fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Nie tylko „Łoszarik”. Znane wypadki sowieckiej floty podwodnej

Napędzana energią jądrową łódź podwodna „Komsomolec” zatonęła na Morzu Norweskim 7 kwietnia 1989 r.
AFP
Pożar rosyjskiego „Łoszarika” i śmierć 14 oficerów załogi to kolejne ogniwo długiego łańcucha katastrof okrętów podwodnych. Od czasu, gdy człowiek zaczął wykorzystywać morskie głębiny do działań wojennych, światowy ocean był świadkiem wielu tragedii. Szczególne miejsce w historii zajmują wypadki sowieckiej floty podwodnej.

Homo sapiens zawsze marzył o lataniu, ale tajemnice podmorskich głębin wabiły go z równą siłą. Za pierwszym projektem aparatu podwodnego ery nowożytnej stał renesansowy wizjoner. Zgodnie z historycznym przekazem Leonardo da Vinci tak przestraszył się zabójczych możliwości wymyślonej machiny, że spalił wszystkie szkice.

Trzystuletnia historia

Epoka oświecenia przyniosła wiarę w potęgę ludzkiego rozumu. Niestety, XVIII w. zapoczątkował także śmiertelną listę marzycieli pragnących pływać pod wodą. W 1774 r. Anglik John Day zatonął wraz ze skonstruowanym przez siebie podwodnym slupem „Maria”.

Pionierskie zastosowanie okrętu podwodnego w działaniach militarnych datuje się na amerykańską wojnę domową. W 1864 r. Horatio Hunley dokonał pierwszego udanego ataku podwodnego na wrogi okręt. Rok wcześniej inżynier skonfederowanego Południa zbudował pojazd, w którym rolę napędu pełniły mięśnie siedmiu marynarzy. Podczas eksperymentalnych rejsów nie obyło się bez katastrof. Okręt dwukrotnie tonął wraz z kolejnymi załogami. Niemniej secesjoniści, zdesperowani morską blokadą Charlestonu, zaatakowali eskadrę unijnej marynarki. Nocą 17 lutego 1864 r. okręt, nazwany na cześć twórcy „Hunley”, wypłynął z obleganego portu. Był uzbrojony w dziobową lancę, na której znajdował się prochowy ładunek. Niepostrzeżenie dopłynął do burty parowej korwety USS „Haustonic” i zdetonował przewożoną minę. Okręt Unii zatonął, podobnie jak podwodny pojazd uszkodzony falą uderzeniową wybuchu.

Prawdziwa rewolucja w projektowaniu tego typu jednostek dokonała się za sprawą technologii przełomu XIX i XX w. Skonstruowanie silników spalinowego i elektrycznego pozwoliło na wyposażenie okrętów w wydajne jednostki napędowe. Wraz z wynalazkiem torpedy możliwe stały się podwodne ataki z dużego dystansu, co przesądziło o masowej budowie okrętów. Ich zabójcza moc uwidoczniła się podczas I wojny światowej, gdy floty ententy zablokowały morski transport państw centralnych. W odpowiedzi niemiecki kajzer ogłosił tzw. nieograniczoną wojnę podwodną i spuścił ze smyczy U-Booty. O wadze, jaką Berlin przywiązywał do podmorskiej wojny, świadczą liczby. W 1914 r. niemiecka marynarka miała 30 U-Bootów. W kolejnych latach stocznie wybudowały 360 okrętów, z czego 178 zostało zatopionych podczas ataków na brytyjskie i amerykańskie konwoje.

Historia powtórzyła się podczas II wojny światowej, tyle że na większą skalę. 20 lat wcześniej torpedy zniszczyły alianckie statki i okręty o łącznym tonażu 11 mln ton (BRT). W latach 1939-1945 łupem wilczych stad Kriegsmarine padło ponad 4 tys. sojuszniczych jednostek o tonażu 17 mln BRT. Za suchymi cyframi kryły się dramatyczna bitwa o Atlantyk i tysiące ludzkich tragedii. Marynarze konwojów ginęli w lodowatej wodzie, w płomieniach i w tonących statkach zamienionych w żelazne pułapki. Osobowe straty hitlerowskiej floty podwodnej wyniosły 30 tys. marynarzy spośród 40 tys. służących. Pod koniec wojny średnia życia załogi U-Boota nie była wyższa niż dwa patrole.

Koniec II wojny światowej przyniósł niebywały postęp w różnych dziedzinach zbrojeń. Powstały samoloty odrzutowe, rakiety balistyczne oraz broń atomowa. Wynalazki nie ominęły marynarki wojennej, która zastosowała większość nowinek technicznych. Alianci przejęli nazistowski patent umożliwiający okrętom podwodnym pływanie w zanurzeniu na silnikach dieslowskich. System znacząco poprawił możliwość obrony przed radarowym wykryciem.

Wykorzystanie atomu do celów militarnych znalazło po wojnie lustrzane odbicie. Zbudowano reaktory wykorzystujące kontrolowaną reakcję łańcuchową do celów energetycznych. A to naprowadziło inżynierów na pomysł skonstruowania atomowego napędu okrętów. Wyścig z czasem wygrali Amerykanie, którzy na początku lat 50. zwodowali atomowy okręt podwodny „Nautilus”. W ich ślady poszli Sowieci, co zapoczątkowało budowę jądrowych triad, czyli sił uderzeniowych złożonych ze strategicznych bombowców, rakiet balistycznych i atomowych flot podwodnych, uzbrojonych także w rakiety. Przewagą morskich nosicieli była utrudniona wykrywalność, a zatem możliwość niespodziewanego odpalenia pocisków jądrowych z morskich głębin.

Ceremonia żałobna poświęcona marynarzom z radzieckiego okrętu K-278 „Komsomolec”
GETTY IMAGES

Dramat czerwonej floty

Były oficer floty podwodnej ZSRR Władimir Dodonow opracował statystykę powojennych katastrof jednostek tego typu. W związku z ich liczbą przypominał znane powiedzenie sowieckich marynarzy: „Morze to nie rodzona matka”. Od 1946 r. awariom uległo 25 okrętów podwodnych, z czego 14 zatonęło. Wśród straconych jednostek było dziewięć o napędzie atomowym, choć Dodonow zastrzega, że nie są to pełne dane. W sytuacjach nadzwyczajnych zginęło co najmniej 584 oficerów i marynarzy, z których wielu zmarło po otrzymaniu silnych dawek promieniowania z uszkodzonych reaktorów. Jakie były przyczyny tak licznych katastrof?

Twórca sowieckiej potęgi morskiej admirał Siergiej Gorszkow przyznawał: „Nie ma zwykłych awarii, zawsze stoi za nimi czyjeś niedbalstwo, braki wyszkolenia i luki w procedurach”. Żeby chronologicznie opisać czarną serię, trzeba wrócić do zakończenia II wojny światowej. Sowiecka flota skopiowała i rozwijała wówczas hitlerowską konstrukcję typu XXI, czyli najnowocześniejszego U-Boota. Choć znane katastrofy łączą się z jednostkami o napędzie atomowym, to największe straty powodowały załogi klasycznych, czyli dieslowsko-elektrycznych okrętów podwodnych.

Jeden z wypadków miał miejsce w 1962 r. na terenie głównej bazy floty podwodnej w Polarnym. Załoga okrętu B-37 (wg klasyfikacji NATO typ Foxtrot) dokonywała planowego przeglądu i załadunku uzbrojenia. Samoczynny wybuch torped zgromadzonych pod pokładem momentalnie zabił 59, a więc wszystkich marynarzy. Miał taką siłę, że przedział bojowy został wyrwany z kadłuba i uderzył w stojącą nieopodal jednostkę klasy Romeo. Przebił jej kadłub, uśmiercając kolejnych 11 członków załogi. Fatalna organizacja bazy doprowadziła do kolejnej tragedii. Bezpośrednio u burty B-37 dowództwo zarządziło musztrę dla załóg innych okrętów. W ten sposób fala uderzeniowa zabiła jeszcze 52 marynarzy i podoficerów. Łącznie ofiarami wybuchu torped padły 122 osoby. Do czasu zatonięcia amerykańskiego okrętu atomowego „Tresher” w 1963 r. i śmierci jego załogi, liczącej 129 marynarzy i 17 cywilnych specjalistów, była to największa katastrofa we flotach podwodnych świata.

Podwodne trumny

Jeśli chodzi o jednostki atomowe, w 1957 r. ZSRR zwodował pierwszy okręt K-3, który zapisał tragiczną historię pod nazwą „Leninowski Komsomoł”. Jednostka była nowatorska, jeśli chodzi o wielorybi, czyli opływowy kształt. Niestety, niedopracowany reaktor dramatycznie wpłynął na los załogi. K-3 został przyjęty do uzbrojenia floty dopiero w 1959 r., gdyż jako pionierska jednostka był, jak mawiają Rosjanie, „doprowadzany do zdrowego rozsądku”, czyli zdolności bojowej. Za pośpiechem w budowie stała ambicja ówczesnego genseka. Nikita Chruszczow ogłosił, że komunizm musi „dogonić, a nawet przegonić” osiągnięcia USA, głównego rywala ZSRR w dążeniu do supermocarstwowości. Od spożycia mięsa i mleka na głowę mieszkańca, po wielkość jądrowej triady.

Pośpiech odbił się na jakości. W 1967 r. K-3 wracał z patrolu bojowego po Morzu Śródziemnym. Na płynącym pod wodą okręcie wybuchł pożar systemu hydraulicznego odpowiedzialnego za chłodzenie reaktora. W ogniu stanął pierwszy przedział, w którym znajdowały się torpedy z głowicami jądrowymi. Momentalnie zginęło 39 marynarzy, a wybuch uzbrojenia wywołałby atomowy kataklizm w skali światowej. Jedynym wyjściem było hermetyczne odcięcie pożaru, ale wadliwe systemy wentylacji nadal roznosiły trujący dwutlenek węgla po całym okręcie. Oficerowie w centrali dowodzenia tracili przytomność, dlatego dowódca złamał regulamin i zarządził awaryjne wynurzenie. Idąc w położeniu nadwodnym, K-3 zdołał dopłynąć do bazy.

Mniej szczęścia miał okręt K-8, który zatonął w Zatoce Biskajskiej. Katastrofa wydarzyła się w 1970 r., otwierając listę bezpowrotnych strat. Przyczyną również był pożar na pokładzie zanurzonej jednostki. Ogień szybko zagroził reaktorowi. Oficer dowodzący wachtą energetyków wydał rozkaz zagłuszenia, czyli wyłączenia napędu atomowego, a następnie samoizolacji przedziału. Tym samym skazał na śmierć siebie i towarzyszących mu specjalistów. K-8 zdołał się wynurzyć, ale pozbawiona napędu jednostka zatonęła, uśmiercając kolejnych 50 członków załogi.

Podobna awaria, choć o bardziej tajemniczym przebiegu, miała miejsce w Trójkącie Bermudzkim. 3 października 1986 r. na pokładzie atomowego krążownika rakietowego K-219 doszło do wybuchu modułu napędowego pocisku z głowicą jądrową. W powietrze wyleciała jedna z 16 sztolni służących do odpalania przechowywanych rakiet. Większość załogi uratowano, ale okręt po trzydniowych próbach opanowania pożaru zatonął na głębokości 5 km. Zachowane zdjęcia wskazują, że wybuch mógł być skutkiem kolizji z nierozpoznanym okrętem podwodnym, najprawdopodobniej amerykańskim. Ma o tym świadczyć głęboka bruzda przebiegająca przez kadłub K-219. Los jednostki, która mogła spowodować kolizję, pozostaje nieznany.

Najbardziej tragiczny przebieg miała awaria na okręcie K-278 „Komsomolec”. Była to unikalna jednostka wykonana z tytanu, dlatego ze względu na kosmiczną cenę została nazwana brylantową rybką. Odporny korpus i atomowy napęd czyniły z niej okręt niezniszczalny, który w przypadku wybuchu III wojny światowej miał pełnić rolę ruchomego stanowiska dowodzenia sowieckiej floty podwodnej. A jednak w kwietniu 1989 r., gdy „Komsomolec” powracał do bazy przez Morze Norweskie, wybuchł pożar. Na nic zdała się awaryjna hermetyzacja wszystkich przedziałów. Ogień rozprzestrzeniał się z taką siłą, że kapitan zdecydował o wynurzeniu. Na powierzchni było już tylko gorzej, ponieważ automatycznie wyłączył się reaktor. Pożaru nie było jak gasić, a pozbawiona sterowności jednostka powoli przechylała się, aby w końcu zatonąć. Zanim na pomoc przypłynęły statki ratownicze, w ogniu i lodowatej wodzie zginęło 42 członków załogi.

Do dziś nie wiadomo, jakie było źródło zapłonu, wiemy natomiast, dlaczego pożar miał gwałtowny przebieg: na okręcie wartym miliardy dolarów wadliwie działał instrument dozujący ilość podawanego tlenu. Prawdopodobnie jego nadmiar stworzył mieszankę tak wybuchową, że wystarczyła przypadkowa iskra. Urządzenie kosztowało kilkaset rubli, ale przez rok nikt nie wpadł na pomysł jego wymiany. Jak wspominają ocaleni, katastrofę wywołał zatem „typowy sowiecki bałagan”. Doskonale znana jest odpowiedź na pytanie, dlaczego ZSRR nie zwrócił się o międzynarodową pomoc. Norweskie helikoptery mogły szybko uratować załogę K-278. Tymczasem sowieckie władze uważały konstrukcję za tak tajną, że zaprzeczały nawet istnieniu okrętu.

Obraz Władimira Pietrowicza „Ostatni rejs rosyjskiej atomowej łodzi podwodnej »Kursk«” (K-141 „Kursk” ze 118-osobową załogą zatonął 12 sierpnia 2000 r.)
BEW

Wadliwe konstrukcje i pijane załogi

Przykłady katastrof można mnożyć. Tylko w kolizjach ze statkami handlowymi różnych bander flota podwodna ZSRR straciła trzy klasyczne okręty, na których zginęła setka marynarzy. Podobna liczba osób zmarła od chorób popromiennych wywołanych uszkodzeniami reaktorów atomowych. Oceniając „awaryjność” sowieckiej floty, warto sięgnąć po opinię współczesnych ekspertów, którzy zauważyli pewną prawidłowość.

Marynarka wojenna USA po utracie trzech okrętów w latach 60. XX w. tak usprawniła ich konstrukcję i procedury pokładowe, że do dziś żadna jednostka amerykańska nie zatonęła. W marynarce wojennej ZSRR dominowała odwrotna tendencja, osiągając apogeum w latach 80. Przyczyną była z pewnością budowa wielkich serii słabo dopracowanych, a więc awaryjnych konstrukcji.

Jeszcze większe znaczenie miał spadek poziomu wyszkolenia marynarzy wynikający z ogólnego rozkładu imperium. Jak wspominał bułgarski oficer odbywający staż w sowieckiej flocie, załogi okrętów podwodnych, w tym tych o napędzie atomowym, często pływały pijane. Dzieła dopełniały bałagan organizacyjny i niekompetencja dowodzących admirałów.

W 1983 r., podczas manewrów u wybrzeży Kamczatki, zatonął atomowy krążownik rakietowy K-429. Przyczyną techniczną kuriozalnej awarii było pozostawienie odkrytych luków nadwodnej wentylacji. Zawiniło dowództwo, które skompletowało załogę z marynarzy różnych okrętów. 16 z nich zginęło w czasie katastrofy. Za rozkazem wypłynięcia stało polecenie partii komunistycznej, która chciała przestraszyć Waszyngton ilością okrętów ćwiczących u wybrzeży USA.

Tragedia okrętu „Kursk”, pożary w czasie remontów i tragedia „Łoszarika” wskazują, że we flocie Rosji obowiązuje taki sam bałagan, jak w marynarce wojennej ZSRR.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA