fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Jak mogły wyglądać Niemcy bez Hitlera?

30 września 1934 r. - Adolf Hitler w otoczeniu oficerów wchodzi na górę Buckeberg pod Hameln przez szpaler utworzony z partyjnych sztandarów. Na drugim planie widoczny wielotysięczny tłum.
Narodowe Archiwum Cyfrowe
Co by się stało, gdyby w okopach pod Verdun pocisk śmiertelnie ranił podoficera Adolfa H. z Linzu? Czy ta jedna z milionów tragedii mogłaby zmienić bieg wydarzeń w Europie?

Głębokiego sporu toczonego między historycznym determinizmem a wiarą w sprawczą moc nieprzeciętnych jednostek nie da się rozstrzygnąć. Bez postaci Hitlera los Europy byłby zapewne inny, lecz bez cienia gwarancji, że na pewno lepszy. Stan niemieckiego ducha niepokoił, zanim klęskę II Rzeszy dało się w ogóle przewidzieć. Nie wszystko, co zdarzyło się później, można złożyć na karb powojennej frustracji, biedy i upokorzenia.

Po zwrocie nad Marną w wojnie przestało chodzić o zdobycie jakiejś prowincji, miasta czy punktu na mapie. Mówiąc, że Wielka Wojna była pierwszym konfliktem na wyniszczenie, warto rozumieć płynące stąd konsekwencje. To nie tylko zrzucanie milionów pocisków artyleryjskich dzienne (ktoś policzył, że w cztery lata wystrzelono ich ponad miliard), ale także fizyczna anihilacja zasobów ludzkich i materialnych przeciwnika, z zagłodzeniem ludności cywilnej włącznie. Używanie broni masowego rażenia przez obie strony i zgoda na straty idące w dziesiątki milionów nie zostawiały wątpliwości, że chodzi o zniszczenie całych populacji.

Politycy, wyborcy i czytelnicy gazet wyciągali z charakteru Wielkiej Wojny wnioski, do jakich przygotowała ich epoka. Przyswojony w wulgarnej formie społeczny darwinizm wyniósł rasizm, nacjonalizm i eugenikę do rangi postępowych i nowoczesnych idei, szczególnie wśród wolnych od dogmatu protestantów. Polemizujący na racje moralne Kościół katolicki jawił się jako złóg obskurantyzmu i zabobonu.

Idąc w tym duchu, jeszcze przed wojną światową Niemcy uznali wschodnią Europę za niezdolną do samodzielnego istnienia, więc naturalnie skazaną na germańską dominację. Swoją samotną wojnę przeciw reszcie świata rozumieli jako walkę o egzystencję narodową. Tylko zwycięstwo i pozycja światowego mocarstwa gwarantowały przetrwanie, bo w tak pojmowanej nowoczesności ten, kto nie pożera – sam zostanie pożarty.

Jak mogły wyglądać Niemcy bez Hitlera? W decydującym 1917 r. los wojny nie był jeszcze przesądzony. Kampania podwodna odnosiła sukcesy, na wschodzie Niemcy zdobyły tereny wielkości Argentyny, ententa słabła, a Amerykanie uczyli się trzymać karabin w obozach we Francji. Adolf H. mógł spocząć w zbiorowym grobie, jakby w ogóle nie istniał.

Nic nie wiedząc o Hitlerze, 2 września 1917 r. w Królewcu powstała Niemiecka Partia Ojczyźniana – Deutsche Vaterlandspartei (DVP). Data nawiązywała do rocznicy bitwy pod Sedanem i nie przypadkiem rzecz stała się w Prusach. Tak jak w 1935 r. zapewne nieprzypadkowy był wybór Królewca na zapowiedzenie ustaw norymberskich.

Honorowe przewodnictwo księcia Meklemburgii Jana Olbrachta, zasłużonego dla niemieckiego kolonializmu w Afryce, było tylko ozdobą. Formalnym prezesem był „niezatapialny” admirał von Tirpitz, którego imperialne ambicje najsilniej wciągnęły Brytyjczyków do wojny. Jednak prawdziwym mózgiem przedsięwzięcia był niejaki Wolfgang Kapp i jego otoczenie polityczne.

A było to towarzystwo arcyciekawe, jak choćby Liga Pangermańska i wiedeński lekarz Max von Gruber, założyciel Towarzystwa Higieny Rasowej. Związek od lat zwalczał psucie niemieckiej krwi przez związki z upośledzonymi rasami, a z Żydami w szczególności. Ważnym członkiem DVP był brytyjski germanofil Houston Chamberlain, uważający kulturę i cywilizację Zachodu za wyłączną zasługę Niemiec.

Nie wolno pominąć von Ludendorffa, który już w 1915 r. zmarginalizował pozycję Wilhelma II, a potem z Hindenburgiem rozpowszechniał legendę o „ciosie w plecy” zadanym armii przez niemieckich polityków. Stąd przekonanie, że partia była finansowana przez Sztab Generalny Rzeszy, choć w przedsięwzięciu uczestniczyli przemysłowcy w rodzaju Siemensa czy Maxa Roetgera. Stowarzyszenie Niemieckiego Przemysłu Stalowego regularnie użyczało partii swojej siedziby.

DVP – w przeciwieństwie do NSDAP Hitlera – nawet dla pozorów nie aspirowała do uczestnictwa w liberalnym systemie parlamentarnym, kontestując istniejące struktury polityczne i wolne wybory. Partia miała się za twór niepolityczny i „bezpartyjny”, przedkładający jedność narodową ponad podziały frakcyjne. Silnego rządu na miarę marzeń DVP nie mogli stworzyć słabi politycy, zależni od chwiejnych wyborców.

Celem partii była walka do zwycięstwa, aneksja Belgii, Luksemburga i Normandii, zniszczenie dominacji brytyjskiej na morzu oraz polityczna i gospodarcza germanizacja Europy Środkowej. W 1918 r. DVP liczyła już 1,2 mln członków, a pomysłów na podobne twory było w Niemczech coraz więcej. Tylko Bawarczycy uznali partię za zbyt pruską i antykatolicką jak na gust południowych Niemców.

Do końca (wyznaczonego rewolucją listopadową) był to twór mieszczańsko-urzędniczy i aby porwać prawdziwe masy, Hitler musiał dodać nieco socjalizmu i trochę osobistej charyzmy, lecz w kryteriach ideologicznych przyszedł na dawno obsiane pole.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA