fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Konferencja w Hamilton. Największa tajemnica Bermudów

Uczestnicy konferencji w Hamilton. Od lewej: George Hall, Harold W. Dodds, Richard K. Law, Sol Bloom i Osbert Peake. 21 kwietnia 1943 r.
wikipedia
Kongres na Bermudach był pierwszą i ostatnią reakcją Zachodu na Holokaust. Jednak z obawy przed odwetem Hitlera alianci zrezygnowali nawet z okazji, by otwarcie wspomnieć o Żydach.

W przeciwieństwie do Teheranu czy Jałty konferencja w Hamilton niemal nie istnieje na kartach historii. Czasem się wspomina, że miała miejsce i poniosła fiasko, nie wnikając w okoliczności porażki. Zdumiewająca rzecz w czasach, gdy Zagładę uczyniono centralnym wydarzeniem II wojny światowej, a nawet całego stulecia. Chętnie wskazując licznych współsprawców – głównie wśród nieżydowskich ofiar niemieckiego bestialstwa – zarzut grzechu milczenia i zaniechania zadziwiająco omija sumienia zachodnich mocarstw. Tymczasem w świetle Bermudów rzekoma porażka była zimno skalkulowanym celem konferencji, wyrosłym z cynicznego pragmatyzmu aliantów. Postawa wielkich demokracji wobec Holokaustu niebezpiecznie wkroczyła w obszar przyzwolenia na ludobójstwo, choć stały za tym także racjonalne przesłanki.

Uwertura w Évian

Kwestia pomocy Żydom trafiła do agend dyplomatycznych jeszcze przed wojną, lecz wcale nie z powodu współczucia. Gdy ustawy norymberskie pozbawiły ich niemieckiego obywatelstwa, wszystkim rządom śnił się koszmar setek tysięcy uchodźców, szturmujących konsulaty i posterunki graniczne. Do 1938 r. już 170 tys. Żydów opuściło Niemcy, a po anszlusie do pakujących walizki dołączała dwustutysięczna diaspora w Austrii.

Wszakże świat nie podniósł się jeszcze z wielkiego kryzysu, o który część społeczeństw winiła elity finansowe, powszechnie kojarzone z Żydami. W krajach umęczonych biedą i bezrobociem każde tąpnięcie ekonomiczne, gdyby cień winy spadł na żydowskich uchodźców, mogło wywrócić systemy polityczne do podstaw. Podziwiany za gospodarcze odrodzenie Niemiec, Hitler nie wszystkim jawił się jako zło wcielone. Nawet w najzacniejszych demokracjach bano się destabilizacji i antysemickiego wybuchu. Ze strachu przed ryzykiem samodzielnych działań rządy próbowały maksymalnie rozproszyć odpowiedzialność za kryzys. Szczęśliwie na podorędziu był sprawdzony sposób unikania decyzji przez zwoływanie konferencji i tworzenie przeróżnych komisji, czego spróbowano pierwszy raz w lipcu 1938 r.

Z inicjatywy Roosevelta, chociaż bez jego udziału, w szwajcarskim kurorcie Évian-les-Bains zasiedli przedstawiciele 32 państw, by dziewięć dni obmyślać sposób zażegnania kryzysu. Jednak Francja, dokąd już przyjechało 70 tys. uchodźców, czuła się przeciążona problemem, podobnie jak walcząca z bezrobociem Wielka Brytania, z 50 tysiącami przybyszów na barkach. Zniechęcony krwawymi skutkami wcześniejszych obietnic Londyn dawno wycofał się z deklaracji Balfoura i nie zamierzał zawieszać Białej Księgi zamykającej Palestynę przed imigracją. Większość uczestników tzw. piątej alii z lat 30. przybyła do brytyjskiego mandatu nielegalnie, konsumując taktyczne porozumienie nazistów z syjonistami.

Po tzw. nocy kryształowej w Niemczech (9/10.11.1938 r.) organizacje żydowskie w Anglii zorganizowały system pomocy dla Żydów z Europy. W „kindertransportach” sprowadzono ok. 10 tys. dzieci
wikipedia

Także Waszyngton odmówił porzucenia zaostrzonych przepisów imigracyjnych, a nawet z rygorystycznych limitów nie w pełni korzystał. Perliły się za to fantastyczne pomysły, by zbiegłych Żydów umieścić w Etiopii, Gujanie lub na Madagaskarze. Tym mocniej wszystkich zmroziła uwaga Hitlera, że wobec ogromu zagranicznego współczucia dla Żydów, Niemcy dostarczą ich chętnie w każdych ilościach, nawet luksusowymi statkami. Asekurancka postawa największych potęg, ułatwiała umycie rąk biedniejszym państwom, z których tylko Dominikana z Kostaryką nie skorzystały z okazji, by siedzieć cicho i zgłosiły ofertę pomocy, ale nikt ich nie traktował poważnie.

Na koniec góra urodziła mysz: Międzyrządową Komisję ds. Uchodźców, lecz za tym szyldem ziała zupełna pustka. Na całym świecie nie znaleziono pieniędzy, by w instytucji kogokolwiek zatrudnić. Podsumowaniem pragmatyki wypracowanej w Évian jest odyseja niemieckiego liniowca „St. Louis” z prawie tysiącem żydowskich uchodźców płynących na Kubę. Ponieważ pasażerowie uzyskali wizy w wyniku korupcji, Hawana nie chciała ich respektować, dlatego po wielu dniach krążenia między zamkniętymi portami USA i Kanady statek wrócił do Europy.

U kresu ludzkości i Boga

Wojna wywróciła priorytety i wektory punktów widzenia. Teraz niemal każdy miał zasadne poczucie, że walczy o przetrwanie, co zepchnęło w cień cudze, a zwłaszcza niewidoczne problemy.

Po inwazji na Polskę na polu pomocy europejskim Żydom zostały tylko prywatne organizacje, w rodzaju Found for Refugees lorda Baldwina czy Commision for Polish Relief. Ich działalność cieszyła się sporym poparciem, zwłaszcza w Ameryce, gdzie na charytatywny koncert w Madison Square Garden przybyło 20 tys. osób, a drugie tyle wypatrywało gwiazd na ulicy. Lecz nie każdy uważał tę pomoc za moralnie słuszną – i bynajmniej nie z antysemickich pobudek. W prestiżowym „The Times” pisano, że dobroczynność w sposób szkodliwy zdejmuje odpowiedzialność z barków Hitlera i Niemiec.

Jednak rzecz dotyczyła sytuacji sprzed konferencji w Wannsee i programu przemysłowej eksterminacji. Im głębiej pogrążano się w wojnie, tym mniej ważni okazywali się Żydzi, aż przestano o nich wspominać. Początek Zagłady przyszedł poza uwagą świata zajętego przerażającymi klęskami Rosji i montowaniem koalicji do decydującego starcia z Hitlerem.

Pierwszy o Holokauście informował „The Daily Telegraph” w czerwcu 1942 r., dzięki staraniom Szmula Zygielbojma z polskiej Rady Narodowej w Londynie. Anonimowy autor pisał o wymordowaniu 700 tys. Żydów, wspominając o deportacjach w „nieznane miejsca”, ciężarówkach przerabianych na komory gazowe i masowych rozstrzeliwaniach. Chociaż nagłówek krzyczał o największej zbrodni w historii świata, poświęcono jej miejsce na piątej, a zarazem przedostatniej stronie gazety.

W sierpniu 1942 r. enigmatyczny telegram Gerharda Riegnera ze Światowego Kongresu Żydów w Genewie informował dopiero o planowaniu masowej zbrodni, choć Zagłada trwała już pełną parą. Ponieważ autor zastrzegał, że wiadomości nie umie zweryfikować, rzecz wzięto za plotki i chwyt propagandowy, a brytyjski MSZ wymusił na rabinie Wiese dyskrecję, póki sprawa się nie potwierdzi. Nawet gdy rzecz ujawniono na konferencji prasowej, „New York Times” poświęcił jej dwa akapity na dziesiątej stronie. Ostrożność prasy miała uzasadnienie w doświadczeniach poprzedniej wojny, gdy gazety traciły wiarygodność, zbyt łatwo ulegając presji propagandy. Pamiętano wyolbrzymione, a wręcz wyssane z palca plotki o niemieckich zbrodniach wojennych, co nie wyszło dziennikarzom na dobre.

Również nota Edwarda B. Raczyńskiego o masowej eksterminacji Żydów w okupowanej Polsce przeszła w grudniu bez echa, choć angielskojęzyczny dokument trafił do sygnatariuszy Deklaracji Narodów Zjednoczonych z 26 państw świata. Zdobyte ogromnym kosztem informacje polskiego podziemia zginęły na dnie szuflad ministerstw spraw zagranicznych.

Zagłada mobilizowała tylko żydowską opinię publiczną, dopóki nie zwróciła uwagi dwóch szczególnych ludzi. Pierwszym był wpływowy dyrektor europejskiej sekcji BBC Noel Newsome, który uważał propagandę za broń nie mniej ważną od czołgów. Za jego sprawą coraz więcej informacji docierało do szerokiej opinii publicznej.

Być może jeszcze większą rolę odegrał anglikański arcybiskup William Temple, duchowny o lewicowych skłonnościach, próbujący ożenić socjalizm z religią. Jako współzałożyciel ekumenicznej Rady Chrześcijan i Żydów, a zwłaszcza uznany autorytet moralny, zaprotestował przeciw grzechom zaniechania, wzywając Izbę Lordów do stanowczego działania. Przemowę zakończył dramatyczną konkluzją, że świat stanął „u kresu historii, ludzkości i Boga”.

Nie drażnić Hitlera

Londyn ulegał presji, wszakże nie chciał podejmować arbitralnych decyzji, potrzebując aprobaty sojusznika zza oceanu. Tłumacząc z języka dyplomacji na polski: Anglia nie chciała pogrążać się we wstydzie samotnie i spróbowała przerzucić część odium na większego partnera.

Jednak Roosevelt nie dawał się łatwo wciągnąć w pułapkę, zwłaszcza że Ameryka poświęcała Zagładzie jeszcze mniej uwagi niż Wielka Brytania. Sam prezydent reprezentował umiarkowany antysemityzm, całkiem naturalny dla jego czasów. Zaledwie trzy miesiące przed konferencją bermudzką w Casablance wygłosił uwagę, że źródłem niemieckich prześladowań jest nadreprezentacja Żydów w prestiżowych zawodach. Jeszcze bardziej otwarci bywali przedstawiciele jego administracji.

Ponieważ intencje Londynu były aż nadto czytelne, propozycję wspólnej konferencji wzięto w Waszyngtonie za szantaż moralny, którego wszak nie można było odrzucić. Pozostało tak pokierować sprawami, by powstało dużo dymu bez ognia. Odrzucono pomysł urządzenia konferencji w Londynie, bo zbyt łatwo sugerował brytyjską inicjatywę. Odpadła także kanadyjska Ottawa, ponieważ leżała za blisko amerykańskiej granicy i najbardziej wpływowych miast Wschodniego Wybrzeża, z ich aktywistami, lobbystami i dziennikarzami. Idealne były zagubione na Atlantyku maleńkie Bermudy, na które trudno było trafić prasie i demonstrantom. W istocie dyskrecja była najważniejszą cechą tej konferencji. Akredytację uzyskało raptem pięciu reporterów z wyselekcjonowanych agencji prasowych, w tym Reutersa i Associated Press, co ułatwiło kontrolę przekazu płynącego do świata.

Aura niedomówień otaczała sam temat konferencji. Oficjalnie mówiono, że dotyczy przerwania niemieckiego ludobójstwa w Europie, ale starannie zadbano, by w agendzie nie wymieniono narodowości ani wyznania ofiar. Nie wolno było o tym wspominać w komunikatach ani na konferencjach prasowych, co w praktyce oznaczało zakaz mówienia o Żydach. W pewnym sensie chodziło o hitlerowską retorykę propagandową, mówiącą o kolejnej wojnie narzuconej Niemcom przez Żydów. Ale bardziej się obawiano, że gdy cel rozmów dotrze do Niemiec, Hitler zechce „wypchnąć” wszystkich ocalałych za granicę, stawiając aliantów pod ścianą. Na ile poważnie traktowano tę groźbę?

Jak wiadomo, kluczowe decyzje zapadają w zaciszach gabinetów przed każdą konferencją i szczytem. Do takiego spotkania doszło w Białym Domu z udziałem sekretarza stanu Cornella Hulla i oczywiście Roosevelta, a po stronie brytyjskiej ministra Edena i lorda Halifaxa, wówczas ambasadora w Waszyngtonie. Tak się złożyło, że po Stalingradzie Rumunia roztropnie zaniechała dalszego mordowania Żydów w Naddniestrzu, śląc na Zachód dyskretne sygnały, że ocalonych chętnie odeśle, jeżeli zainteresowani opłacą transport.

Chociaż rzecz dotyczyła 70 tys. osób, Eden zalecił najwyższą ostrożność. Gdyby operacja doszła do skutku, w ślad za niedobitkami z Rumunii mogły pójść miliony Żydów ze wschodniej Europy... Brytyjski minister stwierdził, że na świecie nie ma wystarczającej ilości statków, by temu zadaniu podołać. Nikt też nie miał pojęcia, ile osób zamordowano, a ile wciąż czeka na swoją kolej, lecz urzędnicy policzyli skwapliwie, o ile kalorii i gramów racjonowanej żywności ubędzie przez każdy tysiąc uchodźców.

W istocie była to cała, choć niewypowiedziana, konkluzja spotkania. Prawa udziału w konferencji domagał się Wspólny Komitet ds. Ratowania Europejskich Żydów, ale nie został dopuszczony do rozmów nawet w roli obserwatora. Doszło jedynie do spotkania z Rooseveltem po naciskach Izby Reprezentantów, lecz opinię środowisk żydowskich przyjęto tylko do wiadomości.

Przede wszystkim nie godzić się na nic

Kolejnym sposobem na zapewnienie sukcesu było maksymalne obniżenie rangi spotkania. Rzecz jasna, Roosevelt nie chciał spędzić Wielkanocy poza gronem rodzinnym, a zwłaszcza firmować oczywistej farsy. Owen Roberts z Sądu Najwyższego wręcz wyżebrał zwolnienie go z kompromitującego zadania. Wykręcił się również dyplomata Myron Taylor, który wcześniej użyczył twarzy kompromitacji w Évian i nie zamierzał powtarzać starego błędu. Po kolejnych odmowach samobójczą misję przewodniczenia delegacji przyjął profesor Harold Dodds, prezydent Uniwersytetu w Princeton. Wszystkim zależało, by w rozmowach nie uczestniczyli znani politycy, lecz na wszelki wypadek i tak zobowiązano Doddsa, by się na nic nie zgadzał. Pilnował go sekretarz delegacji Robert Reams, gorliwy obrońca restrykcyjnych kwot imigracyjnych. Rolę listka figowego dzielnie odgrywał kongresmen Sol Bloom, znany jako „etatowy Żyd Departamentu Stanu”, bezwzględnie lojalny wobec administracji Roosevelta. Niewiele lepiej było po stronie brytyjskiej, której przewodził Richard Law, raptem podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, i formalnie wyższej rangi urzędnik – Osbert Peake.

Otwarcie konferencji 19 kwietnia 1943 r. miało mimowolnie symboliczne znaczenie, ponieważ tego samego dnia wybuchło powstanie w getcie warszawskim. Gdy Żydzi walczyli już tylko o godną śmierć, w luksusowym hotelu z widokiem na atlantycką plażę nad ich losem pochylały się dwa potężne mocarstwa.

Na początek odrzucono postulaty środowisk żydowskich, z których w istocie żaden nie był realny, jak choćby wymianę niemieckich jeńców za Żydów czy otwarcie granic dla uchodźców z terenów okupowanych. Podjęcie natychmiastowych negocjacji z Hitlerem z oczywistych względów nie wchodziło w rachubę. Podobnie mało rzeczowy był pomysł zrzucania nad Rzeszą ulotek informujących o zbrodniach nazistów, z wiarą, że kulturalni Niemcy nie wiedzą nic o bestialstwach na wschodzie – bo gdyby wiedzieli, wpłynęliby na politykę Hitlera. Na razie zrzucanie bomb zdawało się bardziej skuteczne...

Jednak nie chodziło o bombardowanie torów do obozów zagłady ani samych kacetów, bo i to było nierealnym pomysłem – przynajmniej wiosną 1943 r. Alianci nie wylądowali nawet we Włoszech, nie mówiąc o zdobyciu lotnisk w Bolonii, z których samoloty dosięgłyby wschodniej Europy. Zresztą sprzymierzeni mieli marne rozpoznanie infrastruktury Zagłady, a bombardowania precyzyjne były techniczną mrzonką. Tylko przy zmasowanych nalotach można było żywić nadzieję, że któraś z tysięcy bomb trafi w zakładane cele.

Poza tym lotnictwo ponosiło nad Niemcami ogromne straty w sprzęcie i ludziach, dlatego dowództwo wojskowe buntowało się przed rozpraszaniem sił na inne niż strategiczne cele. Podzielano opinię Roosevelta, że jedynym sposobem przerwania ludobójstwa będzie ostateczne zwycięstwo aliantów. Eliminowano więc wszystko, co mogło je opóźnić albo osłabić wysiłek wojenny sprzymierzonych. O czym nie chciano mówić, utworzenie nowych frontów w Europie wymagało niebywałej koncentracji sił i środków.

Egzystował wręcz makiaweliczny pogląd, że Endlösung siłą rzeczy przyspiesza zwycięstwo, gdyż infrastrukturalne, surowcowe i ludzkie środki, zaangażowane w bezproduktywny mord milionów ludzi, zmniejszają niemieckie możliwości na froncie.

Największa z tajemnic

Uzgodnienie dawno uzgodnionych stanowisk przyszło w Hamilton bez trudu. Podzielono zdanie, że bez pokonania Hitlera nie da się pomóc Żydom z terenów okupowanych. I na tym zamknięto dyskusję. Najwięcej czasu poświecono uchodźcom, którzy zdołali już uciec, lecz utknęli w krajach neutralnych – gównie Hiszpanii i Portugalii, gdzie blokowali miejsca kolejnym szczęśliwcom. Szacowano, że jest ich najwyżej 6 tys., lecz i tak okazali się kłopotem. Nie było mowy, by uciekinierów z wrogiego państwa, bez dokumentów i weryfikacji, wpuścić do swoich krajów, a temat Palestyny był konsekwentnie ucinany przez Wielką Brytanię. I tak już mieli wojnę domową na swoim zapleczu frontu.

Amerykanie odrzucali pomysł przeniesienia uchodźców do obozów w Afryce Północnej, uważając, że to potencjalny rejon działań wojennych. Na poziomie ogólnym rozważano przekonanie innych państw neutralnych, że Żydzi niewyobrażalnie wzbogacą ich kulturę, naukę i przemysł. Nie sądzono jednak, by europejskie kraje się na to zgodziły z obawy przed naciskami Hitlera. Ustalono więc, że uchodźcy będą przewiezieni do Etiopii i Libii, ale słowem nie wspomniano o koniecznych finansach i procedurach. W istocie dopiero po roku wywieziono z Hiszpanii 600 Żydów, a zaledwie 2 tys. do końca wojny.

Na koniec dziewięciu dni obrad ogłoszono, że „osiągnięto wspólny kompromis”, lecz „ustalenia muszą pozostać poufne”, i wrócono do domów, nie wyjaśniając niczego. Niemniej, nie zdołano uniknąć medialnego i politycznego piekła.

Rabin Golstein oskarżał, że konferencja pudrowała bierność aliantów, nie dbając wcale o Żydów. Tzw. grupa Bergsona zapłaciła za całostronicowe ogłoszenie w „New York Timesie”, gdzie nazwała Bermudy „kpiną i okrutnym żartem”. Zadowolony z wyników konferencji Bloom obraził się, a dotknięty Harry Truman wystąpił z Amerykańskiego Komitetu Syjonistycznego. Przez Waszyngton przeszedł marsz protestacyjny kilkuset rabinów, natomiast prasa podniosła larum z powodu ograniczania wolności informacji. Prawdopodobnie najmniejszym echem odbił się dramatyczny protest Szmula Zygielbojma, który konferencję skwitował samobójstwem.

Dopiero 20 lat później usłyszano wyznanie brytyjskiego uczestnika narady, że utajniono wyniki konferencji, by ukryć brak jakichkolwiek ustaleń.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA