fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Zachary Taylor: Wielki żołnierz, słaby prezydent

23 lutego 1847 r. wojska amerykańskie dowodzone przez Taylora natknęły się koło Buena Vista na idącą na Monterey 20-tysięczną armię meksykańską Santa Anny. Mimo czterokrotnej przewagi Meksykanie nie pokonali Amerykanów
Wikipedia
Zachary Taylor był ostatnim wielkim plantatorem z Południa, który objął urząd w Białym Domu. Chciał zachować jedność kraju wobec narastającego rozłamu między zwolennikami niewolnictwa i abolicjonistami. I choć nie był wybitnym politykiem, to przede wszystkim zabrakło mu czasu.

Zachary Taylor, podobnie jak sześciu jego poprzedników na urzędzie prezydenta Stanów Zjednoczonych, pochodził z Wirginii. Urodził się jako trzecie z dziewięciorga dzieci Sary i Richarda Taylorów. Ojciec przyszłego prezydenta dosłużył się stopnia podpułkownika w osławionym Pierwszym Pułku Wirginii, którego żołnierze wykazali się szczególnym bohaterstwem w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych, biorąc udział w aż dziewięciu bitwach. Obydwoje rodzice wywodzili się ze starych angielskich rodzin.

Potomek Williama Brewstera

Zachary Taylor przez całe życie podkreślał, że jego przodkowie należeli do pierwszych Europejczyków, którzy dotarli do Ameryki Północnej. Nie było w tym żadnej megalomanii. 12. prezydent USA był bowiem po mieczu potomkiem Williama Brewstera, pochodzącego z Nottinghamshire purytańskiego kaznodziei, który przybył do Ameryki w 1620 r. na osławionym statku „Mayflower”. I to on został przewodniczącym rady starszych Kolonii Plymouth, która stała się zalążkiem społeczeństwa amerykańskiego. 11 listopada 1620 r. wraz z Izaakiem Allertonem podpisał słynną umowę Mayflower compact. Przewidywała ona, że 41 mężczyzn, którzy przypłyną na statku „Mayflower”, nazwanych ojcami pielgrzymami, utworzy na ziemiach nadanych Kompanii Wirgińskiej przez króla Jakuba I wspólnotę pozbawioną własności prywatnej, dzielącą się wszystkim i wspólnie wykorzystującą dary natury. Można więc powiedzieć, że William Brewster był pierwszym przywódcą społeczności europejskiej w Ameryce Północnej. Kolonia w Plymouth stała się komuną religijną, której zasady równości i odrzucenia wszelkiego porządku feudalnego stały się zaczynem koncepcji stworzenia egalitarnego porządku społecznego w Nowym Świecie. Być może dlatego w amerykańskiej literaturze historycznej William Brewster jest często nazywany patriarchą – z szacunku dla jego roli przy tworzeniu kolonii, która w ciągu dwóch wieków przeobraziła się w naród.

Zachary Taylor wierzył przez całe życie, że pielgrzymi stanowią wzór dla całego społeczeństwa amerykańskiego. Naród miał być wspólnotą pobożnych ludzi, białych, którym Bóg dał prawo do eksploatacji Ameryki Północnej i dominacji nad „dzikimi” przedstawicielami obcych ras. Jego wiara w konieczność nieustannego podboju nowych terytoriów była także konsekwencją młodości spędzonej na ówczesnym amerykańskim pograniczu.

Tuż po jego narodzinach rodzina Taylorów przeniosła się w okolice Louisville, osady założonej w 1778 r. przez pułkownika George’a Rogersa Clarka nad rzeką Ohio. Współcześnie jest to jeden z najbardziej zindustrializowanych regionów Ameryki Północnej, ale w czasie, kiedy Sarah i Richard Taylorowie zakładali tu plantację, był to ostatni bastion cywilizowanego świata. Zachary Taylor wychowywał się więc w świecie, w którym plantatorzy toczyli nieustanną wojnę z dziką przyrodą, Indianami i niedogodnościami życia codziennego. Jego domem rodzinnym była zwykła, pozbawiona wygód chałupa, a dzieciństwo było nieustanną pracą na farmie. Tam zapewne ukształtował się jego twardy, wręcz grubiański, charakter.

Przyszły prezydent czuł się świetnie w obozie wojskowym, ale kompletnie nie radził sobie na salonach. Jego sławetne niechlujstwo, przejawiające się noszeniem podniszczonych ubrań, rzadkim odwiedzaniem łaźni i minimalizmem w wystroju pomieszczeń, w których mieszkał, było pokłosiem młodości spędzonej w warunkach, które dzisiaj moglibyśmy nazwać prymitywnymi. Codzienna walka z naturą i Indianami o przetrwanie uczyniła z niego idealnego kandydata na żołnierza. Ówczesne Kentucky, terytorium wielkości Grecji, zamieszkiwało zaledwie 20 tys. ludzi. W 1790 r. Indianie (głównie z plemienia Shawnee) zabili tam 1500 osadników. Było to więc prawdziwe pogranicze w ogniu, gdzie edukacja dzieci stanowiła najmniejsze zmartwienie osadników.

Zachary Taylor nie należał do wyjątków. Najpierw przez krótki czas pobierał lekcje czytania, pisania oraz podstaw matematyki u wędrownego nauczyciela z Connecticut, a później uczęszczał do szkoły założonej przez pewnego Irlandczyka. Jak niski był to poziom edukacji, świadczą listy Taylora, pełne błędów ortograficznych i gramatycznych.

Przydział do wojska i ślub z Margaret

Życie na rodzinnej farmie w Kentucky ukształtowało twarde stanowisko Zachary’ego Taylora na temat niewolnictwa. Plantacja jego ojca miała ponad 4 tys. hektarów. Do uprawy tak olbrzymiego areału potrzebni byli niewolnicy. Bez ich ciężkiej pracy uprawa załamałaby się w bardzo krótkim czasie. To doświadczenie z dzieciństwa ukształtowało w Taylorze przekonanie, że niewolnictwo nie jest dobre z moralnego punktu widzenia, ale niezbędne do przetrwania amerykańskiej gospodarki. Przez całe życie był moralnie rozdarty, jednocześnie popierając żądania właścicieli niewolników z Południa i dając posłuch abolicjonistom z Północy.

Być może to właśnie kwestia niewolnictwa zadecydowała, że przyszły prezydent USA postanowił w 1808 r. opuścić rodzinne strony, aby wstąpić do wojska. Z pomocą ojca, który jako szanowany weteran z Wirginii miał wielu znajomych w sztabie armii, 23-letni Zachary Taylor dostał nominację na porucznika piechoty w 7. pułku Nowego Orleanu. O jego zdolnościach militarnych świadczy fakt, że już dwa lata później został kapitanem, a po kolejnych dwóch awansował na majora. W wojsku czuł się jak ryba w wodzie. Mundur, koszary, ćwiczenia wojskowe, zapach prochu i musztra to był jego ukochany świat. Zachary Taylor był zawodowym żołnierzem przez 40 lat. Nawet będąc już prezydentem, tęsknił do życia w obozowym namiocie, który stał się jego drugim domem.

W 1809 r. 24-letni major Zachary Taylor poznał pochodzącą z Maryland 20-letnią pannę Margaret Mackall Smith, córkę Waltera Smitha, bogatego plantatora i weterana wojny o niepodległość, z którą rok później wziął ślub. W przeciwieństwie do wychowanego w surowych warunkach Kentucky Zachary’ego pani Margaret Taylor, nazywana przez męża Peggy, była osobą obytą w dobrym towarzystwie. Stanowiła całkowite przeciwieństwo męża: ona – zawsze elegancka i z dobrymi manierami, on – słynący z niechlujstwa ordynus o koszarowych przyzwyczajeniach. Mimo że pozornie nie pasowali do siebie, przeżyli wspólnie 40 lat, a owocem ich związku było aż sześcioro dzieci, z których niestety dwoje zmarło w wieku niemowlęcym.

Dzięki dużemu posagowi wniesionemu przez żonę i licznym nadaniom za zasługi wojenne Zachary Taylor stał się bogatym właścicielem kilku farm niewolniczych w Missisipi i Luizjanie. Jego przyjaciele opowiadali, że kiedy był w otoczeniu wojskowych, najchętniej dyskutował o uprawie roli, metodach hodowli zwierząt czy melioracji pól, a kiedy spotykał się z farmerami, opowiadał im o problemach wojska. Tliła się w nim tęsknota do porzuconej dla wojska pracy na roli. Nigdy jednak nie wspominał, że chciałby zostać politykiem lub urzędnikiem. Cóż, kiedy los właśnie tę rolę wyznaczył mu ponad wszystkie. Zanim to się jednak stało, Zachary Taylor wielce się zasłużył swojej ojczyźnie na polach bitewnych.

Frontowe zasługi utalentowanego oficera

Po raz pierwszy swoje wojskowe talenty ujawnił podczas wojny amerykańsko-brytyjskiej. 3 września 1812 r. do Fortu Harrison, którym dowodził Zachary Taylor, przybyła grupa 30 indiańskich posłańców z białą flagą. Delegacja poinformowała dowódcę fortu, że ich wódz, sławny przywódca konfederacji indiańskiej, a jednocześnie brytyjski generał Skacząca Puma (w języku shawnee – Tecumseh), chce rozmawiać o rozejmie. Taylor wyczuł, że ta propozycja Indian walczących po stronie Brytyjczyków jest próbą uśpienia jego czujności, i kazał przygotować się żołnierzom do odparcia ataku, który, jak się domyślał, miał nastąpić pod osłoną nocy. Nie po raz pierwszy jego wojenna intuicja okazała się lepsza od wyczucia politycznego. Uzbrojona załoga odparła zmasowany indiański atak, tracąc przy tym tylko jednego żołnierza.

Spektakularna obrona Fortu Harrison zwróciła uwagę amerykańskiego dowództwa i polityków na młodego kapitana. W 1819 r. Zachary Taylor awansował do stopnia podpułkownika. Dzisiaj wydaje się dziwne, że 35-letni mężczyzna mógł stosunkowo szybko dosłużyć się tak wysokiego stopnia oficerskiego, ale na początku XIX w., w obliczu wojny z Brytyjczykami i niekończącej się wojny na niemal wszystkich granicach młodej amerykańskiej republiki, średnia statystyczna długość życia oficera wynosiła właśnie około 35 lat.

Ale na nominację na pułkownika Taylor musiał poczekać kolejne 13 lat. Miał wówczas 48 lat. Ten awans był nagrodą za jego heroizm i znakomite dowództwo w czasie stoczonej 2 sierpnia 1832 r. bitwy pod Bad Axe. Na pierwszą gwiazdkę generała brygady zasłużył sobie po bitwie z wojownikami indiańskiego plemienia Seminolów na mokradłach jeziora Okeechobee na Florydzie w dzień Bożego Narodzenia 1837 r. Przy stracie zaledwie 26 z 1100 żołnierzy Taylorowi udało się pokonać 400 indiańskich wojowników i pojmać do niewoli ich dwóch wodzów: Tustanuggee i Oulatooche. Dowodzący w tej bitwie Indianami wódz Seminolów Holata Micco, znany bardziej pod imieniem Billy Bowlegs lub też Wódz Aligator, wiele lat później odwiedził Waszyngton, gdzie został przyjęty z honorami w budynku amerykańskiego Kongresu.

Bohater narodowy

W nagrodę za zwycięstwa podczas kampanii na Florydzie nowo mianowany generał brygady Zachary Taylor otrzymał dowództwo Fortu Jessup w Luizjanie. Skorzystał z okazji, że będzie miał więcej czasu na prywatne sprawy, i kupił dla rodziny plantację koło Baton Rouge. Nie było mu jednak dane na długo zapuścić korzeni w tym miejscu.

W 1846 r. prezydent James K. Polk przyjął nowy agresywny kurs polityczny prowadzący do wojny z Meksykiem. Od wyniku tej konfrontacji zależał los Teksasu i innych terytoriów spornych. Taylor dostał rozkaz obsadzenia wojskiem terenów wzdłuż rzeki Rio Grande, aby zapobiec ewentualnej inwazji wojsk meksykańskich. W rzeczywistości do pierwszej potyczki jego wojsk z Meksykanami doszło już 25 kwietnia 1846 r.

58-letni generał wiedział, że wojna z Meksykiem jest szczytowym momentem w jego karierze wojskowej i okazją, by pokazać swoje umiejętności wodza i stratega. Do walki przystąpił z zapałem, czego przejawem były dwa pierwsze zwycięstwa: 8 maja pod Palo Alto oraz 9 maja pod Resaca de la Palma, zanim jeszcze Stany Zjednoczone formalnie wypowiedziały wojnę swojemu południowemu sąsiadowi (oficjalnie stało się to 13 maja 1846 r.).

Triumfy Taylora od razu dostrzegły stronnictwa patriotyczne. Zajęty wojną generał nie wiedział nawet, że w gazetach wydawanych na Wschodnim Wybrzeżu przez stronnictwa ekspansjonistyczne jest kreowany na amerykańskiego bohatera narodowego. Patrioci z Ruchu Boskiego Przeznaczenia coraz głośniej mówili o nim jako o następnym prezydencie Stanów Zjednoczonych. On sam wcale nie aspirował do takiej roli. Czuł się żołnierzem i tylko żołnierzem. Gardził polityką, choć miał wyraziste poglądy. Zapytany, co sądzi na temat sugestii prasowych, że powinien walczyć o Biały Dom, odpowiedział bez wahania: „Nonsens, (…) nigdy o tym nie myślałem i wątpię, czy ktokolwiek zdrowy na umyśle w ogóle się nad tym zastanawiał”.

Jednak jego coraz liczniejsze zwycięstwa nie mogły przejść bez echa. Amerykanie niemal każdego dnia czytali o nowych triumfach wielkiego wodza rozprawiającego się „z tymi cholernymi Meksykanami”. W 1846 r. generał Taylor dowodził już armią liczącą 14 tys. żołnierzy, w której doświadczenie zdobywali przyszli bohaterowie Ameryki – porucznik Ulysses Grant i kapitan Robert E. Lee. Tak liczna armia była siłą mogącą zmieniać losy wojny. Każde stronnictwo polityczne w kraju rozważało przyjęcie do swojego grona zwycięzcy spod Okeechobee.

Tymczasem on sam nie interesował się polityką w ogóle. Miał bowiem przed sobą nie lada wyzwanie, jakim było zdobycie Monterey w Kalifornii. 25 września 1846 r. Taylor zachował się honorowo, pozwalając głodnym i wyczerpanym żołnierzom przeciwnika opuścić to kalifornijskie miasto. Prezydent Polk uznał jednak, że takie zachowanie było zwyczajnie głupie, ponieważ wypuszczone siły meksykańskie wkrótce zasiliły wojska generała Antonio Lópeza de Santa Anny. Prezydent Polk wykorzystał tę sprawę do wszczęcia nagonki na generała, który mógł się stać jego groźnym rywalem w nadchodzących wyborach prezydenckich. Złośliwie nakazał Taylorowi obronę Monterey, przekazując jednocześnie główne dowództwo kampanii wojennej generałowi Winfieldowi Scottowi. Nowy dowódca wysłał do Taylora list z rozkazem przekazania pod jego dowództwo części armii przebywającej w Monterey. List ten wpadł jednak w ręce meksykańskiego generała Santa Anny. Przekonany, że osłabiony Taylor nie utrzyma miasta, Santa Anna nakazał skierować 20-tysięczną armię na Monterey.

Rozkaz, który przyszedł od Scotta, całkowicie załamał Taylora. Generał poczuł, że polityka wbija mu nóż w plecy. Rozgoryczony, nakazał wycofać na kilka mil na południe od Monterey 5 tys. żołnierzy, którzy zostali pod jego dowództwem. Jednak 23 lutego 1847 r. wojska amerykańskie natknęły się koło rancza Buena Vista na idącą na Monterey 20-tysięczną armię meksykańską. Mimo czterokrotnej przewagi Meksykanie nie zdołali pokonać Amerykanów. Siły Santa Anny straciły 591 ludzi, a czterokrotnie mniejsze wojska amerykańskie 463 żołnierzy. Przerażony skalą strat Santa Anna postanowił ustąpić z pola bitwy i nakazał swoim wojskom odwrót.

Tego zwycięstwa Taylora nie mogły już zagłuszyć jakiekolwiek posunięcia polityczne prezydenta Jamesa K. Polka. 6 listopada 1847 r. Zachary Taylor przekroczył granicę amerykańską i był witany w ojczyźnie jako niekwestionowany bohater narodowy. Teraz był już skazany na walkę o Biały Dom.

Wygrana bez kampanii

Zachary Taylor nie podchodził do tego pomysłu zbyt entuzjastycznie. Być może był gotów przyjąć nominację, ale na pewno nie miał ochoty o nią walczyć w nudzącej go kampanii wyborczej. Mimo to zebrani na konwencji w Filadelfii Wigowie (7–9 czerwca 1848 r.) mianowali Taylora na swojego kandydata na prezydenta.

Podzieleni demokraci wystawili do rozgrywki wyborczej Lewisa Cassa z Michigan. Mimo wielkich zasług dla narodu Zachary Taylor wygrał z Cassem stosunkowo niewielką przewagą 36 głosów elektorskich. Nie zmieniało to faktu, że był bohaterem narodowym, który teraz – podobnie jak generał Jerzy Waszyngton czy generał Andrew Jackson – został wyniesiony do najwyższej godności w państwie. Gdy jechał z Luizjany do Waszyngtonu, oklaskiwały go niezliczone tłumy mieszkańców miast i osad.

O prezydenturze Zachary’ego Taylora można powiedzieć jedno: nie miał żadnych zdeklarowanych wrogów ani żadnych prawdziwych przyjaciół. Był też człowiekiem niemającym żadnego doświadczenia politycznego, przez co niemal całkowicie ufał swoim doradcom, którzy – zauważywszy niekompetencję swojego szefa – potworzyli ścierające się ze sobą stronnictwa. Taylor do tego stopnia nie uczestniczył w życiu politycznym narodu, że nigdy nie głosował w wyborach, łącznie z tymi, w których sam startował.

Zwolennik kruchego kompromisu

Historykom trudno zdefiniować poglądy polityczne, jakie prezentował 12. prezydent Stanów Zjednoczonych. Nie oznacza to jednak, że był człowiekiem bez wyrobionego światopoglądu. We wspomnieniach osób, z którymi rozmawiał, został opisany jako człowiek o bardzo krytycznym stosunku do wielu aspektów polityki poszczególnych administracji, którym podlegał. Także zachowane do dzisiaj listy Zachary’ego Taylora wskazują, że celnie punktował najważniejsze osoby w państwie: Jamesa K. Polka, Andrew Jacksona, Martina Burena czy Lewisa Cassa.

Bez wątpienia był zwolennikiem ekspansjonizmu terytorialnego i kulturowego Ameryki. Stale zastanawiał się też nad problemami niewolnictwa. Pragnął zachować kruchy kompromis prawny między abolicjonistami i zwolennikami utrzymania niewolnictwa (jego krytycy mówili, że jako bohater wojenny jest lojalny wobec Północy, ale jako właściciel ziemski jest oddany stanom niewolniczego Południa). Zachary Taylor tylko raz użył prawa weta, którego zresztą był przeciwnikiem: kiedy senator Henry Clay z jego rodzinnego stanu Kentucky przeforsował w 1850 r. pakiet legislacyjny uznający Kalifornię za wolny stan, zezwalający na wprowadzenie niewolnictwa na terytorium Utah i Nowego Meksyku oraz zaostrzający przepisy o zbiegłych niewolnikach. Prezydent był zwolennikiem utrzymania status quo, dlatego nie zgadzał się na szerzenie niewolnictwa na nowych obszarach Ameryki.

Weto wobec ustawy Henry’ego Claya, zwanej całkowicie błędnie kompromisem z 1850 r., było najbardziej wyrazistym wydarzeniem całej 16-miesięcznej prezydentury Zachary’ego Taylora. Decyzja prezydenta spowodowała, że właściciele niewolników postanowili poszukać nowych obszarów, na których mogliby handlować ludźmi sprowadzonymi z Afryki. Ich zainteresowanie padło na Kubę. Stąd też późniejsze naciski na następcę Taylora, prezydenta Millarda Fillmore’a, aby doprowadzić do podboju tej wyspy.

W 1849 r. pewien Wenezuelczyk Narciso López postanowił zorganizować ekspedycję wojenną złożoną z doświadczonych w boju amerykańskich najemników, mającą na celu wyzwolenie Kuby spod władzy hiszpańskiej. López zaproponował dowodzenie wyprawą Jeffersonowi Davisowi, zięciowi prezydenta Zachary’ego Taylora, który 12 lat później zostanie prezydentem Skonfederowanych Stanów Ameryki. Davis odrzucił jednak propozycję Lópeza. Niezniechęcony tym Wenezuelczyk postanowił namówić do pomocy Roberta E. Lee, przyszłego głównodowodzącego wojsk Południa w wojnie secesyjnej. Ten, podobnie jak kilku innych amerykańskich wojskowych, uznał, że rola takiego najemnika uwłaczałaby amerykańskiemu mundurowi. 11 sierpnia 1849 r. prezydent Taylor oficjalnie ostrzegł, że Amerykanie nie powinni brać udziału w tej misji. Po wielu perturbacjach Lópezowi udało się w 1851 r. zebrać 400-osobowy oddział i wylądować na Kubie. Wierzył głęboko, że wznieci powstanie przeciw Hiszpanom. Najemnicy, wśród których byli głównie Amerykanie i Kubańczycy, a także Niemcy i Węgrzy, przegrali bitwę. Ci, którzy przeżyli, zostali skazani na karę śmierci i straceni.

Tragiczny Dzień Niepodległości

Krótka, bo zaledwie 16-miesięczna, prezydentura Zachary’ego Taylora nie obfitowała w poważniejsze wydarzenia, co nie oznacza, że w pewnym momencie prezydent nie musiałby stawić czoła wielu poważnym wyzwaniom, jak choćby kwestiom uregulowania statusu nowych terytoriów czy nasilającym się na Północy tendencjom do podboju Kanady.

Jednak nie dane mu było dłużej służyć ojczyźnie. 4 lipca 1850 r. prezydent Zachary Taylor wziął udział w uroczystościach z okazji 74. rocznicy ogłoszenia niepodległości Stanów Zjednoczonych. Tego dnia przeciął wstęgę na budowie olbrzymiego obelisku wznoszonego ku czci Jerzego Waszyngtona. Każdy, kto był o tej porze roku w Waszyngtonie, wie doskonale, że panujące tam upały są trudne do zniesienia dla każdego. Żeby się ochłodzić, prezydent wypił dużo zimnego mleka i zjadł kilka owoców. Jeszcze tego samego dnia źle się poczuł. Pojawiły się silne bóle żołądkowe i gorączka, które zaczęły się nasilać z godziny na godzinę. Jego lekarze uznali, że jest chory na cholerę – ostrą zakaźną chorobę przewodu pokarmowego wywołaną spożyciem wody lub żywności skażonej szczepami przecinkowca cholery (Vibrio cholerae). Przyczyną tej choroby jest najczęściej elementarny brak higieny przy przygotowywaniu żywności. Zmarło na nią wielu ludzi tamtej epoki. W 1855 r. w Stambule jej ofiarą padł Adam Mickiewicz.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA