fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Bomby jądrowe: Zagubione puszki Pandory

11 marca 1958 r. jeden z bombowców B-47E „zgubił” nad Karoliną Południową bombę wodorową. Na szczęście na ziemi eksplodował tylko konwencjonalny ładunek wybuchowy
us army
Tylko kilka z utraconych podczas zimnej wojny bomb jądrowych udało się odzyskać. Na dnie morza lub w ziemi wciąż leżą bezpańskie głowice nuklearne.

Rozsądek z trudem przyjmuje informacje o zgubieniu ogromnych i ważących po kilka ton bomb wodorowych, lecz najbardziej zdumiewa domniemana skala zjawiska. Z uznanych za miarodajne analiz Berlińskiego Centrum Informacji nt. Bezpieczeństwa Transatlantyckiego wynika, że w trakcie zimnej wojny mocarstwa zawieruszyły lub straciły w wypadkach aż 50 sztuk broni jądrowej. Wszakże mowa tu o ciemnej liczbie, gdyż jedyny oficjalny dokument rządowy powstał w Stanach Zjednoczonych i to przeszło 30 lat temu.

Między zaufaniem a paranoją

W przeznaczonym dla Senatu raporcie, obejmującym wypadki z bronią atomową między 1950 a 1980 r., amerykański Departament Obrony przyznał się do utraty w różnych okolicznościach tylko ośmiu głowic jądrowych. Wprawdzie większość opisanych w dokumencie incydentów była znana opinii publicznej, lecz z powodu nowych faktów raport okazał się bardziej niepokojący od wcześniejszych komunikatów dla prasy. Dalsze szczegóły wyciągnięto z archiwów w 1990 r., korzystając z ustawy o wolności informacji.

Z oczywistych względów prawie nic nie wiadomo o takich zdarzeniach w bloku wschodnim. Wyjątkiem są wypadki, których nie udało się sowieckim zwyczajem zataić, gdyż zdarzyły się na wodach międzynarodowych. W związku z tymi incydentami Rosja także przyznała się do utraty paru głowic, lecz o tym, co działo się w ogromnym i miejscami bezludnym wnętrzu imperium, dowiemy się nieprędko albo zgoła nigdy.

Ze względu na rosyjską specyfikę trudno odnieść się do informacji o zniknięciu z postsowieckich magazynów 100 miniaturowych ładunków jądrowych mieszczących się w podręcznej walizce. W 1997 r. takie rewelacje ujawnił były sekretarz Rady Bezpieczeństwa Rosji Aleksandr Lebied, jednak sprawę uznano za objaw frustracji po przegranych wyborach prezydenckich, a pięć lat później generał zginął w katastrofie śmigłowca. Także Julia Tymoszenko twierdziła, że przy okazji przekazania Rosji ukraińskich arsenałów nuklearnych nie doliczono się aż 250 głowic, lecz Moskwa i tę informację stanowczo zdementowała.

Mimo grozy ziejącej z dokumentów wypada zachować umiar w obarczaniu winą za wypadki zbyt nonszalanckich wojskowych. Od rzekomej dezynwoltury lotnictwa lub marynarki istotniejszy był kontekst czasów, w których zdarzyła się większość incydentów.

W istocie, broń jądrowa znacznie wyprzedziła swoją epokę. Siła, zdolna do niszczenia miast jednym błyskiem, przez dwie dekady funkcjonowała w świecie technologii z połowy II wojny światowej. Jednak odkąd w 1949 r. Rosjanie zbudowali własną bombę, z każdej chmury nad Nowym Jorkiem mógł się wyłonić radziecki samolot. Tamten strach często nazywa się zimnowojenną paranoją, lecz alternatywą było okazanie komunistom zaufania, co wydaje się jeszcze mniej rozsądne.

Mimo starań niemieckich inżynierów z obu stron żelaznej kurtyny, gwarantujące rewanż rakiety balistyczne pojawiły się dopiero z początkiem lat 60. Siła atomowego odstraszania zależała więc od lotnictwa strategicznego i jego zdolności do skutecznego odwetu, nawet wtedy, gdy bazy wojskowe i lotniska przestałyby istnieć. Systemy wczesnego ostrzegania były pieśnią odległej przyszłości, stąd bombowce pod żadnym pozorem nie mogły dać się zaskoczyć atakowi na ziemi. Rozwiązaniem problemu było utrzymanie lotnictwa strategicznego w powietrzu całą dobę, przez 365 dni w roku, w ciągu kilkunastu lat bez przerwy.

Apogeum permanentnego alarmu lotniczego wyznaczyła rozpoczęta w 1961 r. operacja „Chrome Dome”. Nazwę wzięto od lśniącej powierzchni samolotów, gdyż zgodnie z modą chromem wtedy powlekano wszystko – od opiekaczy i przyczep kempingowych po kadłuby bombowców. Większość latającej kopuły okrążała Amerykę Północną nad oceanami, by zawrócić nieopodal sowieckiej granicy nad Alaską, natomiast inna część sił patrolowała przestrzeń między Ameryką i Europą. Gdy kryzys kubański zwiększył poczucie zagrożenia, bywało, że w powietrzu znajdowała się naraz jedna trzecia składu wszystkich eskadr bombowych.

Jednak dla mocno obciążonych maszyn z silnikami tłokowymi nawet przekroczenie Atlantyku wymagało co najmniej jednego tankowania w powietrzu. Dlatego każdy powód, który uniemożliwił spotkanie z latającą cysterną, zwykle oznaczał utratę samolotu wraz z ładunkiem. Gdy dodać znużenie załóg długotrwałymi lotami, zawodność często prototypowego sprzętu oraz skalę i złożoność akcji, zdumiewa raczej nikła ilość zanotowanych incydentów. I rzeczywiście, gdy w 1968 r. zakończono nieco już anachroniczną i zbyt kosztowną operację, liczba wypadków gwałtownie spadła.

Przepraszam, zgubiłem bombę

W zasadzie tylko jeden przypadek da się przypisać ludzkiej niefrasobliwości, a i tam odpowiedzialność dzieli z konstruktorami samolotu.

Cztery bombowce B-47E, które 11 marca 1958 r. wystartowały z bazy Hunter w Savannah, nie uczestniczyły w rutynowej misji. Wyznaczono je do długodystansowego lotu non stop nad Wielką Brytanię, a potem do Afryki Południowej w ramach globalnych manewrów lotnictwa strategicznego. Każda z maszyn dźwigała bombę wodorową klasy Mark 6, choć zdaniem Sił Powietrznych nie było w nich materiału rozszczepialnego. Można by wnosić, że USA wydały miliardy na wożenie po świecie bezużytecznej broni, ponieważ takie oświadczenia składano przy okazji większości wypadków.

Pech sprawił, że podczas usuwania usterki w luku bombowym jednego z samolotów ktoś z załogi zachwiał się z powodu turbulencji i by odzyskać równowagę, odruchowo chwycił niczym nieosłoniętą dźwignię awaryjnego zrzucania ładunku. Co gorsza, rzecz zdarzyła się zaraz po starcie i bombowiec wciąż był nad zaludnionym obszarem Karoliny Południowej. Ważąca 3,5 tony bomba sforsowała zamknięte klapy w kadłubie i spadła na przydomowy plac zabaw dla dzieci, przy uderzeniu detonując konwencjonalny ładunek wybuchowy. Eksplozja wyrwała lej w ziemi i zniszczyła parę budynków w wiosce Mars Bluff, ale cudem obrażenia czworga dzieci okazały się powierzchowne. Ponieważ nie było skażenia radioaktywnego, problem zamknięto przeprosinami i sowitym odszkodowaniem. Po powrocie do bazy pechową załogę bombowca nawet aresztowano z podejrzeniem o sabotaż, lecz ostatecznie zaniechano formalnego oskarżenia, poprzestając na zesłaniu lotników do służby w zapadłych rejonach świata.

Niecały rok wcześniej niemal identyczny wypadek wydarzył się w Nowym Meksyku, ale wówczas wina spadła na wadę konstrukcyjną maszyny. 27 maja 1957 r. ze schodzącego do lądowania bombowca B-36 przez zamknięte wrota komory ładunkowej także wypadła bomba wodorowa, tyle że znacznie większa, bo o mocy 15 megaton. Szczęśliwie spadła na niemal bezludne okolice Albuquerque i jedyną ofiarą eksplozji kilkuset kilogramów materiałów wybuchowych była samotna krowa. Niemniej pył radioaktywny skaził spore połacie prerii, zmuszając wojsko do wywiezienia z miejsca katastrofy setek metrów sześciennych ziemi.

Irytacja dowództwa Sił Powietrznych po wypadku w Mars Bluff była o tyle zrozumiała, że gdy ich samolot bombardował plac zabaw, w sąsiedniej Georgii trwały poszukiwania jeszcze jednej zagubionej bomby nuklearnej. Wszystko dlatego, że 5 lutego nad ranem bombowiec B-47 zderzył się w ciemnościach z myśliwcem F-86. W wypadku nikt nie zginął, a B-47 nawet samodzielnie wylądował na Florydzie, lecz z powodu uszkodzenia płatu maszyna straciła znaczną część siły nośnej. Zgodnie z procedurą awaryjnego lądowania ciążącą maszynie bombę wodorową zrzucono do oceanu, nieopodal bagnistej wyspy Wassaw. Natychmiast wszczęto intensywne poszukiwania zguby, ale choć przybrzeżne wody są w tym miejscu bardzo płytkie, a obszar akcji udało się zawęzić do kilku kilometrów kwadratowych, po dwóch miesiącach ogłoszono porażkę. Bomby do dziś nie znaleziono, mimo wznowienia badań pół wieku później.

Wypadki chodzą parami

Można odnieść wrażenie, że przypadkami utraty kontroli nad bronią jądrową rządziło prawo serii, czasem połączone z dziwną symetrią. Niemal identyczne wypadki upuszczenia bomb z samolotów zdarzyły się w odstępie kilku miesięcy, a pół roku przed porzuceniem bomby u brzegów Georgii także transportowy Douglas C-124 Globemaster stracił moc i, by utrzymać się w powietrzu, wyrzucił do Atlantyku aż trzy bomby atomowe naraz. One także przepadły bez śladu.

W kwietniu 1968 r. na Pacyfiku zatonął radziecki okręt podwodny K-129, a wraz z nim w oceanie spoczęły trzy rakiety wraz z torpedami uzbrojonymi w głowice jądrowe. Jakby dla zachowania symetrii miesiąc później na Atlantyku ten sam los spotkał amerykańską jednostkę USS „Scorpion” wraz z dwiema nuklearnymi torpedami. Amerykanie nie odzyskali własnej broni, lecz sześć lat później podjęli częściowo udaną operację podniesienia z dna radzieckiego K-129. Wrak przełamał się na pół i na powierzchnię wróciła tylko dziobowa część okrętu, w której znaleziono dwie torpedy z głowicami atomowymi oraz sześć ciał marynarzy. Jednak CIA nie dostała tego, czego najbardziej pragnęła, czyli radzieckiego systemu naprowadzania rakiet.

Pierwsi prawo serii odczuli sąsiedzi z północy USA, ponieważ to u nich zaczęła się epopeja z gubieniem broni jądrowej. W 2014 r. zdarzenie przywołał kanadyjski nurek, który u brzegu Kolumbii Brytyjskiej zobaczył coś, co wielkością i kształtem przypominało bombę atomową. Sensacja nie znalazła potwierdzenia, lecz była prawdopodobna, ponieważ w tej okolicy Amerykanie po raz pierwszy stracili bombę A. Sprawa dotyczyła bombowca B-36, który 14 lutego 1950 r. wystartował do ostatniego lotu z bazy Carswell na Alasce. Misja miała być symulacją radzieckiego ataku w warunkach arktycznych i obejmowała przelot non stop nad San Francisco z lądowaniem w Teksasie. Dla większego realizmu maszynę obciążono bombą atomową typu Mark 4, która była modyfikacją tej z Hiroszimy, ale po fakcie lotnictwo zaprzeczyło, by w urządzeniu był materiał rozszczepialny.

Warunki lotu były w istocie polarne, co spowodowało oblodzenie wlotu powietrza do gaźników i pożar trzech z sześciu silników jednocześnie. Przed opuszczeniem samolotu dowódca skierował maszynę nad wyspy okalające zachodnie wybrzeże Kanady, aby oszczędzić ludziom śmierci w lodowatej wodzie. Niemniej 5 z 17 rozbitków nie udało się uratować. Przedtem bombę zrzucono do Pacyfiku, po czym autopilot miał wyprowadzić maszynę nad ocean. Złośliwość rzeczy martwych sprawiła, że samolot zawrócił i spadł w kanadyjskich górach 300 km dalej. Przypadkowe odkrycie wraku trzy lata później było sporym zaskoczeniem, głównie dla władz w Ottawie. Szczątki maszyny udało się spenetrować dopiero w 1956 r., lecz nie znaleziono w nich bomby ani skażenia radioaktywnego.

Zgodnie z prawem serii druga utrata bomb też zdarzyła się nad Kanadą i to zaledwie dziesięć miesięcy później. Superforteca B-50 wystartowała z bazy w północnym Quebecu z czterema ładunkami atomowymi na pokładzie, ale z powodu awarii silnika musiała je zrzucić nad rzeką św. Wawrzyńca. Wszystkie bomby wybuchły jeszcze w powietrzu, tłukąc szyby w domach i rozsiewając na wietrze 45 kg uranu. Aby ukryć fakt udostępniania kanadyjskich baz wojskowych dla amerykańskiego arsenału atomowego, stwierdzono, że eksplozje były elementem ćwiczeń z konwencjonalnymi materiałami wybuchowymi.

Dyplomacja i bomby

Okolicą podatną na wypadki z bronią jądrową było też Morze Śródziemne, co w tym politycznie wrażliwym rejonie świata stawiało przed Amerykanami szczególne wyzwania. Najlepiej znany jest upadek bomb wodorowych na wioskę Palomares w południowej Hiszpanii, z którym wiąże się największa akcja poszukiwawcza w dziejach świata. 17 stycznia 1966 r. u wybrzeża wschodniej Andaluzji, podczas rutynowego tankowania w powietrzu, wysięgnik latającej cysterny wbił się w kadłub samolotu B-52. Nim obie maszyny eksplodowały, pokład bombowca zdążyło opuścić trzech pilotów oraz cztery bomby wodorowe. Dwie wybuchły podczas zderzenia z ziemią, skażając radioaktywnym pyłem wiele hektarów gruntu, trzecia wylądowała niemal nienaruszona, czwartą zaś spadochron zniósł 20 km w głąb morza.

Chociaż hiszpański rybak wskazał Amerykanom przybliżone miejsce zatonięcia bomby, mimo zaangażowania blisko 12 tys. ludzi i najlepszego sprzętu podwodnego, poszukiwania trwały prawie trzy miesiące. W tym czasie inne ekipy zbierały i transportowały do Stanów Zjednoczonych tysiące merów sześciennych skażonej ziemi i płodów rolnych.

Nastroje podgrzewała sowiecka propaganda, która ogłosiła Palomares strefą śmierci i nową Hiroszimą. Co gorsza, Hiszpania groziła zamknięciem swojej przestrzeni powietrznej dla samolotów NATO, co mogło uczynić bazę na Gibraltarze bezużyteczną, a pod ambasadami amerykańskimi trwały demonstracje lewicy. By ocieplić atmosferę, w połowie marca hiszpański minister informacji wraz z amerykańskim ambasadorem odbyli morską kąpiel, by udowodnić mediom brak zagrożenia. Na szczęście dwa tygodnie później znaleziono nieuszkodzoną bombę i świat zajął się innymi sensacjami. Kwestia skażenia radioaktywnego czasem wraca, ale właściciele hoteli i pól golfowych, którymi od czasu wypadku obrosło Palomares, nie są zainteresowani nagłaśnianiem problemu.

Jednak gdzieś nieopodal, na dnie morza, leżą jeszcze dwie inne bomby wodorowe, każda o mocy 1,7 megatony. Broń zaginęła 10 marca 1956 r., razem bombowcem B-47 lecącym wraz z trzema innymi maszynami do bazy Ben Guerir koło Marrakeszu. Samolot bez przeszkód zatankował nad Azorami, lecz nie stawił się na spotkanie z latającą cysterną nad Morzem Śródziemnym. Co gorsza, nie było z nim łączności radiowej. Francuzi mieli odnotować obecność maszyny w okolicy Oranu, lecz potem wszelki ślad po niej zaginął, a załoga nie nadała nawet sygnału alarmowego. Mimo zaangażowania armii francuskiej i hiszpańskiej oraz marynarki brytyjskiej nie natrafiono na żadne szczątki ani nawet plamę oleju, o bombach nie wspominając.

Oprócz sprawy Palomares lata 60. przysporzyły Ameryce więcej dyplomatycznych problemów, choć niektóre wystąpiły z dużym opóźnieniem. Na przykład w grudniu 1965 r. z pokładu lotniskowca „Ticonderoga” spadł do morza i zatonął samolot szturmowy A-4E, wraz z podczepioną do kadłuba rakietą uzbrojoną w głowicę nuklearną. Wedle oświadczenia Departamentu Obrony miało się to zdarzyć na wodach międzynarodowych nieopodal Filipin, ale 16 lat później z dokumentów marynarki wyciekła informacja, że naprawdę wypadek miał miejsce 130 km od japońskiej wyspy Riukiu. Tym samym Stany Zjednoczone złamały własne zobowiązania z traktatu pokojowego, że już nigdy i pod żadnym pozorem nie wprowadzą broni jądrowej na terytorium Japonii.

Amerykanie borykali się także z oburzeniem Danii, która po 1950 r. pozwoliła rozbudować natowską bazę w Thule na Grenlandii. Z powodu siarczystych mrozów 21 stycznia 1968 r. piloci B-52 musieli dogrzewać się chałupniczym sposobem, czym wywołali pożar w przedziale nawigacyjnym. Samolot rozbił się i spłonął razem z czterema bombami wodorowymi na pokładzie. Zdaniem władz wojskowych we wszystkich eksplodował konwencjonalny materiał wybuchowy, skażając radioaktywnie spory obszar kry. Żywe są jednak pogłoski o co najmniej jednej bombie, która rozgrzana od pożaru miała przetopić się przez lód i spocząć na dnie Morza Baffina. Takie rewelacje w 2007 r. rozpowszechniała brytyjska BBC, ale zdementowali je sami Duńczycy.

Nim nadeszło lato, trzeba było zebrać i wyekspediować do USA ogromne ilości lodu i skażonej wody, a przy tym udobruchać rząd w Kopenhadze, który miał nic nie wiedzieć o broni jądrowej w Thule. Jednak wiele wskazuje, że oburzenie było skierowane na potrzeby duńskiej opinii publicznej, ponieważ w dwustronnej umowie o utworzeniu bazy celowo zostawiono furtki umożliwiające Amerykanom składowanie w niej arsenału nuklearnego. Ale ten wypadek miał przesądzić o końcu operacji „Chrome Dome”, a sama baza na Grenlandii już zmieniała funkcję z lotniska dla bombowców na nowoczesne centrum wczesnego ostrzegania przed atakiem.

Świat na cienkim druciku

Wydłużając listę wypadków, można by wspomnieć o wielkim hydroplanie Martin P5M przeznaczonym do zwalczania okrętów podwodnych, który we wrześniu 1959 r. rozbił się na Pacyfiku i zatonął razem z bombą głębinową uzbrojoną w ładunek jądrowy. W 1970 r. także załoga radzieckiego okrętu podwodnego K-171 nieopodal Kamczatki zgubiła rakietę z głowicą nuklearną, odnalezioną i podniesioną z dna po miesiącu intensywnych poszukiwań.

Jednak jeden wypadek musiał zrobić wyjątkowe wrażenie na amerykańskim rządzie, ponieważ 20 lat później skojarzono go ze słowami Roberta McNamary o cienkim druciku, który może zdecydować o losie świata. Zbiegiem okoliczności McNamara był sekretarzem obrony w czasach, gdy incydent się wydarzył, choć szczegóły ujawniono dopiero w raporcie Departamentu Obrony z lat 80.

24 stycznia 1961 r. nad miasteczkiem Goldsboro w Karolinie Północnej, podczas tankowania w powietrzu ze skrzydeł bombowca B-52G trysnęło paliwo, a wkrótce cała maszyna zaczęła się rozpadać. Załoga miała sekundy na opuszczenie samolotu, lecz dopełniła procedur, zrzucając na ziemię dwie potężne bomby wodorowe Mark 39 o mocy 4 megaton każda.

Nad jedną z nich nie otworzył się spadochron, więc z powodu impetu zapadła się w bagnistym gruncie na nieznaną głębokość. Nikt jej więcej nie widział, bo gdy na czterech metrach niczego nie znaleziono, wykop zalała woda gruntowa. Potem rząd wykupił i ogrodził spłacheć ziemi z nuklearną bombą i od czasu do czasu mierzy poziom promieniowania w okolicy.

Bardziej pouczającym znaleziskiem okazała się druga bomba, która bez uszczerbku wylądowała dziobem w błocie, podtrzymywana przez zaczepiony o drzewo spadochron. Podczas badań w specjalistycznym ośrodku wojskowym Sandia wyszło na jaw, że podczas spadania broń zaczęła się samoczynnie uzbrajać, czego nie powstrzymały trzy kolejne stopnie zabezpieczeń przed przypadkową inicjacją reakcji łańcuchowej. Skuteczne okazało się dopiero ostatnie zabezpieczenie umieszczone w konsoli z małym przełącznikiem, który można było przestawiać z pozycji „uzbrojony” na „bezpieczny”. Położenie pokrętła decydowało o przepływie niskonapięciowego prądu, który wywoływał uruchomienie całego procesu prowadzącego do eksplozji nuklearnej. Wszakże eksperyment wykazał, że bardzo silne uderzenie, jakie zdarza się przy upadku bomby z dużej wysokości, może obrócić wewnętrzny mechanizm urządzenia. Eksplozja bomby o takiej mocy, przy odpowiednim wietrze, była w stanie skazić opadem radioaktywnym całe wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, aż po Nowy Jork. Jednak jeszcze gorsze skutki mogło przynieść pochopne uznanie wybuchu nuklearnego na terenie Stanów Zjednoczonych za atak atomowy Sowietów. Pożytkiem z wypadku pod Goldsboro było więc wprowadzenie do konstrukcji bomb nowych, skuteczniejszych zabezpieczeń.

Ostatnim znanym incydentem związanym z utratą głowic jądrowych był pożar i zatonięcie radzieckiego okrętu podwodnego K-278 „Komsomolec”. 7 kwietnia 1989 r. wraz z jednostką na dnie Morza Norweskiego spoczęło dziesięć pocisków manewrujących Granat i dwie torpedy z głowicami nuklearnymi. Za zwiastuna nowych czasów uznano reakcję Gorbaczowa, który sam poinformował prezydenta Busha o wypadku, zanim dowiedziały się o nim media.

Nawet po latach trudno wyrokować, czy atomowy hazard z czasów zimnej wojny nie był zbyt lekkomyślny. Nuklearny wyścig zbrojeń wymuszał jednak na politykach, wojskowych i inżynierach stałe balansowanie między użytecznością broni a stuprocentowym bezpieczeństwem, którego i tak nie można było osiągnąć. Jedynym sposobem wyważenia obu racji było traktowanie kwestii bezpieczeństwa jak problemu statystycznego. Pesymiści uznają to za dowód na niefrasobliwość mocarstw, lecz optymiści dostrzegą, że choć bomby jądrowe spadały z dużej wysokości, były miażdżone ciśnieniem na dnie oceanów, wybuchały i topiły się w pożarach paliwa lotniczego, nigdy nie wywołało to przypadkowej eksplozji nuklearnej.

Dość skutecznym sposobem zwiększenia bezpieczeństwa była sama konstrukcja bomb, która umożliwiała załodze samolotu samodzielne instalowanie w nich rdzenia z materiałem rozszczepialnym lub jego usuwanie. Dzięki temu plutonowe serce bomby często podróżowało poza jej korpusem, co z drugiej strony pozwoliło Amerykanom nie uznać wielu wypadków za utratę broni jądrowej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA