fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Ludwig van Beethoven. Gigant muzyki z sercem dla ludzkości

Ludwig van Beethoven (1770–1827) nad brzegiem strumienia, grafika z 1918 r.
Alamy Stock Photo/BEW
Na liście gigantów ludzkości Ludwig van Beethoven ma pewne miejsce - obok Szekspira, Goethego, Mozarta czy Michała Anioła. Na świat przyszedł 17 grudnia, przed 250 laty. Od tej pory jego muzyczny geniusz przeplatał się z bolesnymi doświadczeniami: utratą słuchu, odtrąceniem i nieszczęśliwymi związkami. Z tego napięcia powstała muzyka - kompleksowa, emocjonalna i porywająca.

Jak rozwiązać zagadkę III symfonii „Eroica”, którą mistrz skomponował, kiedy już nie słyszał? A zaledwie przekroczył trzydziestkę. Trudno o większy dramat artysty, który utrzymywał się z muzyki. A jeszcze później skomponował „Odę do radości” (IX symfonia), dziś hymn Unii Europejskiej, co przynależy do kategorii cudu. Ale i pokazuje, jakie gigantyczne wymagania stawiał Beethoven samemu sobie. I do czego zdolna jest natura człowieka w upiększaniu świata.

Współczesna muzyka klasyczna uchodzi za skomplikowaną, o ile nie ciężkostrawną. Ale nie ta Beethovena. „Jest najpopularniejszym kompozytorem; gra się go tak często, jak nigdy dotąd w historii, skoro wzrosła liczba wyznawców w Azji, Afryce i w Indiach”, wyjaśnia dyrektor festiwalu muzycznego w Dreźnie Jan Vogler. Ale na czym polega wyjątkowość Beethovena? Jego muzyka przeszywa serce i każdy, kto jej słucha, czuje, jakby była adresowana do niego.

Uniwersalny mistrzowski przekaz

Beethoven był nieszczęśliwie zakochany. Uczucie, jakie zna każdy z nas. A przy dźwiękach „Sonaty księżycowej”, którą kompozytor zadedykował jednej ze swoich dam serca, czuje się, jak muzyka niesie nasze własne uczucia. Sonatę zaczyna sekwencja złamanych akordów. Ta sekwencja opowiada historię tęsknoty i skrytej radości, potem pojawia się motyw przewodni, który brzmi intensywniej i bardziej niepokojąco. Beethoven wprowadza muzyczne elementy na zasadzie rywalizacji. Dlatego jego muzyka brzmi tak bardzo współcześnie. Wszak każdy człowiek życie pojmuje jako nieustającą walkę i toczy jakieś zmagania. A Beethoven utwierdza słuchającego, że jest on jednym nich. Tym nas porywa. Tak jak swoim ludzkim dramatem: utratą słuchu, troską o rodzinę, jej i swoim alkoholizmem. I serią zawodów miłosnych.

Jego muzykę próbowała zawłaszczyć polityka. Po zjednoczeniu Niemiec w XIX w., kiedy kraj potrzebował scalającego go spoiwa, sięgnięto po Beethovena. Uchodził za najbardziej niemieckiego wśród niemieckich geniuszy muzyki. Podobnie jak w III Rzeszy. Nieprzypadkowo koncertem IX symfonii świętował Hitler swoje urodziny w wojennym roku 1942. Komunistyczne NRD z kolei zaklinało rewolucyjnego ducha z IX symfonii, gdzie wszyscy ludzie mieli być braćmi. A nie tak dawno Angela Merkel z okazji szczytu G-20 w Hamburgu także zarządziła koncert IX symfonii. Bo skoro „wszyscy ludzie będą braćmi”, to w dzieło Beethovena powinni się wsłuchać także Putin i Trump.

Beethoven jako uniwersalny przekaz, w którym splatają się kosmopolityczne wpływy? Tak twierdzi muzykolog z Cambridge Benjamin Walton. Artysta najwięcej czasu spędził w Wiedniu, stolicy wielonarodowego imperium, gdzie inspirował się muzyką włoską. Tak jak Rossini był zakotwiczony w muzyce tanecznej. Czyli w muzyce ciała. Skoro ogłuchł, to aby wchłonąć muzykę, był skazany na ciało. Walton wskazuje w „Sonacie księżycowej” na jedno miejsce, w którym kompozytor jakby szukał właściwego tonu. I na drugie miejsce, w którym jeden ton tak często Beethoven powtarza, jakby wibracje chciał najpierw przetestować na sobie.

Jak bardzo Beethoven myślał ciałem, unaocznia jego biografia. Już sam wiek XVIII wyznaczył człowiekowi miejsce blisko natury. A on chętnie otaczał się przyrodą. Wsłuchiwał się w śpiew ptaków i zapamiętywał linię melodyczną ich śpiewu, np. jaki ton wydobywa z siebie derkacz. Później pozbawiony słuchu odwoływał się do potężnego banku danych z wcześniejszym zapisem tonów.

W uroczystym pogrzebie Ludwiga van Beethovena wzięło udział ok. 20 tys. wiedeńczyków
BEW

Geniusz z prowincjonalnego Bonn

W księgach parafialnych kościoła św. Remigiusza w Bonn pod datą 17 grudnia 1770 r. zachował się czytelny zapis „Ludovidus”. Choć kościółek spłonął, to kamienna chrzcielnica ocalała. Stoi dziś w nowym kościele. Zachował się też dom, w którym Beethoven się urodził – w kolorze ochry, jak sprzed 250 laty.

W Bonn wołano na niego Louis. Dwór mówił po francusku, a mieszczanie małpowali arystokratów. Kultura pałacu promieniowała na miasto. Liberalny książę Maksymilian Franciszek Habsburg podczas rewolucji francuskiej drukował Deklarację Praw Człowieka. Już wtedy jako nastolatek powziął Beethoven myśl skomponowania muzyki pod wolnościową „Odę do radości” Fryderyka Schillera. W liście do przyjaciela napisał: „Nadejdzie czas, że ludzie będą sobie równi”.

W tym czasie równość losu ograniczała się do dzieciństwa. Bo owszem, babka Beethovena miała ciągoty do alkoholu, podobnie jak przemocowy ojciec. A matka wcześnie zmarła. Ale w tej epoce wszyscy ojcowie byli autorytarni, a śmiertelność i alkoholizm szalały. Na szczęście epoka promowała muzyków, oferując im ciepłe posady dworskie. 11-letni Ludwig szybko wpadł w oko księciu Maksymilianowi. Zarekomendował go na macierzysty dwór wiedeński. Dekadę później 21-latek znalazł się w stolicy imperium Habsburgów. Od razu w aureoli sławy.

W muzyce, w drugiej połowie XVIII w., nastąpił przełom. Wielki Bach, ostatni geniusz poprzedniej epoki, na wskroś przesiąkniętej religią i Bogiem, już nie żył. Za Bacha muzyka orbitowała bliżej nieba niż ziemi. Beethoven też tworzył muzykę religijną. „Missę solemnis” skomponował dla księcia Rudolfa Habsburga, gdy ten obejmował arcybiskupstwo Ołomuńca. Ale muzyka Beethovena wyrastała na gruncie świeckich idei przenikających jego czasy, najbardziej ujawniając pęd do wolności. W jego operze „Fidelio” heroiczna bohaterka Eleonora uwalnia męża z więzienia, przerastając samą siebie. Przełamać własne granice – oto ideał dla Beethovena! Posłuchać głosu uczucia, posłuchać głosu rozumu i połączyć jedno z drugim!

Jako liberał zrzucił w Wiedniu perukę. Hołdował modzie rewolucji francuskiej. Nie zakładał obcisłych i sięgających do kolan kulotów, tylko długie spodnie, jakie preferował zbuntowany stan trzeci. Co podkreślało odrzucenie starego porządku. Nagminnie zmieniał mieszkania. Na podłodze u niego leżały fortepiany, bez przykręconych nóg. Kiedy komponował, dla odświeżenia umysłu oblewał się kubłem zimnej wody. Kałuże na podłodze stały godzinami. Pedanteria obowiązywała tylko przy fortepianie. Jego sławę zwiększała epoka pierwszych gazet. Redakcje wysyłały swoich krytyków muzycznych na koncerty, a powieść biograficzna uchodziła za lekturę epoki. Przyjaciółka Beethovena, Bettina von Arnim, wydała jego trzytomową biografię. Mocno podkoloryzowaną.

Adorowany przez kobiety

Kobiety lubiły go. Beethoven był stale zakochany. Swoje utwory dedykował kolejnym damom. „Dla Elizy” to najsłynniejsza dedykacja miniatury fortepianowej. Ale dla kogo? Dla sopranistki Elisabeth Röckel, domniemują jedni. Dla pewnej Teresy, córki lekarza wiedeńskiego, której się oświadczył, sądzą drudzy. Pewne jest, że oświadczyny zostały odrzucone, panna Teresa wyszła za mąż za arystokratę. Więcej przemawia za Elisabeth. Beethoven zakochał się w uroczej siostrze przyjaciela, która pięknie grała na fortepianie. O jednym z wieczorów napisała: „W swawolności swego usposobienia nie omieszkał mnie szturchać i drażnić, nie wiedziałam, jak się mam przed nim bronić. Z czystej sympatii szczypał mnie w ramię”. Ale panna Röckel przeniosła się do bawarskiego Bambergu, gdzie jako śpiewaczka dostała angaż.

Beethoven zakochiwał się w arystokratkach. To wykluczało małżeństwo. Czyżby podświadomie nie chciał się związać? Czy raczej jego serce było przez cały czas zajęte? Tak sugeruje jeden z listów z dedykacją dla „nieśmiertelnej ukochanej”. Kim była? Trop prowadzi do Josephine Brunsvik, nastoletniej uczennicy fortepianowych korepetycji; pięknej, o aksamitnym usposobieniu arystokratki. Uczył ją za darmo i tak często, że matka zatroszczyła się dla córki o męża z tytułem hrabiowskim. Wysoki mur stanowego pochodzenia nie zmienił się, kiedy Josephine owdowiała. I choć mu pisała: „moje serce masz na własność”, to za mąż ponownie wyszła za hrabiego. Małżonek hultaj roztrwonił majątek i finalnie opuścił żonę. Wiadomo, że Beethoven 3 lipca 1812 r. spotkał się w Pradze z tą samą kobietą, którą opiewał jako „nieśmiertelną ukochaną”. Notatki Josephine z kolei sugerują, że w tych dniach zamierzała udać się do Pragi. Ale odpowiednie kartki z pamiętnika zostały wyrwane. Dziewięć miesięcy później Josephine urodziła dziecko. Imię córeczki Minona czytane od końca brzmi „anonim”. Dwa zdjęcia Minony wykazują podobieństwo do Beethovena. A panna później zaczęła jeszcze komponować. Matka i domniemany ojciec nie stanęli przed ołtarzem. Josephine zmarła w wieku 42 lat. „Urodzili się dla siebie i gdyby jeszcze żyli, złączyliby się na zawsze”, wzdychała siostra Josephine. Tylko czy Beethoven jako szczęśliwy małżonek wykreowałby tę samą spuściznę muzyczną, jaką zostawił? Jego muzyka, owszem, zna momenty spełnienia, ale ciężko wywalczonego. A miał z czym walczyć...

Bezpowrotna utrata słuchu

Głuchota napawała go lękiem. Do końca życia liczył na poprawę słuchu, wyjeżdżał na kuracje, eksperymentował na sobie. Przystawiał sobie metalowy pręt do głowy i przepuszczał przez niego prąd. Nic nie pomagało. Popadł w depresję, pił za dużo. Dwie butelki czerwonego i jedną białego wina na dzień. W wieku 32 lat wyjechał na kurację do Heilbad Heiligenstadt, uzdrowiska w Turyngii. Tam sporządził testament. Wyjaśnił w nim bratu, dlaczego izoluje się od ludzi: „Nie jestem mizantropem, ale z powodu głuchoty czuję się wyrzucony z towarzystwa”. Dalszego sensu życia upatrywał w twórczości.

Co przekuł w czyn. Testament z Heilbad Heiligenstadt uchodzi za punkt zwrotny w życiu. Zaakceptował bezpowrotną utratę słuchu, komponował wbrew niej, w tym „Eroikę”. Krytycy są zgodni: „Eroica” zrywa z konwenansami, brzmi energią i siłą. Pierwotnie Beethoven chciał ją zadedykować Napoleonowi. Ale ten rozczarował go, gdy koronował się na cesarza. Po klęsce Napoleona i kongresie w Wiedniu, który toczył się tuż za progiem domu Beethovena, kiedy w Europie wahadło przechyliło się na stronę reakcji, protestował przeciwko politycznemu przykręcaniu śruby. Skomponował IX symfonię z zapowiedzią: „Wszyscy ludzie będą braćmi”.

Ale bywał konserwatywny. Po śmierci brata wychowywał jego syna. I to tak surowo, że bratanek targnął się na życie. Przeżył. Relacja z bratankiem pozostała trudna, ambiwalentna i intensywna. Jak związki z kobietami. Życie Beethovena stało w sprzeczności z ideałami, ale z tej sprzeczności rodziła się jego muzyka. Ostatnie dzieła, jakie skomponował, brzmią nowocześnie. Współcześni odrzucali je w przekonaniu, że zrozumie je dopiero potomność. Fakt, kolejne pokolenie kompozytorów, od Wagnera po Szostakowicza, bezpośrednio nawiąże do Beethovena.

Kiedy zmarł, 20 tys. wiedeńczyków ciągnęło za trumną. W dniu pogrzebu uczniowie mieli wolne. Beethoven odchodził jak gwiazda popkultury. Choć złożono go do grobu na cmentarzu podmiejskim i dopiero później trafił na centralny cmentarz w Wiedniu.

Zagadka śmierci mistrza

Przedwczesna śmierć 57-letniego giganta muzyki skłoniła lekarzy do dwukrotnej ekshumacji, rozpiłowania czaszki i obdukcji narządów wewnętrznych. Zabiegi nie rozwiązały jednak zagadki śmierci i utraty słuchu. Zainteresowanie medyków koncentrowało się na aparacie słuchu, który wycięto i przechowywano w wiedeńskim instytucie patologii. W niewyjaśnionych okolicznościach bezcenny materiał zniknął, co wywołało lawinę pogłosek, zwłaszcza w końcówce XIX w. Uczeni i laicy sprzeczali się o to, czy głuchotę spowodowało zesztywnienie kostek słuchowych w uchu środkowym, czy raczej zapalenie ucha wewnętrznego. I czy chroniczny katar poprzedzał tyfus czy jeszcze coś innego.

W 1879 r. w angielskim leksykonie muzycznym dolegliwości artysty po raz pierwszy powiązano z chorobą weneryczną. Diagnoza, jaka od tej pory rozpoczęła triumfalny marsz w literaturze przedmiotu. Do argumentów o najcięższej kategorii należało wspomniane znikniecie narządów słuchu, gipsowy odlew mózgu z „widocznymi deformacjami”, używanie maści z elementami rtęci dla uśmierzania bólów reumatycznych, gdyż rtęć stosowano jako remedium na syfilis. Ponadto potwierdzać go miały zakup książki o chorobach wenerycznych, a w późniejszych latach pomstowanie na prostytutki. Zwolennicy teorii syfilisu wskazywali jeszcze na jedną okoliczność: jednemu ze swoich lekarzy Beethoven nakazał spalenie ich korespondencji. Dla zatarcia śladu – szeptano po kątach.

Żywotność teorii syfilisu uśmiercił przed pół wiekiem dr Walter Forster z Uniwersytetu we Frankfurcie nad Menem. Jako pierwszy sporządził patografię, czyli prześledził historię choroby kompozytora. Utratę słuchu skorelował z infekcją duru brzusznego, który doprowadził także do chronicznej dysfunkcji żołądka, powiększenia organów wewnętrznych i marskości wątroby, co razem z puchliną wodną skutkowało śmiercią. Wcześniej trucizny z dysfunkcyjnego żołądka wywołały zapalenie błędnika. Dr Forster nie potrafił wprawdzie określić punktu zero dla duru brzusznego, ale prześledził jego rozwój.

Beethoven pochodził z rodziny obciążonej alkoholizmem babki i ojca, podczas gdy matka i jego brat zmarli na gruźlicę. Jego twarz od początku określano jako ospowatą. Kiedy przechorował ospę – nie wiadomo. Przez całe jednak dorosłe życie uskarżał się na stan zdrowia. Jako 17-latek donosił o niekończącym się przeziębieniu, co Forster tłumaczy nonszalancją muzyka i zwyczajem oblewania głowy zimną wodą. Od 20. roku życia doskwierały mu kolki, od trzydziestki tracił słuch. Profesor chirurgii z Salzburga Alois Weissenbach, który go leczył od 1812 r., jako pierwszy powiązał utratę słuchu z durem brzusznym. Ten trop podjął dr Forster. Początki głuchoty umieścił między majem a październikiem 1797 r., kiedy o życiu Beethovena mało wiadomo, poza tym że niewiele wtedy komponował. Wyjątek to sonata fortepianowa „Largo e mesto”, którą później opisał jako „melancholijny stan duszy”. Dolegliwość latami zatajał przed przyjaciółmi, wspominając jedynie o szumie w uszach. Jednocześnie konsultował wielu lekarzy. Ci zapisywali mu krople i maści. Wynalazca metronomu Johann Nepomuk Mälzel skonstruował mu miniaparat do słuchu. Nic nie pomagało. Ratunku szukał w metodzie galwanicznej, w kuracjach w modnych kurortach. To wtedy, gdy uskarżał się na szum w uszach, powstały największe dzieła, osiem symfonii i najgłośniejsze sonaty: księżycowa, kreutzerowska i Appassionata.

Już niewielkie odstępstwo od diety lub zimny piec w domu przykuwały go do łóżka. W 1810 r. napisał: „Ależ byłbym szczęśliwy, gdyby demon nie zamieszkał w moich uszach. A gdybym nie przeczytał, że człowiek nie może sam pozbawić się życia, dopóki potrafi czynić dobro, dawno by mnie już nie było”. Zwątpienie, jakie go ogarnęło, nie dziwi. Koncerty fortepianowe, które od czasu do czasu dawał, nierzadko okazywały się flopem. Dramat geniusza uchwycił we wspomnieniach kompozytor Ludwig Spohr: „Trudno było słuchać. Pianoforte wypadło fatalnie, co Beethovena nie obchodziło. Nie słyszał nic, a z dawnej wirtuozerii artysty niewiele pozostało. Kiedy miał grać forte, tak walił w klawisze, że drżały struny, a przy piano uderzał tak delikatnie, że tony były niesłyszalne”. Od 1816 r. porozumiewał się z otoczeniem, pisząc notatki. W styczniu 1819 r. musiał odwołać koncert. W lutym 1822 r. fiaskiem zakończył się jego ostatni występ przy batucie. Podczas finalnej próby swojej opery „Fidelio”,bezbłędnie dyrygował uwerturę, ale przy pierwszym duecie śpiewacy się pogubili. Stojący obok przyjaciel Anton Felix Schindler zasugerował, że mistrza zawiezie do domu. Rok po tej wpadce powstała IX symfonia. Premierowy koncert poprowadził sam mistrz, ale muzycy wpatrywali się w stojącego za nim dublera.

Niezmiennie upadał na zdrowiu. Do głuchoty, kolek, przeziębień i bólów reumatycznych przyplątała się żółtaczka. W 1825 r. zapalenie żołądka znów przykuło go do łóżka. Kiedy się podniósł, pożółkła skóra i wycieńczone ciało przypominały 80-letniego starca. A miał dopiero 55 lat. Dwa lata później już nie wstał z łóżka. Na Boże Narodzenie 1826 r. nabawił się zapalenia płuc. Przeprowadzano mu punkcje i ściągnięto kilkanaście litrów wody. Wieczorem 26 marca 1827 r. zmarł.

Za życia walczył z głuchotą, niespełnioną miłością, depresją, przesądami stanowymi i restauracją polityczną. Najtrafniej podsumował to jego przyjaciel w przemówieniu nad grobem: „Porzucił świat, ponieważ w głębi swojego kochającego serca nie znalazł środków, by porozumieć się ze światem. Jeśli odsunął się od ludzi, to dlatego, że oni nie chcieli się do niego wspiąć, a on nie potrafił się do nich zniżyć. Był sam, ponieważ nie znalazł swojego drugiego ja. Jednak do końca serce jego biło dla całej ludzkości”.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA