fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Michał Waszyński. Demiurg przedwojennego kina

Założyciele wytwórni filmowej B-W-B. Od lewej: Eugeniusz Bodo, Michał Waszyński i Adam Brodzisz. Zdjęcie pochodzi z planu filmu „Głos pustyni” (1932)
nac
Michał Waszyński, właściwie Mosze Waks, jeden z czołowych reżyserów polskiej kinematografii w II RP, przed kamerą wystąpił tylko raz, a mimo to był wyjątkowym aktorem w teatrze życia. Nieustannie wymyślał siebie i doskonale odgrywał rolę, jaką w danej chwili grał: Żyda tułacza, dandysa, polskiego księcia.

W amerykańskim tygodniku „Variety” 24 lutego 1965 r. ukazał się nekrolog o znamiennej treści: „Książę Michał Waszyński, producent filmowy, w wieku sześćdziesięciu lat zmarł na atak serca 20 lutego w Madrycie”. Dodajmy, że zmarł w czasie wystawnego przyjęcia, nad porcją trufli. Do końca pozostał wierny kolejnej swojej kreacji – arystokraty. Po wojnie podawał się za potomka polskiej rodziny królewskiej, któremu hitlerowcy odebrali i zniszczyli podwarszawski pałac… Nikomu spośród jego włoskich, hiszpańskich czy amerykańskich przyjaciół do głowy nie przyszło, by weryfikować te rewelacje. Tym bardziej że Waszyński nosił się i zachowywał jak przystało na prawdziwego arystokratę. Kiedy umierał, rzeczywiście był właścicielem m.in. pałacu w Rzymie i kolekcji dzieł sztuki, jeździł rolls-royce’em, a wśród przechowywanych dokumentów miał też certyfikat przesłany mu przez zakon św. Jerzego z Antiochii, w którym figuruje jako „arystokrata, książę Waszyński”. W ostatniej dekadzie życia obracał się wśród ówczesnej elity, której przedstawiciele wiedzieli np., że był gejem, ale przymykali na to oko, traktując jego homoseksualizm jako jedną z licznych i typowych dla przedstawiciela wyższych sfer ekstrawagancji. Zaprzyjaźniony był z zamożną rodziną Dickmannów – i to w ich rodowym grobowcu w Rzymie został pochowany.

W filmie Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego „Książę i dybuk” (2017), który na 74. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji zdobył nagrodę dla najlepszego dokumentu o kinie i sztuce filmowej, Dickmannowie wypowiadają się o Waszyńskim w samych superlatywach: „Był częścią rodziny” (Giampaolo Dickmann), „Wyrafinowany, elegancki, wielki mag” (Michaela Dickmann, córka chrzestna Waszyńskiego, która imię otrzymała na jego cześć). Najmocniejsze zdanie o Waszyńskim wypowiada w dokumencie Vanna Pozzonelli-Dickmann: „Był katolikiem jak papież”. On – homoseksualista, hedonista i Żyd. Ale o jego chasydzkich korzeniach po wojnie mało kto wiedział, a on sam w ogóle nie mówił o przeszłości. Czasem tylko, skryty w swej samotni, z dala od ludzkich oczu, notował: „Pożegnałem się z własną pamięcią. Dobrze mi robi, nie wiedzieć, kim jestem. (…) Milczę. (…) Skończyło się moje miasto, jakbym nigdy nie miał miejsca młodości”.

Mosze, syn kowala z Kowla

Nawet jeśli ktoś całkowicie odetnie się od swoich korzeni, to nie da się im zaprzeczyć. Michał Waszyński urodził się 29 września 1904 r. jako Mosze Waks w rodzinie ortodoksyjnych Żydów z Wołynia. Jego ojciec w Kowlu był znanym kowalem, a matka – Cylia (Cecylia) z domu Flesz – dorabiała do domowego budżetu, handlując drobiem. W dokumencie „Książę i dybuk” mowa jest także o siostrach, ale jego autorom nie udało się we współczesnym Kowlu odnaleźć kogokolwiek z rodziny Mosze Waksa. Nic dziwnego – latem 1942 r. Niemcy zlikwidowali tamtejsze getto i zamordowali wszystkich jego mieszkańców. Niewiera i Rosołowski dotarli jedynie do dalekich krewnych, Waksów mieszkających obecnie w Izraelu. W filmie wypowiadają jednak znamienne słowa: „Zhańbił rodzinę, bo przeszedł na katolicyzm” – jeśli Żyd porzuca judaizm, to cała społeczność żydowska uważa go za zmarłego; dlatego rodzina nie utrzymywała z nim kontaktów. Pytanie tylko, dlaczego Mosze zdecydował się na tak radykalny krok?

Jako dziecko był krnąbrnym uczniem, zarówno w chederze (szkoła podstawowa o charakterze religijnym utrzymywana przez gminę), jak i kowelskiej jesziwie, gdzie jako nastolatek kontynuował naukę. Miał skłonność do zadawania kłopotliwych dla nauczycieli pytań – ich zdaniem wręcz bezczelnych i obrazoburczych, jak choćby to: „Rebe, czy rzeczywiście istnieją istoty takie jak diabły?”. Jak czytamy u Janusza R. Kowalczyka (Culture.pl), „za tak jawne kwestionowanie powagi religijnej edukacji [Mosze] został przez belfra spoliczkowany, a następnie – relegowany ze szkoły”. A przecież jego dociekliwość świadczyła o wyjątkowej inteligencji i wrażliwości. Już wkrótce – niczym romantyczny bohater – przejdzie pierwszą ze swych przemian.

Prawda jest taka, że niewiele wiemy, co się z nim działo aż do roku 1922. Być może pomagał ojcu w jego kuźni, zanim wyjechał na zawsze z Kowla? W każdym razie, nim ukończył 18 lat, znalazł się w Warszawie, gdzie poznał Wiktora Biegańskiego, reżysera. Został jego gońcem, asystentem, a wkrótce powiernikiem. To w filmie Biegańskiego jedyny raz wystąpił przed kamerą. „Zazdrość” kinową premierę miała 5 września 1922 r., a zatem gdy kręcono film, Mosze nie był jeszcze pełnoletni. Co ciekawe, zagrał postać… nauczyciela (niestety, żadna kopia nie przetrwała do naszych czasów). Biegański zasugerował młodzieńcowi, by – wzorem wielu innych Żydów wkraczających do świata filmu – zmienił nazwisko na polsko brzmiące. Skoro więc dla rodziny i gminy Mosze Waks umarł, narodził się Michał Waszyński.

Kadr z filmu „Dybuk” (1937) w reżyserii Michała Waszyńskiego
filmoteka narodowa

Jaśnie pan reżyser

Nie od razu stał się wziętym reżyserem. Zgodnie z amerykańską maksymą „od pucybuta do milionera” przez pierwsze lata pracy w kinematografii głównie asystował reżyserom, ucząc się od nich tajników X muzy. Dzięki Biegańskiemu poznał Aleksandra Hertza, właściciela pierwszej polskiej wytwórni filmowej Sfinks, a w drugiej połowie lat 20. asystował już nie tylko Biegańskiemu, ale też np. Ryszardowi Ordyńskiemu („Mogiła nieznanego żołnierza”, 1927) czy Henrykowi Szaro („Przedwiośnie”, 1928).

Doskonale odnalazł się w nierzeczywistym świecie kina, a autokreacja była jego żywiołem. Skoro w latach 30. w II Rzeczypospolitej publiczność najchętniej oglądała komedie i melodramaty, Waszyński kręcił takie filmy – nomen omen – taśmowo. Ukończenie jednego zajmowało mu zaledwie 2–3 tygodnie! Znawcy X muzy zżymali się na jego twórczość, m.in. ceniona krytyczka filmowa Stefania Zahorska tak podsumowała pracę reżysera: „Czemu służy sztuka filmowa, jeśli znajdzie się w rękach takiego nieudacznika? Waszyński przynosi wstyd polskiej kinematografii”. Ale publiczność zadawała kłam krytykom i tłumnie chodziła do kin na filmy Waszyńskiego. Dlaczego? Odpowiedzi udzielił sam reżyser w wywiadzie dla radia, na planie swojego reżyserskiego debiutu („Pod banderą miłości”, 1929): „W kinie w ciągu jednej sekundy król może stać się pastuchem, a żebrak bogaczem. Ten czar nazywam magią kina”.

Przed wojną Waszyński wyreżyserował blisko 40 tytułów. To spod jego ręki wyszły filmy, które cieszyły się coraz większą popularnością widzów, by wymienić tylko kilka spośród nich: „Kult ciała” (1929; Złoty Medal na festiwalu w Nicei), „Jego ekscelencja subiekt”, „Prokurator Alicja Horn” (1933), „Antek policmajster”, „Jaśnie pan szofer”, „ABC miłości” (1935), „Dodek na froncie”, „Papa się żeni” (1936), „Znachor” (1937), „Profesor Wilczur” (1938) czy „Włóczęgi” (1939).

W jego filmach chętnie występowały największe gwiazdy ówczesnego polskiego kina, to on odkrył dla X muzy talent Adolfa Dymszy, a wraz z Eugeniuszem Bodo i Adamem Brodziszem założył wytwórnię filmową B-W-B., w której powstały takie tytuły jak „Bezimienni bohaterowie” czy „Głos pustyni” (oba w roku 1932). „Głos pustyni” kręcono z rozmachem i za wielkie pieniądze. Ekipa wyjechała do Algierii, gdzie powstała polska odpowiedź na amerykańskiego „Syna szejka” (1926) z Rudolfem Valentino, choć scenariusz napisano na podstawie powieści Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego „Sokół pustyni”. W rolę szejka Abdullacha wcielił się Bodo, a jego żonę zagrała Nora Ney. Cała ekipa czuła się wtedy niczym królowie życia. Być może już wówczas w głowie Waszyńskiego zrodziła się myśl, by w przyszłości stać się polskim księciem? Ale nie uprzedzajmy faktów.

Na początku lat 30. reżyser przeprowadził się z biednego Muranowa, dzielnicy żydowskiej, do willi na Saskiej Kępie. Otaczał się gwiazdami filmowymi obojga płci, chętnie bywał na bankietach i balach organizowanych przez środowisko artystyczne Warszawy. Reżyserował komedie i melodramaty dla niezbyt wymagającej publiczności. I nagle wykonał woltę – nakręcił „Dybuka”.

Żydowski mistycyzm na ekranie

Przed wojną to był ten jedyny raz, gdy Waszyński wrócił do swych korzeni. Dlaczego w 1937 r. zainteresował się sztuką Szymona An-skiego (właściwie Szlojmego Zajnwela Rapoporta) zatytułowaną „Dybuk. Na pograniczu dwóch światów” (1914) i postanowił ją sfilmować? Można by pomyśleć, że reżyser od lat nosił w sobie dybuka – ducha zmarłej osoby. Kilkunastu lat życia Mosze Waksa nie dało się, ot tak, zapomnieć. Waszyński sięgnął po dramat żydowski ukazujący tradycyjne wierzenia i chasydzką kulturę i stworzył jeden z najlepszych w historii kina filmów w języku jidysz.

Co ciekawe, w 20-leciu międzywojennym nie brakowało w Polsce reżyserów tworzących w jidysz – kręcili zarówno melodramaty, jak i musicale, zapraszali do współpracy największe gwiazdy żydowskiego kina. Na przykład w filmie „Judeł gra na skrzypcach” (1936) w tytułowej roli wystąpiła Molly Picon, amerykańska aktorka teatralna i filmowa żydowskiego pochodzenia. I mimo że obrazy te często ukazywały hermetyczny świat, to cieszyły się popularnością nie tylko wśród społeczności żydowskiej; zdobywały uznanie zarówno w Polsce, jak i za granicą. Nie inaczej stało się w przypadku „Dybuka” w reżyserii Waszyńskiego.

Film opowiada historię dwóch przyjaciół, którzy sobie i Bogu przysięgają, że w przyszłości połączą węzłem małżeńskim swoje dzieci. Ale gdy jeden z nich ginie, drugi szybko zapomina o przysiędze i po latach nie zgadza się na ślub córki, Lei, z kochanym przez nią ubogim studentem – chce ją wydać za bogacza. A młodzieniec, jak się okazuje syn zmarłego przyjaciela, zgłębiający tajemnice kabały, postanawia odzyskać ukochaną i przyzywa mroczne siły. Pada martwy, a jego duch wstępuje w dziewczynę… W filmie z pietyzmem ukazano chasydzkie rytuały, modlitwy w synagodze, a nawet egzorcyzmy. Michałowi Waszyńskiemu udało się przeniknąć żydowski mistycyzm – pokazał świat i ludzi na styku życia i śmierci. Jego „Dybuk” był tym dla społeczności żydowskiej, czym dla Polaków „Wesele” Wyspiańskiego; więcej nawet – po Holokauście stał się symbolem dramatycznego losu ludu Izraela. Warto przy tym dodać, że odtwórcy głównych ról – Lili Liliana i Leon Liebgold – tragiczni kochankowie, w realnym życiu mieli więcej szczęścia. Po „Dybuku” wkrótce się pobrali i latem 1939 r. udali się do Nowego Jorku, by wystąpić w filmie „Kol Nidre”. Dzięki temu przeżyli wojnę, a po niej przez długie lata występowali w nowojorskich teatrach żydowskich.

Długa droga ku szczęściu

Waszyński we wrześniu 1939 r. przebywał we Lwowie, gdzie kręcił „Serce batiara” ze Szczepkiem i Tońkiem, słynnym duetem kabaretowo-filmowym (wiosną tegoż roku premierę miał ich wspólny film „Włóczęgi”). Niestety, Waszyńskiemu nie udało się dokończyć zdjęć do „Serca batiara” – został przez Sowietów zesłany na Syberię. Na szczęście po podpisaniu układu Sikorski–Majski w lipcu 1941 r., podobnie jak wielu innych Polaków więzionych dotychczas przez władze radzieckie, trafił do formowanej armii Andersa – zaciągnął się 10 grudnia. Jak przytacza Samuel Blumenfeld w biografii „Człowiek, który chciał być księciem. Michał Waszyński – życie barwniejsze niż film” (polskie wydanie: Świat Książki 2008), „[reżyser] dołączył do swojego curriculum vitae całkiem odmienną wersję pierwszego okresu swojej kariery. Wówczas jeszcze wydawało się ono wiarygodne. Krótkie notatki w słownikach filmowych poświęcone Waszyńskiemu podawały, że studiował sztukę dramatyczną w Kijowie w 1921 r., że w 1922 r. został asystentem Friedricha Wilhelma Murnaua, a następnie, w latach 1923–1925 asystentem reżysera teatralnego Jewgienija Wachtangowa w Moskwie. Gdyby wszystkie wykonywane wówczas przez niego prace zaliczyć do okresu, w którym był również asystentem i chłopcem na posyłki Wiktora Biegańskiego (nigdzie zresztą nie ma o nim wzmianki), Waszyński musiałby mieć dar pojawiania się w kilku miejscach naraz, by uprawomocnić trasę tak obfitującą w poszczególne etapy”.

Bez wątpienia był to kolejny etap kreowania własnego wizerunku. Opłaciło się – od 1942 r. Waszyński kierował Sekcją Filmową Wojskowego Biura Propagandy i Oświaty Armii Polskiej w ZSRR. Wraz z wojskami dowodzonymi przez generała Andersa wyruszył przez Iran i Palestynę do Włoch, kręcąc kroniki (m.in. „Od pobudki do capstrzyku”, „Marsz do wolności”; 1942) oraz dokumentując na celuloidowej taśmie szlak bojowy II Korpusu, zwłaszcza udział polskich oddziałów w walkach o Monte Cassino.

W 1943 r. powstał jeszcze jeden ważny dokument wyreżyserowany przez Waszyńskiego wspólnie z Konradem Tomem. „Dzieci” to – jak określił Blumenfeld – testament Waszyńskiego: „Tylko w tym filmie reżyser wspomniał o swoim rodzinnym mieście, nie zrobił tego w żadnym innym filmie ani w żadnej dyskusji”. Pożegnał się z kowelską przeszłością i postanowił zostać we Włoszech.

Gdy Armia Andersa stacjonowała jeszcze w Italii, Waszyński nakręcił „Wielką drogę” („La Grande Strada”, 1946). Film przedstawia losy pary narzeczonych rozłączonych przez wojnę: od oblężenia Lwowa w 1939 r. do formowania Armii Andersa w ZSRR, poprzez tułaczkę w Iranie, Iraku, Palestynie i Egipcie aż po kampanię włoską. Najwartościowszym elementem filmu są autentyczne wstawki dokumentalne, m.in. z bitwy pod Monte Cassino, w której bohater filmu – Adam (Albin Ossowski) – zostaje ranny. Jego ukochaną zagrała Renata Bogdańska, czyli Irena Anders, druga żona generała, natomiast jako pielęgniarka opiekująca się rannymi wystąpiła Jadwiga Andrzejewska, jedna z gwiazd przedwojennego kina.

La dolce vita!

We Włoszech Waszyński nawiązał kontakty z tamtejszymi wytwórniami i zaczął kręcić filmy. Powstały „Lo Sconosciuto di San Marino” („Nieznajomy z San Marino”, 1946) oraz „Fiamme sul mare” (1947); bywał tłumaczem i dyrektorem artystycznym. Okazało się, że doskonale odnajduje się w roli producenta. Nie narzekał na brak gotówki, stać go było na wykreowanie wiarygodnego wizerunku „polskiego księcia”. Wtedy też poznał o wiele starszą od siebie hrabinę Marię Dolores Tarantini. Mimo że był homoseksualistą, ożenił się z hrabiną, kobietą bardzo zamożną, filantropką cenioną przez lokalną społeczność jednej z jej posiadłości (w Recanati). Maria Dolores została matką chrzestną córki Jadwigi Andrzejewskiej, Barbary, a Waszyński nawet na kilka lat adoptował dziewczynkę. Po śmierci żony Waszyński odziedziczył cały jej majątek, także pałac w Rzymie i kolekcję dzieł sztuki.

Lata 50. ub. wieku to czas prosperity w życiu Waszyńskiego. Współpracował przy największych produkcjach filmowych, został przedstawicielem Hollywood na Europę, m.in. był konsultantem Mervyna Le Roya przy realizacji przez wytwórnię MGM „Quo vadis” (1951) według powieści Henryka Sienkiewicza. W 1953 r. jako dyrektor artystyczny pracował przy „Rzymskich wakacjach”, które dla Paramount Pictures wyreżyserował William Wyler. Ponoć to Waszyński miał zasugerować Wylerowi, by zajętą innym projektem Jeans Simmons, którą reżyser przewidział do roli księżniczki Anny, zastąpiła Audrey Hepburn. On też miał odkryć dla kina talent Sophii Loren – faktem jest, że zachowały się ich wspólne zdjęcia.

Nawiązał również współpracę i zaprzyjaźnił się z Josephem L. Mankiewiczem, zrobili razem m.in. „Bosonogą contessę” (1954; jako dyrektor castingu) i „Spokojnego Amerykanina” (1957; jako producent). W dokumencie „Książę i dybuk” trzecia żona Mankiewicza, Rosemary, ciepło wspomina Waszyńskiego, ich wspólne wypady do San Remo czy Portofino. I podkreśla: „Na pewno miał chłopaka. Odrobinę to taił… nie afiszował się z tym”.

Na spotkania z przyjaciółmi przybierał pozę arystokraty. Ale w obszernym rzymskim pałacu często zamykał się w swoim gabinecie, niekiedy przez parę dni nie dopuszczał nikogo do siebie – dybuk brał go we władanie… I popadał ze skrajności w skrajność: jego osobisty szofer, Angelo Manzini, opowiada w dokumencie Niewiery i Rosołowskiego, jak woził go nocami po rozświetlonych latarniami i neonami ulicach Wiecznego Miasta – Waszyński chłonął ten widok, jakby Rzym za chwilę miał przestać istnieć, tak jak żydowski Kowel i przedwojenna Warszawa. A może tylko żegnał się z miejscem, gdzie przeżył swoje najlepsze dni?

Na początku lat 60. Przeniósł się do Madrytu, gdzie wraz z Samuelem Bronstonem, siostrzeńcem Lwa Trockiego!, założył filię Bronston Productions i nadzorował kręcenie wysokobudżetowych produkcji. Jego szczytowym osiągnięciem była scenografia do „Upadku Cesarstwa Rzymskiego” (1964, reżyseria: Anthony Mann). W Las Rozas pod Madrytem za ogromne pieniądze wybudował replikę… Forum Romanum! Dziś tylko dawni młodzi statyści z Las Rozas wiedzą, gdzie „principe Waszynski” wznosił własne Wieczne Miasto, niezwykle kosztowny „domek z kart”. Teraz nie ma po tym śladu, ziemię porastają wysokie trawy, a dumne posągi i kolumnady zastąpiły krzewy i drzewa. Pamięć o Waszyńskim jednak przetrwała.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA