdjęcie ich syna. Fotografia przedstawia czoło pochodu – młodzi mężczyźni niosą zakrwawione polskie flagi, a sześciu z nich dźwiga drzwi, na których niosą zwłoki zastrzelonego chłopaka. To Zbyszek Godlewski. Minie dekada, nim fotografia ujrzy światło dzienne i stanie się symbolem robotniczego buntu w grudniu 1970 r.

W tamtych dniach, od 15 do 18 grudnia, wiadomość o śmierci synów, mężów, ojców, braci, dotarła do dziesiątek kolejnych rodzin. 45 zabitych w Gdyni, Gdańsku, Szczecinie i Elblągu, 1165 rannych – wskutek postrzałów, pobicia na ulicy, skatowanych na komisariatach. To oficjalne dane. Takie było pokłosie jednej decyzji władz PRL – ogłoszonej w sobotę 12 grudnia drastycznej podwyżki cen żywności.

Arogancja władz PRL

U progu zimy 1970 r. sytuacja ekonomiczna najuboższych Polaków, w pierwszym rzędzie robotników, była dramatyczna. Odczytany w telewizji komunikat o podwyżkach brzmiał jak kpina, gdyż spiker najpierw poinformował o... obniżkach cen. Taniały więc telewizory, lodówki, odkurzacze czy maszyny do szycia. Drożało za to jedzenie – kiełbasa zwyczajna z 44 do 52 zł, pasztetowa z 33 do 40. Średnio ceny mięsa i wędlin rosły o 17,6 proc., mąki – o ponad 16, dżemów – o 36, do tego o 19 proc. w górę szły ceny koksu. Lista ciągnęła się bez końca.

1971 r.: rodzina przy grobie Józefa Pawłowskiego, pracownika Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, który zginął 17 grudnia 1970 r.
zbiory Muzeum Miasta Gdyni

Ta arogancka decyzja, ogłoszona nagle, tuż przed świętami, doskonale oddawała charakter Władysława Gomułki, partyjnego dogmatyka, ówczesnego I sekretarza KC PZPR. Już w 1967 r., po poprzedniej podwyżce, grzmiał do robotników fabryki na Żeraniu: „Co wy się burzycie, przecież w końcu robotnik szynki nie je, tak że was to nie dotyczy. Ja wam powiem, że ja jako robotnik miałem przed wojną dwie koszule, a wy na pewno macie teraz po 5–6 koszul co najmniej, więc jest postęp czy nie ma postępu?”.

Oczywiście władze liczyły się z możliwością wybuchu niepokojów społecznych. Decyzję o podwyżkach podjęło Biuro Polityczne KC już 30 października i od razu ruszyły przygotowania do „ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego”, jednostki MSW zostały postawione w stan gotowości. Gomułka liczył jednak na swoją szczęśliwą gwiazdę. Zaledwie dwa lata wcześniej, w 1968 r., rozprawił się z „rewizjonistami” i „syjonistami” wewnątrz partii. A 7 grudnia 1970 r. kanclerz RFN Willy Brandt oddał hołd poległym Polakom przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie, następnie ukląkł przed pomnikiem Bohaterów Getta. Historyczne porozumienie o normalizacji stosunków z Niemcami, pierwsze po wojnie, nie zatarło wrażenia, jakie wywołał komunikat o podwyżkach.

– Gomułka zupełnie nie rozumiał sytuacji w kraju – mówi dr Piotr Brzeziński, historyk gdyńskiego IPN, autor książek o Grudniu ’70. – Zwłaszcza aspiracji urodzonego już po wojnie pokolenia młodych robotników. Dla niego każdy przejaw sprzeciwu wobec linii partii był kontrrewolucją.

14 grudnia, poniedziałek

Tuż po szóstej rano stanęły pierwsze wydziały Stoczni Gdańskiej im. Lenina, za nimi kolejne. Tysiące robotników gromadziło się przed budynkiem dyrekcji stoczni, domagając się cofnięcia podwyżek i usunięcia Gomułki. Wkrótce tłumnie ruszyli pod gmach KW PZPR w Gdańsku. Ale pierwszy sekretarz KW Alojzy Karkoszka nie wyszedł do nich – był w Warszawie na plenum KC. Część robotników udała się pod Politechnikę Gdańską, jednak studenci odmówili im wsparcia. Powodem były wydarzenia z marca 1968 r., kiedy grupy robotników pomagały w pacyfikowaniu studenckich protestów. Od godz. 16 w okolicach dworca kolejowego i w całym Śródmieściu Gdańska trwały już regularne starcia. Milicja użyła gazu łzawiącego, do późnej nocy wyłapywała protestujących, przewoziła do aresztów, brutalnie przesłuchiwała i biła.

Wydarzenia grudniowe w Gdyni. Tłum na ul. Śląskiej, 17.12.1970 r.
zbiory Muzeum Miasta Gdyni

Na wieść o wydarzeniach w Gdańsku Gomułka wysłał na Wybrzeże silną ekipę partyjnych i wojskowych oficjeli, m.in. swojego bliskiego współpracownika, członka Biura Politycznego i sekretarza KC Zenona Kliszkę oraz wicepremiera Stanisława Kociołka. Ci podjęli decyzję o użyciu wojska do „ochrony obiektów rządowych”. Do milicjantów dołączyło 500 żołnierzy gdańskiego garnizonu, kolejne oddziały wojska i milicji ciągnęły w stronę miasta z całego Pomorza. Zablokowano łączność telefoniczną, odcinając Gdańsk od reszty kraju.

Następnego dnia protesty zaczęły rozlewać się na całe Wybrzeże. Do gdańskich stoczniowców dołączyli koledzy z gdyńskiej Stoczni im. Komuny Paryskiej. Tylko te dwa największe trójmiejskie zakłady zatrudniały 30 tys. osób! A strajkowali robotnicy od Szczecina po Elbląg. Protesty wybuchły też w Białymstoku, Krakowie, Wałbrzychu.

15 grudnia, wtorek

Padli pierwsi zabici. O 7 rano gdańscy stoczniowcy, oburzeni wczorajszą brutalnością milicji i informacją o aresztowaniu ich delegacji, przełamali milicyjny kordon przy stoczni i wlali się do miasta. Godzinę później płonął już gmach Komitetu Wojewódzkiego. Gomułka podjął decyzję o użyciu ostrej amunicji. Osobiście określił, jak milicja i wojsko mają używać broni – pierwsza salwa w górę, druga, po kilku sekundach w nogi. Później wszyscy obecni tego ranka na zebraniu u Gomułki zapewniali, że rozkaz wydał osobiście pierwszy sekretarz, oni tylko przyjęli go do wiadomości. Jednym z nich był ówczesny szef MON gen. Wojciech Jaruzelski.

W płonącym budynku KW znajdowało się 150 milicjantów i żołnierzy, tłum blokował przejazd wozów strażackich, na ulice wjechały więc czołgi i transportery SKOT. Tych nie brakowało, bo wokół miasta stali już żołnierze trzech dywizji – desantowej ze Słupska, zmechanizowanej z Koszalina i pancernej z Elbląga, wspierał ich pułk śmigłowców, nawet marynarze floty. Tymczasem do stoczniowców dołączali robotnicy z innych zakładów, uczniowie, zwykli przechodnie, w końcu również studenci politechniki i Akademii Medycznej. Wobec przewagi mundurowych tylko na chwilę udało im się zatrzymać kolumnę transporterów opancerzonych przed Dworcem Głównym.

Świadkiem wydarzeń był Mirek Piepka, wówczas uczeń sopockiego liceum. Po latach, już jako współscenarzysta filmu Antoniego Krauzego „Czarny czwartek”, opowiadał w wywiadzie dla „Dziennika Bałtyckiego”: „Urwałem się do Gdańska na wagary. Na moich oczach rozegrała się tragedia przed dworcem kolejowym. Z prawej strony stał wojskowy transporter. Młody żołnierz z hełmofonem na głowie wyglądał przez okienko. W pewnym momencie idący od strony hotelu Monopol tłum ruszył w jego kierunku. Żołnierz nie miał innego wyjścia, jak tylko uciekać. Ruszył bardzo szybko, wzdłuż dworca. Nagle z głównego wejścia dworcowego budynku wyskoczył chłopak. Wpadł prosto pod ten transporter. Została z niego miazga. Żołnierz zatrzymał pojazd, wysiadł z niego. Ukląkł na jezdni, zdjął hełmofon i zaczął tłuc głową o asfalt, wyjąc z rozpaczy. I ten rozwścieczony tłum, który w dużym stopniu przyczynił się do tego, że żołnierz wcześniej ruszył, zamarł. Po długiej chwili z tego tłumu do klęczącego żołnierza podeszło dwóch mężczyzn. Wzięło go pod pachy i podprowadziło pod przychodnię kolejową, gdzie stały inne transportery, oddając go w ręce żołnierzy”.

W walkach płonęły kolejne budynki, leciały szyby sklepowych witryn, przestępcy wykorzystali okazję do rabunków. Te obrazy miały później służyć partyjnej propagandzie – oto miasto opanowali wyłącznie bandyci i rabusie. Ok. godz. 18 wojsko kontrolowało już kluczowe ulice, protest wygasał, wprowadzono godzinę milicyjną, która miała obowiązywać do piątej rano.

Tego dnia na ulicach Gdańska zginęło co najmniej sześciu mężczyzn. Najmłodszy, Andrzej Perzyński, miał 19 lat. Najstarszy, Kazimierz Stojecki – 58. Dzień później, w środę, wojsko i milicja nie wypuściły już robotników ze stoczni. Gdy pięć tysięcy strajkujących chciało wyjść z zakładu, znowu padły strzały, pod bramą stoczni zginęło dwóch kolejnych robotników, wielu było rannych. Bunt został zdławiony. Gdański protest był preludium do tego, co w czwartek miało wydarzyć się w Gdyni.

Stoczniowcy z Gdyni do tej pory protestowali pokojowo. We wtorek zawiązali komitet strajkowy, który został nawet uznany za legalny przez przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej Jana Mariańskiego. Ale wysłannicy Gomułki potępili i całkowicie odrzucili porozumienie, które zawarł on z robotnikami. W nocy z wtorku na środę milicjanci wtargnęli do siedziby komitetu strajkowego. Pobili jego członków i wywieźli do więzienia w Wejherowie. Wieczorem w lokalnej telewizji wystąpił wicepremier Kociołek. Wezwał robotników do powrotu do pracy.

17 grudnia, „czarny czwartek”

Wieści o krwawym przebiegu protestu w Gdańsku dotarły już do Gdyni. Zdawało się, że władza stłumiła bunt. Wielu robotników, również tych, którzy do tej pory nie brali aktywnego udziału w protestach, postanowiło posłuchać wicepremiera. W czwartek, 17 grudnia, wczesnym rankiem tysiące stoczniowców i portowców wyszło z domów do pracy. Głównym środkiem transportu do umiejscowionych przy nabrzeżach zakładów była trójmiejska kolejka. W tym samym czasie, gdy Kociołek wzywał do spokoju i podjęcia pracy, wojsko i milicja otrzymały rozkaz zablokowania dostępu do gdyńskiej stoczni i pobliskiego portu. Do dziś nie ma pewności, czy była to prowokacja, czy też – jak chcą zleceniodawcy zbrodni – tragiczna pomyłka.

Gdy o 5.30 rano pierwsze grupy robotników pojawiły się na przystanku kolejki Gdynia–Stocznia i na wiadukcie przewieszonym nad torami, okazało się, że drogę do ich zakładów blokuje wojsko, wzdłuż ulic stoją czołgi i transportery. Głos przez megafon wzywał do odwrotu, bo… stocznia jest zamknięta. Ale tłum gęstniał, ponieważ na peron wjeżdżały kolejne pociągi z robotnikami. Zdezorientowani i wściekli wznosili okrzyki, o 5.55 padł wystrzał z czołgu i jakby na sygnał żołnierze rozpoczęli kanonadę. Nie było gdzie uciekać. Pierwszym zabitym był 24-letni brygadzista stoczniowy Zygmunt Polito. Zginął od pierwszej salwy.

Wieść o masakrze obiegła miasto lotem błyskawicy, bo karetki, taksówki i prywatne samochody wciąż dowoziły zabitych i rannych do gdyńskich szpitali. Dziesiątki, wkrótce setki ofiar. Wielotysięczne demonstracje ruszyły ulicami miasta, a mundurowi mieli tylko jedną odpowiedź – strzelać.

Stanisław Lewandowski, 26-letni spawacz stoczniowy, był jednym z tych, którzy o 6 rano uniknęli kul. Przed południem ponownie wyszedł do miasta ze swoją narzeczoną Wandą Zabielską i grupą znajomych.

– Staliśmy niedaleko pogotowia ratunkowego przy Żwirki i Wigury. Karetki przewoziły rannych, ze śmigłowca zrzucali ulotki, Staś pognał do przodu – opowiada Wanda. – Wtedy widziałam go ostatni raz. Nadleciał drugi śmigłowiec i z niego zaczęli strzelać. Panika, strach, uciekliśmy. Czekaliśmy na niego do wieczora, aż dodzwoniliśmy się do Szpitala Miejskiego, gdzie powiedzieli: „Stwierdzono zgon”. Nie pamiętam, co działo się ze mną przez następne tygodnie, tylko urywki, jakiś mężczyzna przyniósł ubrania Stasia, kalesony i koszulę całe we krwi. A 15 stycznia miał być ślub. Goście zaproszeni, moja suknia i jego garnitur wiszą w szafie. Miało być wspólne życie, miały być dzieci. Nic z tego nie zaznałam, jestem sama.

Kazimierz Podowski, ten, który wysłał telegram do rodziców Zbyszka Godlewskiego, wraz z przyjacielem maszerował w pochodzie od bram stoczni pod Komitet Miejski PZPR, stamtąd zawrócili i ok. godz. 9 znowu znaleźli się w okolicach przystanku Gdynia–Stocznia. Po latach opowiadał: „Wtedy w kierunku tłumu zaczęto strzelać, co spowodowało ogromne zamieszanie. Wiedziałem, że strzelano z kordonu milicyjnego, który stał za zakrętem przy betonowych przęsłach wiaduktu. Ponownie zobaczyłem Zbyszka w chwili, gdy znosili go z pomostu. Ktoś krzyknął: „Nie oddamy go!”.

Kilku robotników przyniosło białe drzwi z pobliskiego baraku. Ze zwłokami Zbyszka na tych drzwiach pochód ruszył do śródmieścia, szli ul. Świętojańską, w kierunku Miejskiej Rady Narodowej, z kościoła zabrali krzyż, który przybili do drzwi. Z krążących nad nimi śmigłowców leciały petardy i ładunki z gazem łzawiącym. Tuż przed prezydium na ulicy wymalowana była biała linia, komunikaty z megafonów ostrzegały, że jej przekroczenie oznaczać będzie użycie broni. Kilku ją przekroczyło, wtedy adepci szkoły milicyjnej ze Słupska zaczęli strzelać. Tłum rozpierzchł się, drzwi z ciałem Zbyszka Godlewskiego zostały na ulicy.

Gdyński „czarny czwartek” kosztował życie co najmniej 18 młodych mężczyzn. Głównie 20-, 30-letnich robotników, ale wśród ofiar znaleźli się również uczniowie – 15-letni Jerzy Skonieczka, 17-latkowie Janusz Żebrowski i Janusz Nastały. Potem władze usiłowały przekonywać, że broni używano w ostateczności, wobec tłumu atakującego funkcjonariuszy. W rzeczywistości mundurowi strzelali również do uciekających bezbronnych ludzi. Tak było w przypadku Lewandowskiego, który według władz zginął o 6 rano, usiłując wedrzeć się do stoczni. Tak było też w przypadku ucznia szkoły podstawowej nr 32 Jerzego Skonieczki, który oficjalnie miał zginąć pod prezydium, gdzie ludzie przekroczyli białą linię.

– Jerzyk zwyczajnie uciekł mamie z domu, jak to chłopak, chciał zobaczyć demonstracje – opowiada jego siostra Małgorzata Bojke. – Gdy zaczęli strzelać, uciekał ulicą Kielecką. Dostał w tył głowy, padł tuż obok swojej szkoły. To w tym miejscu ludzie jeszcze długo kładli kwiaty. Jego kolega przybiegł do nas zapłakany, powiedział tylko: „Pani Skonieczkowo, ja przepraszam, ale Jerzyk ranny”. Matka Paulina Skonieczkowa odnalazła syna dopiero następnego dnia w szpitalu w Redłowie. Chłopiec nie odzyskał już przytomności, agonia trwała trzy doby. Tego samego dnia, 17 grudnia, kolejnych 16 mężczyzn zostało zabitych w Szczecinie. Dzień później, w Elblągu, milicjant zastrzelił 22-letniego Mariana Sawicza.

Bezimienne mogiły

Zaczął się koszmar rodzin ofiar. Nielicznym udało się od razu odnaleźć zwłoki bliskich, większość szukała ich wiele dni, dobijając się do trójmiejskich urzędów, szpitali, kostnic. Gdy wreszcie udało się zidentyfikować ciała i zaczęli organizować pogrzeby, Zenon Kliszko wydał polecenie, by zabitych pogrzebać po kryjomu, nocą, w ustronnych miejscach na kilku trójmiejskich cmentarzach. Władze nie chciały, by pogrzeby przerodziły się w demonstracje, a groby stały się miejscami pamięci.

34-letni Brunon Drywa, doker w gdyńskim porcie, został zabity w pierwszej porannej strzelaninie, zaraz po wyjściu z kolejki. Jego syn Roman miał wówczas 9 lat, ale doskonale pamięta nocną wizytę esbeków, brutalną rozmowę, rozpacz matki, przerażenie w oczach dwóch młodszych siostrzyczek, wreszcie nocną jazdę z mamą nieoznakowaną nysą na Cmentarz Witomiński w Gdyni: – Nasza kolej na pogrzeb przyszła grubo po północy. W kaplicy pod ścianą stały w rzędzie wieka od trumien – opowiada Drywa. – Ojciec leżał w szpitalnej pidżamie, bosy, przy ustach miał jeszcze zaschniętą krew. Szybko zabili trumnę. Doły wykopane były daleko, jak najdalej od wejścia na cmentarz. Potem wszystko wyparłem, miesiącami jeździłem kolejką i na wysokości stoczni wypatrywałem taty.

– Pozwolili nam zabrać ubranie dla Zbyszka, chyba dlatego, że tata był emerytowanym wojskowym – opowiada Wiesław Godlewski. – Z kaplicy wyszła zapłakana kobieta z trójką malutkich dzieci, przyszła nasza kolej. Brat leżał w trumnie już przebrany, ale okazało się, że mama zapomniała butów, więc pochowaliśmy go w robotniczych pionierkach, tych, w których zginął. Na koniec dali worek z ubraniami Zbyszka, które po powrocie ojciec spalił w piecu, żeby mama nie rozpaczała nad tymi zakrwawionymi ubraniami z dziurami po kulach.

Stanisław Lewandowski, narzeczony Wandy, pochodził ze wsi Skępe pod Lipnem, gdy więc rodzina dotarła do Trójmiasta, było już po pogrzebie. – Grobu szukaliśmy kilka dni, w końcu wskazał go grabarz z cmentarza Emaus w Gdańsku – opowiada Grażyna Paśniewska, siostrzenica Stanisława. – Dziadek nie uwierzył, bo mogiła była bezimienna. Poszedł nocą z łopatą, dokopał się do trumny, ale nie odważył się rozwalić wieka, poza tym trumna stała w wodzie. Dziadziuś z babcią do końca życia nie byli pewni, czy chodzą na grób syna.

W pacyfikacji robotniczego buntu wzięło udział 27 tys. żołnierzy, 9 tys. milicjantów i esbeków. Wojsko wystrzeliło 46 tys. pocisków i zużyło 150 tys. sztuk środków chemicznych. Nikt nie policzył, ile razy strzelali funkcjonariusze MSW. Wśród zabitych znalazło się też dwóch milicjantów. 15 grudnia, pod miejską komendą milicji w Gdańsku, tłum pobił śmiertelnie 45-letniego zomowca Mariana Zamroczyńskiego, który chwilę wcześniej zastrzelił bezbronnego 26-letniego stolarza Józefa Widerlika. Dwa dni później we własnym mieszkaniu zmarł 26-letni milicjant Jerzy Kozaczuk. Kierownictwo MSW w resortowym propagandowym artykule poświęconym obu milicjantom, którzy polegli „w obronie wolności i życia innych”, przyznało, że zmarł wskutek „wyczerpania i zatrucia środkami chemicznymi”.

Sprawcy grudniowej zbrodni nigdy nie zostali ukarani. Gomułka zmarł w 1982 r. Śledztwo, rozpoczęte w 1990 r. przez Prokuraturę Marynarki Wojennej w Gdyni, znalazło sądowy finał ponad dwie dekady później. W 2011 r. Jaruzelski został z procesu wyłączony z uwagi na stan zdrowia, w 2013 r. Kociołek został uniewinniony, a jedynie dwóch dowódców jednostek wojskowych symbolicznie skazano na dwa lata więzienia w zawieszeniu. Sąd Najwyższy nakazał ponowne rozpoznanie sprawy Kociołka, ale nim do tego doszło, były wicepremier zmarł.

– Jaruzelski na rozprawach nie okazywał żadnych emocji – mówi Wiesław Godlewski. – Podczas jednej z nich zeznawał tata, odwrócił się do generała i powiedział mu w oczy: „Pan mi syna zabił”. Jaruzelski odpowiedział: „Panie Godlewski, obaj byliśmy wojskowymi i ja pana przepraszam”. Ojciec na to: „Panie generale, ja nigdy od pana nie przyjmę przeprosin, dla mnie jest pan mordercą”. Rodzice wierzyli, że sprawcy zostaną ukarani, potem stracili wiarę. Najpierw odszedł tatuś, w ubiegłym roku umarła mama. Już tylko ja zostałem z tych, co pamiętali Zbyszka.

Tekst powstał w ramach projektu Muzeum Miasta Gdyni pt. „Grudzień ’70. Nieobecność” upamiętniającego 50. rocznicę wydarzeń grudniowych na Wybrzeżu. Więcej materiałów na stronie: www.muzeumgdynia.pl. Korzystałem ze zbiorów muzeum, artykułów prasowych, a także z książek: J. Eisler, „Grudzień ’70. Przyczyny, przebieg, konsekwencje”, P. Brzeziński, R. Chrzanowski, T. Słomczyński, „Pogrzebani nocą”.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA