fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Woodrow Wilson. Profesor w Białym Domu

Woodrow Wilson, 28. prezydent Stanów Zjednoczonych w latach 1913–1921
biblioteka kongresu USA
Demokrata Woodrow Wilson został wybrany na prezydenta dzięki wojnie, jaką toczyli między sobą jego dwaj republikańscy rywale. Ten niepozorny nauczyciel akademicki okazał się jednym z największych amerykańskich prezydentów w historii.

Na początku XX w. industrializacja zamieniła w większości rolniczą i prowincjonalną Amerykę w najbardziej rozwinięte gospodarczo i cywilizacyjnie państwo świata. Kraj ten przechodził swoją drugą rewolucję – tym razem kulturową, obyczajową i społeczną. Niczym już nie przypominał państwa, które w 1776 r. założyli przedstawiciele 13 byłych kolonii brytyjskich. Teraz to nie była już ziemia zdominowana przez potomków kolonistów brytyjskich, ale tygiel wielu narodów, kultur i religii. To powodowało nieustanne tarcia społeczne.

Dyslektyk, który został naukowcem

Thomas Woodrow Wilson urodził się 28 grudnia 1856 r. w Staunton, w stanie Wirginia. Jego ojciec pastor Joseph Ruggles był synem imigrantów irlandzkich, którzy przybyli do Ameryki ze Strabane w Irlandii Północnej. Jessie Janet Woodrow, matka przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, urodziła się w angielskim mieście Carlisle. Była córką szkockiego pastora Thomasa Woodrowa i Marion Williamson z Glasgow.

Po przybyciu do Ameryki dziadkowie Thomasa osiedlili się Steubenville w Ohio. Tam dorastał jego ojciec, który założył gazetę „The Western Herald and Gazette”. Tam też poznał Jessie Janet Woodrow. W 1851 r. po ślubie Joseph i Jessie Wilson przeprowadzili się na południe Ameryki, początkowo do Wirginii, a potem do Georgii i Karoliny Południowej. Joseph Wilson kupił kilku niewolników i stał się zwolennikiem niewolnictwa. Jako pastor był jednak zdecydowanym przeciwnikiem stosowania wobec nich przemocy. Nawet założył dla nich szkołę niedzielną. Oboje rodzice utożsamiali się z Konfederacją podczas amerykańskiej wojny domowej, opiekowali się rannymi żołnierzami w swoim kościele, a ojciec Thomasa przez pewien czas służył nawet jako kapelan w armii konfederackiej. Już jako prezydent Thomas Woodrow Wilson często powtarzał, że jego najstarszym wspomnieniem jest przerażenie jego rodziców na wieść o wyborze Abrahama Lincolna na prezydenta i że zbliża się wojna. Thomas miał wtedy trzy lata. Drugim równie silnym wydarzeniem zapamiętanym z dzieciństwa była chwila, kiedy podbiegł do generała Roberta E. Lee i spojrzał mu w twarz.

Wojna secesyjna podzieliła nawet wyznawców tych samych religii. W 1861 r. ojciec Wilsona rozstał się z północnymi prezbiterianami i założył Południowy Kościół Prezbiteriański w Stanach Zjednoczonych (PCUS), w którym pełnił funkcję pierwszego stałego urzędnika Zgromadzenia Ogólnego Południowego Kościoła. Thomas był czwartym dzieckiem państwa Wilsonów. W dzieciństwie rodzina nazywała go Tommy. Drugie imię Woodrow było nazwiskiem panieńskim matki. Dzisiaj 28. prezydent USA jest bardziej znany właśnie pod drugim ze swych imion.

W 1912 r. Theodore Roosevelt, popierany przez założoną przez siebie Partię Łosia, przegrał z Wilsonem walkę o powrót do Białego Domu
getty images

Doktor Wilson

Thomas Woodrow Wilson był pierwszym prezydentem w historii USA, który zdobył stopień naukowy. Jednak jako dziecko miał ogromne kłopoty z nauką. Zaczął czytać dopiero w wieku dziesięciu lat. Jego opóźniony start w nauce był prawdopodobnie spowodowany dysleksją. On sam obwiniał później o to rodziców, którzy rzekomo nie chcieli go puścić do szkoły we wczesnym dzieciństwie. Rzeczywiście do 12. roku życia uczył się tylko w domu z ojcem, który był profesorem teologii w Columbia Theological Seminary, a później chodził na lekcje do małej szkoły Augusta w Georgii. Żeby wyrównać braki spowodowane dysleksją, już jako nastolatek nauczył się systemu stenograficznego Grahama, dzięki czemu szybko nadrobił zaległości i dostał się na studia.

W roku szkolnym 1873/1874 Wilson uczęszczał do Davidson College w Karolinie Północnej, a następnie ze względu na przerwę spowodowaną chorobą został przeniesiony jako student pierwszego roku do College of New Jersey (obecnie Princeton University). Na drugim roku studiował filozofię polityczną i historię. Był aktywnym członkiem klubu literackiego, brał udział w debatach politycznych Wigów i pisał dla „Przeglądu Literackiego Nassau”. Zorganizował Liberal Debating Society, a później prowadził panel dyskusyjny Whig-Clio. Jako członek towarzystwa studenckiego Phi Kappa Psi wziął udział w kampanii prezydenckiej 1876 r., wspierając kandydata Partii Demokratycznej Samuela J. Tildena.

W 1879 r. Wilson rozpoczął roczne studia prawnicze na University of Virginia. Tam został prezesem Jefferson Literary and Debating Society. Podczas pobytu często odwiedzał swoich krewnych w Staunton. Tam poznał kuzynkę Hattie Woodrow, w której zakochał się do szaleństwa. Jego uczucia były jednak nieodwzajemnione. Porażka miłosna nadszarpnęła jego zdrowie. Załamany zrezygnował ze studiów na University of Virginia i wyjechał do rodziców mieszkających w Wilmington w Karolinie Północnej, gdzie kontynuował studia prawnicze. W styczniu 1882 r. rozpoczął praktykę prawniczą w kancelarii adwokackiej. Lubił studiować historię prawa i orzecznictwo sądów, ale brzydził się codziennymi sprawami proceduralnymi. Przez to po mniej niż roku porzucił praktykę, aby kontynuować naukę o polityce i historii. Oboje rodzice z tej decyzji byli bardzo niezadowoleni.

Jesienią 1883 r. Wilson wstąpił do Johns Hopkins University, uczelni nowego typu, która była wzorowana na niemieckich uniwersytetach. Tam studiował historię, nauki polityczne, język niemiecki oraz ekonomię u profesora Richarda T. Ely’ego. Trzy lata później ukończył rozprawę doktorską pt. „Congressional Government: A Study in American Politics” i otrzymał tytuł doktora (PhD).

Woodrow Wilson wraz z żoną Ellen Louise Axson. Princeton, ok. 1910 r.
biblioteka kongresu USA

Jego magnificencja, pan rektor

Późną wiosną 1883 r. Wilson został wezwany do miejscowości Rome w stanie Georgia. Miał pomóc rozwiązać spór majątkowy swojego wuja z jego szwagrem. Tam poznał i zakochał się od pierwszego wejrzenia w Ellen Louise Axson, córce kaznodziei z Savannah w Georgii. Tym razem jego uczucie było odwzajemnione (więcej o  Ellen Wilson za miesiąc w części II artykułu poświęconego sylwetce prezydenta Thomasa Woodrowa Wilsona).

W lutym 1890 r., z pomocą przyjaciół, Wilson został wybrany przez Radę Powierniczą Uniwersytetu Princeton do Katedry Orzecznictwa i Ekonomii Politycznej. Otrzymał za to bardzo wysokie roczne wynagrodzenie w wysokości 3 tys. dolarów. Z zapałem przystąpił do reformy Uniwersytetu w Princeton. Wówczas nie była to jeszcze uczelnia tej klasy, jaką jest obecnie. Podczas pewnej uroczystości uniwersyteckiej, jako reprezentant American Whig Society, Wilson wygłosił orację pt. „Princeton in the Nation’s Service”. Tytuł ten był początkiem motta tej uczelni. W pewnym momencie zirytowany Wilson przerwał czytanie przygotowanego przemówienia i ku zdumieniu słuchaczy oświadczył, że szkoła ta nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału: „W Kentucky jest mały college, moi państwo, który w ciągu 60 lat wypuścił więcej studentów, którzy zdobyli sławę, niż Princeton w ciągu 150 lat”. Ta wypowiedź nie zjednała mu sympatii ani profesorów, ani studentów. Mimo to nie opuścił tej uczelni, choć w 1892 r. zaproponowano mu objęcie funkcji rektora na Uniwersytecie Illinois, a w 1901 r. na University of Virginia. Na Princeton powstała za to grupa zwolenników reform Wilsona, która w czerwcu 1902 r. usunęła rektora Francisa Landeya Pattona i zastąpiła go Wilsonem. Wydawało się, że Thomas Woodrow Wilson pozostanie na uczelni aż do emerytury. Historia chciała jednak inaczej.

„Mój kapelusz ląduje na ringu!”

Druga połowa XIX w. należała w polityce amerykańskiej bez wątpienia do republikanów. Od 1860 r., z wyjątkiem dwóch nienastępujących po sobie kadencji Grovera Clevelanda, gospodarzami Białego Domu byli wyłącznie republikanie. Ten stan rzeczy miał się zmienić wraz z wyborem Woodrowa Wilsona.

Nim jednak rektor Uniwersytetu w Princeton wkroczył do Białego Domu w marcu 1913 r., musiał przejść wyjątkowo upokarzającą i zajadłą kampanię wyborczą, rywalizując z dwoma byłymi prezydentami USA: Theodore’em Rooseveltem i Williamem Howardem Taftem.

Po raz pierwszy były prezydent republikański występował w szrankach wyborczych przeciw swojemu następcy i protegowanemu. Po zwycięstwie Williama Tafta w 1908 r. wydawało się, że Theodore Roosevelt wycofa się całkowicie z polityki. Wyjechał do Afryki po – jak sam to nazywał – „męską przygodę, jaką są długie łowy na grubego zwierza”. Dziwna to była epoka i dziwny sposób myślenia ówczesnych ludzi. Theodore Roosevelt był człowiekiem, który wielokrotnie postulował stworzenie specjalnych, ścisłych rezerwatów ochrony przyrody, w których zwierzęta nie byłyby niepokojone przez myśliwych. Jednocześnie ten sam człowiek chwalił się, że osobiście ustrzelił w Afryce 9 lwów, 8 słoni, 20 zebr, 7 żyraf i 8 bawołów afrykańskich. Nawet na początku XX w. taka rzeź dzikich zwierząt została uznana za przesadę. Karykatury prasowe ukazywały Roosevelta jako szaleńca z dubeltówką w dłoni, biegającego po swojej rezydencji, której ściany są szczelnie wypełnione głowami zabitych zwierząt.

Ludzie, którzy znali Roosevelta, uważali, ze coraz bardziej przejawia on nadpobudliwość i skłonność do irytacji. Kiedy wrócił z Afryki, oblegli go przeciwnicy Tafta z postępowego ramienia Partii Republikańskiej. Roosevelt błyskawicznie uległ ich namowom i wystąpił przeciw urzędującemu prezydentowi Taftowi, którego sam przecież afirmował w ostatniej kampanii wyborczej. Amerykańska opinia publiczna była zdziwiona. Roosevelt z charakterystyczną dla siebie determinacją przystąpił do bezwzględnego krytykowania administracji swojego następcy, twierdząc, że Taft jest marionetką w rękach „wielkich bonzów… i uprzywilejowanych grup interesów”. Gospodarz Białego Domu był zdumiony tym nagłym i bezpardonowym atakiem swojego dawnego mentora, którego naprawdę uważał za przyjaciela. Taft odnosił się do Roosevelta z wielkim szacunkiem, o czym świadczył choćby fakt, że zwracał się do niego per „panie prezydencie”. Kiedyś nawet powiedział przy świadkach do jednego ze swoich pracowników: „gdybym wiedział, czego sobie życzy prezydent Roosevelt, natychmiast bym to uczynił”.

Jednak teraz postępowanie Roosevelta okazało się bardzo wrogie wobec Tafta. W lutym 1912 r. były prezydent zaskoczył wszystkich, oświadczając, że zamierza się ponownie ubiegać o nominację w nadchodzących wyborach. „Mój kapelusz ląduje na ringu!” – zakrzyknął podczas przemówienia 23 kwietnia 1910 r., nieświadom, że w ten oto sposób stanie się autorem niezwykle popularnej frazy „My hat is in the ring”, która będzie używana przez wielu polityków w XX i XXI wieku. „Pojedynek właśnie się zaczyna, a ja staję do niego nagi, jak mnie Pan Bóg stworzył” – ciągnął swoją metaforę bokserską. Taft odpowiedział mu w tym samym bojowym stylu: „Nie chcę się bić z Theodore’em Rooseveltem, ale człowiek zapędzony do rogu musi z czasem zacząć wyprowadzać ciosy... Byłem workiem do bicia, byłem nim już zbyt długo i mam tego dosyć. Każdy człowiek, w którym krąży krew… musi stanąć do walki”.

Bitwa w czasie konwencji

Kampania wyborcza 1912 r. miała na zawsze zmienić sposób wyłaniania kandydatów do nominacji partyjnej. Republikanie byli tak rozdarci podziałem na obóz urzędującego prezydenta Tafta i byłego prezydenta Roosevelta, że postanowili wprowadzić nowy mechanizm wyboru kandydata do nominacji – prawybory stanowe. Każdy obywatel deklarujący się jako zwolennik partii republikańskiej mógł odtąd oddać głos na swojego kandydata w prawyborach partyjnych na takich samych zasadach, jak wybiera się już samego prezydenta.

Rooseveltowi udało się wygrać w dziewięciu na dziesięć stanów, w których te prawybory przeprowadzono. Dla Tafta najbardziej dotkliwa była przegrana w jego rodzinnym Ohio. Jednak prawybory nie decydowały o ostatecznym głosowaniu delegatów na samej konwencji GOP. Przyjeżdżając na konwencję, Roosevelt był pewien swojego zwycięstwa. Jego kampania to była prawdziwa eksplozja siły objawiająca się niezliczoną ilością spotkań i wygłaszanych przemówień w całym kraju. Roosevelt był jak rozszalały lew, kiedy Taft zaszył się w Białym Domu jak mysz w kącie.

Jeżeli ktoś chciałby zdefiniować i zobrazować chaos w najczystszej jego postaci, to najlepiej do tego posłużyłaby mu konwencja republikańska z 1912 r. W niczym nie przypominała współczesnych, wyreżyserowanych widowisk, które bardziej kojarzą się z koronacją niż wyborem kandydata na prezydenta. W 1912 r. konwencja była miejscem zaciekłych kłótni i walk na gołe pięści między delegatami. Roosevelt przybył na nią w meksykańskim sombrero, z ogromnym cygarem w ustach i nazywając bez ogródek urzędującego prezydenta „szczurem przyczajonym w kącie”. Zwolennicy Roosevelta wciąż jednak stanowili mniejszość wśród delegatów. Wśród nich byli głównie konserwatywni baronowie, którzy mieli dość kontroli Tafta nad trustami. Teraz postanowili przekupić 300 delegatów z Południa, aby zagłosowali na Roosevelta. Wiadomość o tym musiała się wydostać na zewnątrz, ponieważ nagle na scenie konwencji zaczęły się przepychanki, które wkrótce zamieniły się w regularną bitwę. Została wezwana policja, która wokół sceny rozłożyła zasieki z drutu kolczastego. Zwolennicy Tafta wykorzystali ten moment do oskarżenia ludzi Roosevelta o sprowokowanie awantury. 526 delegatów zagłosowało na urzędującego prezydenta, a tylko 107 na Theodore’a Roosevelta. Wściekły Roosevelt wraz ze swoimi zwolennikami ostentacyjnie opuścił konwencję. Jeszcze tego samego dnia założyli własną organizację, którą nazwali Partią Łosia. Dziennikarze byli przekonani, że to będzie kampania całkowicie zdominowana przez Tafta i Roosevelta. Jeden z nich napisał: „W zasadzie mam tylko jedno pytanie: na którym truchle spoczną kwiaty?”.

Demokraci byli oczywiście przerażeni. Teraz musieli wybrać kandydata, który miał stawić czoła bojowemu Rooseveltowi i popularnemu prezydentowi Taftowi. Wydawało się, że żaden demokrata nie ma szansy wejść do Białego Domu. Ale gdzie się dwóch bije, tam trzeci korzysta.

Nowe narzędzie propagandy: kino

Walka wewnątrz obozu republikańskiego skupiła całą uwagę opinii publicznej. Mało kto zwracał uwagę na walkę wyborczą w czasie konwencji Partii Demokratycznej. A była ona równie ciekawa, choć znacznie mniej spektakularna. Konwencja demokratyczna odbyła się już po bitwie wewnątrz obozu republikańskiego. Do walki o nominację stanęli: spiker Izby Reprezentantów James Beauchamp Clark i były rektor Uniwersytetu Princeton Woodrow Wilson. Był bez wątpienia nowym typem polityka – bardzo ambitnym i inteligentnym, pod każdym względem intelektualnie przewyższającym wszystkich polityków, którzy dotychczas ubiegali się o najwyższy urząd w państwie. W prasie nazwano go „nowym tworem myśli politycznej Williama Jenningsa Bryana” – nowoczesnym demokratą o poglądach postępowo-liberalnych.

Walka o demokratyczną nominację na prezydenta nie była tak spektakularna jak w obozie republikańskim, ale nie mniej trudna i żmudna. Świadczy o tym fakt, że Wilson otrzymał nominację dopiero w 46. rundzie głosowań. I to w dodatku tylko dlatego, że spiker Izby Reprezentantów James Beauchamp Clark wystawił się na pośmiewisko przez udział w pewnej reklamie tanich produktów medycznych.

Ostatecznie do boju stanęło trzech kandydatów o niemal równych szansach wyborczych. Taka sytuacja nigdy się już nie powtórzyła w dotychczasowej historii USA. Kandydaci ogromnie różnili się od siebie zarówno pod względem wygłaszanych poglądów, jak i aparycji i charakteru. Karykaturzyści i satyrycy byli zachwyceni tą sytuacją. Theodore Roosevelt robił wrażenie ogarniętego szałem neurotyka, który jest w stanie pozabijać wszystkich z sobą samym ze swojej ulubionej dubeltówki. Taft zachowywał się jak wiecznie optymistyczny melepeta, a Woodrow Wilson był chłodnym, niemal posągowym intelektualistą o bardzo ścisłym umyśle.

Żeby bardziej zwrócić na siebie uwagę, Taft przyrównał Roosevelta do przywódcy szalonej sekty, sugerując tym samym, że Partia Łosia składa się z ludzi nieobliczalnych. Roosevelt ogłosił bowiem program, który nazwał „nowym nacjonalizmem”, w którym postulował oddanie rządowi federalnemu całkowitej kontroli nad „chciwymi, przeżartymi korupcją korporacjami”.

Woodrow Wilson wykorzystał walkę swoich przeciwników do stworzenia wizerunku chłodnego, rozsądnego i bardzo kulturalnego intelektualisty. Sam o sobie mówił autoironicznie: „Cóż za piękny system polityczny posiadamy, skoro niezbyt towarzyski, surowy nauczyciel akademicki ma szansę zostać prezydentem USA”. Rzeczywiście, na tle szarpiących się i podobnych do siebie z wyglądu republikanów Wilson robił wrażenie wielkiego męża stanu.

W 1912 r. na kampanię wyborczą wielki wpływ zaczęło mieć kino. Teraz każdy wyborca, niezależnie, z jakiej części kraju pochodził, mógł na ekranie kinowym zobaczyć kandydatów na prezydenta i wyrobić sobie pogląd o ich prezencji. Roosevelt ze swoją przesadną ekspresją gestów wyglądał na ekranie niemego kina jak błazen. Nikt nie słyszał jego głosu, ale widział neurotyczne gesty. Podobnie źle wypadał głupio uśmiechnięty Taft. Na ich tle wyniosły, posągowy Wilson prezentował się wprost fenomenalnie. Trudno się więc dziwić, że pod koniec kampanii wyborczej bukmacherzy ustawili notowania kandydatów na 5 do 1 dla Wilsona.

Podział i kłótnie skazały republikanów na porażkę. Wilson dostał 6 293 252 głosy, podczas gdy urzędujący prezydent Taft otrzymał 3 483 922 głosy, a jego rywal z Partii Łosia 4 119 207. Wilson dostał zaledwie 41 proc. głosów. W każdych innych okolicznościach byłby skazany na porażkę. Ale w tej jedynej w swoim rodzaju konfrontacji z dwoma republikańskimi przeciwnikami przełożyło się to na zdobycie aż 435 elektorów, podczas gdy Roosevelt zdobył 88, a prezydent Taft zaledwie 8. Żaden inny urzędujący prezydent nie zdobył tak małej ilości głosów elektorskich w czasie kampanii wyborczej.

4 marca 1913 r. Thomas Woodrow Wilson triumfalnie wkraczał do Białego Domu. Zaczynała się jedna z najważniejszych prezydentur w historii Stanów Zjednoczonych.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA