fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Tragedia w Waco: Czas apokalipsy

Wydarzenia w Waco wstrząsnęły Ameryką. Do dziś nie wyjaśniono wszystkich okoliczności tej tragedii
wikipedia
28 lutego 1993 r. rozpoczęło się największe w historii USA oblężenie obiektu cywilnego, trwające 51 dni. Na farmie Davida Koresha zabarykadowało się 131 wyznawców sekty Gałąź Dawidowa. Akcja zakończyła się pożarem, w którym zginęło 76 osób, w tym 20 dzieci.

Historia zaczęła się od żądzy władzy szalonego guru, a skończyła śmiercią jego wyznawców. Byli gotowi umrzeć za wiarę i nowego mesjasza, choć ten maltretował ich, poniżał i wykorzystywał seksualnie. Krytycznego dnia, 19 kwietnia 1993 r., gdy budynek siedziby sekty stanął w płomieniach, wszyscy członkowie Gałęzi Dawidowej, którzy ukryli się w schronie, zginęli w ogniu. Zwęglone ciała innych ofiar nosiły ślady kul. Co wydarzyło się w Waco, można próbować wywnioskować jedynie z filmów i raportów ekspertów FBI, ponieważ większość dowodów została zniszczona. Część jednak pozostała i zadaje kłam oficjalnej wersji wydarzeń.

Kwestia odpowiedzialności za tragedię w Waco w stanie Teksas nie jest jasna. W trakcie głośnego dochodzenia wyszło na jaw wiele błędów popełnionych przez FBI i ATF (Biuro ds. Alkoholu, Tytoniu, Broni Palnej oraz Materiałów Wybuchowych). Zagadkowa była też rola Delta Force, oddziału sił specjalnych armii Stanów Zjednoczonych. Po latach zaczęły się także pojawiać nowe zeznania uczestników oblężenia farmy Koresha. Społeczeństwo podzieliło się na tych, którzy za tragedię obarczają winą szalonego guru, i na tych, którzy uważają, że szturm na siedzibę sekty był nieuzasadnionym atakiem na wolność osobistą amerykańskich obywateli. Obie strony konfliktu dotąd oskarżają się wzajemnie o doprowadzenie do tragedii.

Faktem jest, że relacje FBI nie pokrywały się z zeznaniami świadków i późniejszymi opiniami niezależnych ekspertów. Z drugiej strony wiadomo też, że interwencja była konieczna. W sekcie dochodziło bowiem do drastycznego łamania prawa.

Biblia, seks i rock and roll

David Koresh urodził się 17 sierpnia 1959 r. w Houston jako Vernon Wayne Howell. Jego matką była nastolatka, która powierzyła wychowanie syna swoim rodzicom. Ojca nigdy nie poznał. W szkole był nielubiany i wyobcowany. W liceum okazało się, że ma dysleksję i przypuszczalnie dlatego nigdy nie polubił szkoły. Był kiepskim uczniem i rzucił edukację po ósmej klasie. Marzyła mu się kariera gitarzysty rockowego i tłum wielbicielek. Miał też pewien osobliwy talent. Potrafił wspaniale deklamować Pismo Święte i ze swadą interpretował nawet obszerne fragmenty Biblii. Wiedzę na ten temat zdobył w Kościele Adwentystów Dnia Siódmego, do którego należała jego matka. W wieku 20 lat został usunięty z kościelnej społeczności za zły wpływ na innych członków grupy. Powodem banicji nie było bynajmniej zamiłowanie do interpretacji Biblii, ale nazbyt żywe zainteresowanie seksem i uganianie się za spódniczkami.

Wtedy postanowił pojechać do Hollywood i tam rozpocząć karierę gwiazdy rocka. Po dwóch latach nieudanych prób zaistnienia w show-biznesie, urażony faktem, że nikt nie poznał się na jego talencie, powrócił do Teksasu i osiadł w Waco. Tam poznał dawidian. Był to odłam Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, a w zasadzie sekta powstała w 1955 r. pod przywództwem kontrowersyjnego Victora Houteffa. Zapowiadał on, że wraz z wiernymi wkrótce przejmie kontrolę nad Palestyną, po czym nastąpi apokalipsa. Koniec świata nie nadszedł i w 1961 r. doszło do rozłamu. Część sekty pozostała w teksańskiej siedzibie w Waco, na farmie Ośrodka Góry Karmel.

Tam trafił 22-letni Vernon i poznał dużo starszą od siebie wdowę Lois Roden, przywódczynię Generalnego Stowarzyszenia Dawidiańskich Adwentystów Dnia Siódmego. Kobieta była bardzo uduchowiona. W 1977 r. objawił jej się Duch Święty, prezentując swoją kobiecą naturę. Czuła się naznaczona, dlatego rok później po śmierci męża przejęła kontrolę nad wspólnotą. To był raj dla młodego Howella. Miał całkowicie oddaną sobie partnerkę i dostęp do nauk Gałęzi Dawidowej. Uczył się szybko i zdobywał pozycję. Wkrótce odbył z Lois duchową podróż do Izraela. Tam, jak twierdził, doznał objawienia tajemnicy Siedmiu Pieczęci i otrzymał charyzmat głoszenia prawd wiary całemu światu.

Inne predyspozycje rozwijał z równym upodobaniem. Był uzależnionym od seksu pedofilem. W 1984 r. poślubił 14-latkę Rachel Jones. Dwa lata później wziął sobie drugą żonę – 13-letnią Karen Doyle. Lois musiała to przełknąć. Była uzależniona od Howella. Wybaczyła zdrady, zwłaszcza że jej ukochany pozostawał wierny dawidiańskim naukom. Trzeciego małżeństwa z jeszcze młodszą dziewczynką nie dożyła.

Po jej śmierci Ośrodek Góry Karmel podzielił się na dwie frakcje – zwolenników syna Lois George’a i wielbicieli Vernona. Walkę o przywództwo z łatwością wygrał potomek przywódczyni. Howell musiał odejść. Zabrał ze sobą garstkę zwolenników i osiadł w oddalonej o 160 km od Waco miejscowości Palestine. Przez rok sądzono, że Howell stworzył nowy, pokojowo nastawiony odłam Gałęzi Dawidowej. W rzeczywistości zaczął się zbroić i tworzyć bojówki złożone z wiernych wyznawców. Dzięki nim w 1987 r. krwawo odbił Górę Karmel. Przybył tam z siedmioma towarzyszami. Byli wyposażeni w dziewięć pistoletów i 400 sztuk amunicji. W czasie szturmu rywal Howella George Roden został zastrzelony i nie było tu mowy o przypadkowej kuli. Napastników wprawdzie aresztowano, ale wszystkim udało się uniknąć kary i nigdy nie zostali skazani za morderstwo.

Dom mesjasza

W 1990 r. Vernon oficjalnie zmienił nazwisko. Stojąc już na czele Ośrodka Góry Karmel, stał się Davidem Koreshem. Obsesyjne pragnienie kontroli doprowadziło go do urojeń. Wierzył, że jest głową Domu Dawida, nowym mesjaszem, który zstąpił na ziemię, by głosić Słowo Boże. Koresh to hebrajskie imię perskiego króla Cyrusa, który umożliwił Żydom powrót do Izraela.

Pierwszą poważną decyzją Koresha po przejęciu władzy we wspólnocie było anulowanie wszystkich małżeństw. W tym miejscu połączyły się jego dwie obsesje – seks i władza. Uznał, że jedynie on ma prawo do zawierania związków i przysługuje mu nie mniej niż 140 żon. Kilka osób opuściło wtedy sektę. Pozostali mężczyźni musieli zgodzić się na oddanie żon. Koresha interesowały głównie dziewczynki. Wkrótce nawet 12-latki zaczęły zachodzić w ciążę.

Osoby, które w owym czasie odeszły ze wspólnoty – Elizabeth i March Breault – zaczęły pisać listy do przyjaciół, by ostrzec ich przed obłudą i tyranią przywódcy. Do lata 1990 r. udało im się wyciągnąć z sekty prawie wszystkich członków z Australii i Nowej Zelandii.

David z miesiąca na miesiąc stawał się coraz bardziej rozchwiany i brutalny. Wprowadzał coraz dziwniejsze zwyczaje i coraz ostrzejszy rygor. Sam je łamał, ponieważ jako mesjasz nie miał ograniczeń. Nakazał dzieciom nazywać swoich rodziców „psami”. Tylko do niego mogły się zwracać „ojcze”. Dziewczęta w wieku 11 lat otrzymywały plastikową gwiazdę Dawida, co oznaczało, że ?mają „światło” i są gotowe na seks z przywódcą sekty.

Zespół terapeutów kierowany przez dr. Bruce’a D. Perry’ego, szefa oddziału psychiatrii w teksaskim szpitalu dziecięcym, spędził dwa miesiące z dziećmi uratowanymi podczas oblężenia Góry Karmel. Spośród 21 dzieci w wieku od 7 miesięcy do 11 lat tylko dwójka była zbyt mała, by opowiedzieć o życiu w zgromadzeniu Koresha. Na podstawie wywiadów stworzono przerażający obraz świata pełnego przemocy, strachu i seksu. Dziecięce opowieści mogli potwierdzić jedynie byli członkowie sekty, którzy odeszli dwa lata wcześniej. Pozostali ocalali ze szturmu na farmę w Waco i ich prawnicy zaprzeczali tym zarzutom.

Raport Perry’ego opisywał sektę jako „zwodniczą paramilitarną społeczność”, w której seks, przemoc, strach, miłość i religia były ze sobą powiązane. Z jednej strony dzieci bały się Koresha, z drugiej rysowały serduszka z podpisem „kocham Davida”. Dr Perry twierdzi, że nauczyły się nazywać strach miłością. Choć na farmie znajdowało się dużo sprzętu elektronicznego i nowoczesnej broni, nie było bieżącej wody i kanalizacji. Do obowiązków dzieci należało codzienne dbanie o czystość nocników.

Mężczyźni byli oddzieleni od kobiet. Dzieci opowiadały, że „pan Koresh miał dużo żon” w wieku 11 lat, a sprawy seksu były otwarcie omawiane podczas lekcji biblijnych nawet z najmłodszymi dziewczętami. Za niewykonanie zadania lub najmniejsze uchybienie były surowo karane. Jedną z najczęstszych form presji było przetrzymywanie bez jedzenia w zamkniętym pomieszczeniu, często przez cały dzień. Dziewczęta mogły chodzić spać tak późno, jak chciały, ale chłopcy byli zmuszani do wstawania o 5.30 i ćwiczeń na „siłowni”, co w rzeczywistości bardziej przypominało trening wojskowy – marsze, walki i naukę strzelania. Lider kontrolował wszystko – seks, edukację, gry, a nawet dietę. „Było wiele niezwykłych pomysłów na łączenie owoców i warzyw w tym samym posiłku” – opowiadały dzieci. Później komentowały swoje nowe życie: „Często rozmawialiśmy o tym, jak dziwnie było mieć ciepłe jedzenie”.

Mesjasz wprowadził nakaz oglądania brutalnych filmów wojennych. Jego uczniowie przejawiali coraz większą skłonność do agresywnych zachowań i mieli bezpośredni dostęp do broni. Pod pretekstem legalnego handlu bronią Koresh zaczął tworzyć prywatny arsenał o imponującej zawartości. Ten fakt najbardziej zaniepokoił władze. Koresh coraz bardziej zamieniał zgromadzenie religijne w twierdzę. Powstała wielka spiżarnia, by pomieścić zapasy na cały rok. Kazał zakopać pod ziemią szkolny autobus, który w razie zagrożenia nadawał się na schron. Przekonał też swoich wyznawców, że biblijna apokalipsa nadejdzie w momencie, gdy armia amerykańska zaatakuje Górę Karmel. Wiedział, że władze zaczynają mu się przyglądać. Zaprosił więc ATF do swojej siedziby, by agencja mogła przejrzeć dokumenty i sprawdzić zasoby broni. Propozycja nie została przyjęta.

Walki kogutów

Policję wyprzedzili dziennikarze. Pierwsze prywatne śledztwo zaowocowało opublikowaniem w lutym 1993 r. na łamach „Waco Tribune Herald” pierwszej części artykułu o życiu w sekcie. Byli dawidianie oskarżali w nim Koresha, że poddał wspólnotę praniu mózgów i oduczył samodzielnego myślenia, a sam jest człowiekiem agresywnym, seksualnie zboczonym i niebezpiecznym. Okazało się, że trzy osoby udzielające wywiadu współpracowały jednocześnie z ATF i ich wersja była wcześniej konsultowana z agencją.

Wszystko było już gotowe do wkroczenia na farmę pod pretekstem zarzutu o nielegalny handel bronią i ładunkami wybuchowymi. Atak zaplanowano na 28 lutego 1993 r. I tu zaczyna się seria błędów i niedopatrzeń, które w dużym stopniu przyczyniły się do późniejszej tragedii. Przez nadgorliwość i nieuwagę agentów ATF sekta dowiedziała się o planowanym nalocie. Gdy funkcjonariusze dotarli na miejsce, czekali już na nich wszyscy członkowie Gałęzi Dawidowej i lokalne media. Próba wtargnięcia na teren posesji zakończyła się ostrą wymianą ognia, podczas której zginęło czterech agentów ATF, a wiele osób po obu stronach zostało rannych.

Wtedy do akcji przyłączyli się funkcjonariusze FBI. Ich wkroczenie było aroganckie i niepoprzedzone rozeznaniem. Nie wzięli pod uwagę powodów, dla których Koresh nie ma zamiaru się poddać, nie rozważyli też konsekwencji dociskania do muru człowieka ogarniętego obsesją władzy i wizjami o apokalipsie. Koresh wierzył bowiem, że atak na jego kościół ma związek z Piątą Pieczęcią z Księgi Objawienia – ostatnim ważnym wydarzeniem przed końcem świata. Nawet laik mógłby się domyślić, że taki człowiek jak David, złapany w pułapkę, jest zdolny do wszystkiego. FBI nie zadało sobie trudu, by przyjrzeć się bliżej wierzeniom Gałęzi Dawidowej, a w tym właśnie momencie członkowie sekty mieli stoczyć największą walkę życia – o obalenie rządów niewiernych i dopełnienie się biblijnych przepowiedni. Na szczęście nie wszyscy wytrzymali 51 dni natarcia. Od 1 marca do 18 kwietnia 1993 r. spośród 131 członków sekty posiadłość opuściło 14 dorosłych i 21 dzieci.

FBI i ATF koncentrowały się na przełamywaniu oporu, podczas gdy członkowie sekty jedynie umacniali się w przekonaniu, że właśnie kończy się świat. Prowadzący akcję agenci mieli wiele różnych pomysłów, ale żaden z nich nie dopuszczał pokojowego rozwiązaniu konfliktu. Wszystkie miały na celu „wykurzenie” sekty. Zaczęto wdrażać tortury psychologiczne, ale pojawiały się też pomysły oderwane od rzeczywistości, można by rzec – wyprzedzające epokę. Mianowicie rolę doradcy w kwestii psychologicznego wpływu na oblężonych powierzono Igorowi Smirnowowi z Moskiewskiego Instytutu Psychokorekcji. Naukowiec przez dziesięć lat pracował nad urządzeniem mającym zaszczepiać w głowie określone myśli. Tego wynalazku próbowano użyć na Koreshu. Miał usłyszeć głos Boga nakłaniający go do poddania się. Ale nie usłyszał.

Nieudolne negocjacje

W trakcie całej akcji FBI sprowadzało negocjatorów do przezwyciężenia impasu. Wszystkie pomysły jednak zmierzały do przełamania oporu, a nie wypracowania kompromisu. Im dłużej trwało oblężenie, tym mniej cierpliwości wykazywali agenci i mniejsze były szanse na rozwiązanie pokojowe. Początkowo zalewano budynki ostrym światłem przez całą noc, później pozbawiono członków wspólnoty możliwości kontaktów z mediami, wstrzymywano dostawy mleka dla dzieci czy puszczano z głośników nieprzyjemne dźwięki, np. odgłosy budowy, wierteł dentystycznych. Te metody umacniały jedynie Koresha w przekonaniu, że to wszystko jest częścią planu bożego, który zaczął się realizować dwa lata wcześniej, niż przewidział nowy mesjasz.

Można było odnieść wrażenie, że chodziło nie tyle o rozwiązanie sprawy, ile o złamanie Koresha. On sam kilkakrotnie prosił, by pozwolono mu porozmawiać z kimś, kto zrozumie jego argumenty, kimś, kto dobrze zna Pismo Święte. Za każdym razem prośba była odrzucana, choć agencje korzystały z ekspertów w tej dziedzinie, ilekroć Koresh przemawiał do nich językiem biblijnym. Dr Michael Haynes, jeden z teologów, a jednocześnie psycholog, prosił o umożliwienie mu negocjacji z Davidem. Zamierzał skusić go nieskrępowaną możliwością głoszenia Słowa Bożego. Ten pomysł również został odrzucony. Ale były i inne sposoby. Pozwalano osobom, które wcześniej opuściły sektę, wrócić do przyjaciół, by opowiadały im, jak dobrze zostały potraktowane. Jednocześnie po każdym zerwaniu negocjacji na teren sekty wjeżdżały buldożery, niszczyły ogrodzenie, samochody i zabierały sprzęty pozostawione na zewnątrz budynków.

Uwięzieni nieustannie otrzymywali sprzeczne sygnały i obietnice, które były za chwilę łamane. Nie mieli powodu, by zaufać agresorom, zwłaszcza gdy się dowiedzieli, że jedna z osób, które opuściły sektę w trakcie oblężenia, Kathy Schroeder, zaraz po wyjściu została oskarżona o morderstwo. Powodów, by się nie poddawać, mieli coraz więcej.

Sam guru zachowywał się również mało wiarygodnie. Wprawdzie obiecywał, że członkowie wspólnoty nie popełnią samobójstwa, ale było wiadomo, że Koresh jest nieobliczalny, a jego bojówki wewnątrz sekty są zdeterminowane, by bronić się do ostatniego tchnienia. Ponadto dzieci, które zostały uwolnione przed ostatecznym atakiem, mówiły, że z rozmów dorosłych wynikało, iż rozważana była koncepcja zbiorowego samobójstwa.

12 kwietnia FBI otrzymało zgodę od prokurator generalnej Janet Reno na użycie gazu łzawiącego, jeśli oblężeni nie poddadzą się do zakończenia święta Paschy. Władze uznały, że wyczerpały już wszelkie środki i czas zakończyć konflikt. 18 kwietnia, gdy po raz ostatni samochody pancerne usuwały z terenu posesji auta członków sekty, zaobserwowano wystawione w oknach dzieci z transparentami „Oczekujemy płomieni”. Stało się to jednym z dowodów na to, że pożar, który wybuchł następnego dnia, był podpaleniem mającym doprowadzić do samobójczej śmierci członków zgrupowania.

19 kwietnia o godz. 6 rano rozpoczęto atak. Negocjator skontaktował się z prawą ręką Koresha, Stevenem Schneiderem, i poinformował go, że gaz, który zostanie uwolniony, nie jest śmiertelny, więc wszyscy powinni spokojnie opuścić budynki. Reakcja Stevena była gwałtowna. Wyrwał telefon ze ściany, zaprzepaszczając ostatnią szansę na porozumienie. Informacja o gazie została więc podana przez megafony, ale przyniosło to równie mizerne rezultaty. Nikt nie opuścił farmy. Gdy samochody z gazem zbliżyły się do posesji, członkowie sekty otworzyli ogień. Przez kilka godzin trwały walki. W tym czasie wozy pancerne zaczęły wybijać dziury w ścianach budynku, by ułatwić wejście do niego i opuszczenie w razie potrzeby. Około południa w jednym z zabudowań nagle wybuchł pożar. Zaczął się rozprzestrzeniać bardzo szybko, ponieważ był to jeden z najbardziej wietrznych dni. Początkowo z pożaru zdołało się uratować kilka osób, ale gdy płonącym budynkiem wstrząsnęła eksplozja, żywioł rozszalał się na dobre. Zgromadzeni w schronie nie mieli szans.

Śledztwo pełne dziur

Po przeszukaniu pogorzeliska i zebraniu dowodów sprawa wcale nie stała się jaśniejsza. Pojawiało się coraz więcej pytań. Z czasem świadkowie zaczynali zmieniać zeznania. Gdy po latach jeszcze raz przebadano zgromadzone dowody, stało się oczywiste, że pierwsze raporty zawierają wiele nieścisłości.

Jedną z nierozwiązanych kwestii jest to, kto pierwszy zaczął strzelać. Według zeznań ATF to członkowie sekty pierwsi otworzyli ogień. Jeden z nich nieoficjalnie przyznał, że to jego kolega strzelił do psa błąkającego się po posesji. Nie potwierdził jednak później swoich słów. Ocalali członkowie sekty twierdzą, że otworzyli ogień dopiero wtedy, gdy zostali ostrzelani. Obie strony zarzucają sobie prowokowanie do zaostrzania konfliktu.

Ponowna analiza nagrań z przebiegu akcji nasuwa przypuszczenie, że od początku próbowano członków sekty wystrzelać jak kaczki. W raportach można znaleźć zapisy, które łączą się w pewną całość. Zaraz po informacji, że między budynkami pojawił się członek sekty, na nagraniu widać rozbłyski w helikopterze krążącym nad Górą Karmel. FBI tłumaczyło to odbiciami promieni słońca, zakłóconymi wibracją silników. Późniejsza analiza podaje tę koncepcję w wątpliwość. Nie zgadzają się częstotliwości rozbłysków i kierunek padania światła. Ponadto na jednym z powiększeń widać kształt broni maszynowej na pokładzie helikoptera. Inne dowody znaleziono na farmie – ciała osób, które bez wątpienia zmarły przed wybuchem pożaru, a ich zgon nastąpił od ran postrzałowych.

Największą niewiadomą jednak jest to, kto podłożył ogień i czy w ogóle pożar wybuchł w wyniku świadomego podpalenia. W czasie dochodzenia eksperci twierdzili, że było to celowe działanie osób znajdujących się w budynku. Ogień rozprzestrzeniał się z powodu rozlanych płynów łatwopalnych. Ponadto nagrania z podsłuchów założonych w budynku wyłowiły słowa wypowiadane przez członków sekty: „Podłożyć ogień?” i „Czy mamy zapalić ogień?”. To wystarczyło, żeby obciążyć wspólnotę i zamknąć ten wątek. Tym bardziej że FBI oświadczyło, iż w akcji użyto wyłącznie gazów, które nie są „narzędziami pirotechnicznymi”, czyli nie ulegają zapłonowi. Po latach ponowne badanie dowodów wykazało, że to, co wzięto pierwotnie za fragmenty luf znalezione w pogorzelisku, było w rzeczywistości pozostałościami po granatach błyskowo-hukowych, a te mogły już w odpowiednich warunkach wywołać pożar.

Kolejna wątpliwość co do samobójczej śmierci członków sekty wzięła się stąd, że w czasie strzelaniny 19 kwietnia większość osób umieszczono w starym schronie przeciwpożarowym, który kiedyś uratował życie mieszkańcom, gdy zapaliła się wieża budynku. Wyglądało na to, że członkowie wspólnoty nie zamierzali się zabijać. Jednakże uzbrojone pomieszczenie bez okien mogło stanowić śmiertelną pułapkę. Analiza ciał znalezionych w schronie dowiodła, że ludzie ci zginęli nie tyle od płomieni, ile na skutek eksplozji zbiornika z gazem.

Nadal też nie wyjaśniono roli i liczby żołnierzy z oddziałów Delta Force. Ekspertów zastanawiała również wyjątkowa skrupulatność i pośpiech w sprzątaniu gruzowiska. Agencje natychmiast ogłosiły, że było to zbiorowe samobójstwo, w związku z czym uruchomiono procedurę stosowaną w podobnych okolicznościach: mycie każdego przedmiotu znalezionego na miejscu zdarzenia. Cały obiekt został przez to błyskawicznie wyczyszczony z dowodów. Czy to efekt uboczny procedury, czy celowe działanie agencji w celu zatarcia śladów prawdziwych intencji dowództwa?

Badanie ciała Davida Koresha wykazało, że żył jeszcze w trakcie pożaru, ale zmarł od postrzału w głowę. Był też ranny w biodro. Samobójstwo zostało wykluczone z uwagi na kąt padania strzału. Nie wiadomo jednak, kto wystrzelił śmiertelną kulę. Wszystkich zastanawia to, że w trakcie oblężenia wojsko podkradało się do budynków i zakładało wiele podsłuchów. Czasem byli dwa metry od Koresha. Widzieli go wychodzącego z budynku. Mogli zakończyć cały konflikt bez użycia siły, bez udręki osób, które były uwięzione między agresywną postawą FBI i ATF a autorytarnym guru. Dlaczego tego nie zrobili? Dlaczego otrzymali inne wytyczne i czemu to miało służyć?

Jedna z członkiń sekty, która została powstrzymana przez żołnierza, gdy próbowała biec wprost w płomienie, na pytanie, dlaczego chciała tam wrócić, dlaczego nie uciekała od ognia i nie biegła po ratunek, odpowiedziała: „Nie było cię tam, nie wiesz, jak to było. Strzelano do nas, był hałas i wybuchy. Jak miałam uciekać do tych, którzy chcieli nas zabić?”.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA