fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

XX wiek: Przebudzenie łemkowskiej tożsamości

Z okazji Święta Niepodległości w listopadzie 1934 r. w Krakowie odbył się zjazd górali z Podhala, Podkarpacia i Huculszczyzny
nac
Legenda rusińskiego państwa w Beskidzie Niskim jest ciągiem niejasnych zdarzeń, które z czasem obrosły w mit – Łemkom potrzebny do utrzymania tożsamości, a publicystom do wzbudzania sensacji.

Ogrom problemów, jakie wiązały się z odrodzeniem Rzeczypospolitej, uczynił sprawę Ruskiej Ludowej Republiki Łemków tak marginalną, że niemal znikła z historycznej pamięci – zwłaszcza że świat, którego dotyczy, faktycznie nie istnieje. Zostało po nim nieco malowniczych cerkwi, przydrożne kapliczki i dziczejące jabłonie w opustoszałych dolinach. Obecnie łemkowską narodowość deklaruje zaledwie 10 tys. polskich obywateli, lecz tylko dla połowy z nich to jedyna etniczna tożsamość. Niedostatek dokumentów każe wątpić nawet w istnienie tego efemerycznego państwa, ponieważ jego nazwę znamy tylko z metryk chrztu wystawianych przez proboszcza jednej z parafii.

Przebudzenie tożsamości

Wbrew obiegowym skojarzeniom ujawniony 100 lat temu separatyzm Łemków nie był częścią ukraińskiego nacjonalizmu. Przeciwnie – ich poczucie odrębności wyrosło z oporu przeciw aspiracjom „narodników”, by grekokatolików in gremio wcisnąć do ukraińskiego worka. Fundamentem tego sprzeciwu była zaś łemkowska duchowość, ciągle zakorzeniona w Cerkwi prawosławnej, czego nie zmieniły stulecia praktyk w Kościele unickim.

Wyjaśnia to pochodzenie Łemków od różnych ludów pasterskich, które, wędrując z południa, u schyłku XIV w. pioniersko wkroczyły we wciąż dzikie ostępy północnych Karpat. Przybyszów, zrazu zajmujących się wędrowną hodowlą, zachęcano do zakładania wsi na prawie wołoskim, co pozwoliło im zasiedlić doliny zarówno po węgierskiej, jak i polskiej stronie masywów Beskidu Niskiego i Sądeckiego, aż po sam Spisz.

Mimo że Łemkowie wolą wywodzić swych przodków od mitycznych Białych Chorwatów, grup tych nie łączyło nawet słowiańskie pochodzenie, ponieważ przychodziły zarówno z Rusi Kijowskiej, jak i z terenów dzisiejszej Rumunii, Albanii i Macedonii. Niekiedy całkiem odmienny dialekt obowiązywał już w sąsiedniej dolinie, stąd najsilniejszym lepiszczem, czyniącym z Łemków społeczność, była wspólna tradycja bizantyjska i przywiązanie do Cerkwi. Z czasem zwykli uważać się za Rusnaków lub Rusinów i dopiero w XX w. zaakceptowali nadany im przez sąsiadów przydomek Łemko, ukuty od nadmiernego szafowania przysłówkiem „łem” – też zresztą zapożyczonym gdzieś na Słowacji. Trudy życia w izolacji oraz poczucie osaczenia między wielkimi narodami Polaków i Węgrów tylko wzmacniały ich naturalny chłopski konserwatyzm i odporność na obce wpływy.

Wśród Polaków, poza geografami w rodzaju Wincentego Pola, region nie budził większego zainteresowania. Najgłębszą zadrą było wspomnienie operujących w Beskidzie Niskim konfederatów barskich, którzy pozakładali warowne szańce przy austriackiej granicy. Nie zyskali tam chyba sympatii, bo gdy uciekali przed wojskiem Iwana Drewicza, nad wsią Cegiełka chłopstwo zagrodziło im drogę i straszliwie zmasakrowało. Z tamtych czasów, oraz z pamięci o przemarszach rosyjskiej armii na Węgry, Łemkowie przenieśli w XX w. swój nieco irracjonalny sentyment do Rosji.

Dwie cerkwie

Skutki unii brzeskiej przyjęto w Beskidzie Niskim wprawdzie niechętnie, ale z typową dla chłopów uległością. Niemniej opór musiał być odczuwalny, ponieważ przy wprowadzaniu obrządku greckokatolickiego władze eparchii przemyskiej przezornie zaniechały wymuszania zmian w liturgii i urządzaniu świątyń. Względny spokój upadł pod naporem ukraińskiego nacjonalizmu, którego propagowaniem zajmowały się świeckie stowarzyszenia w rodzaju Towarzystwa Proswita. Jednak ich wpływy w Karpatach były mocno ograniczone, tyleż z powodu niechęci ludności, co braku aktywistów gotowych porzucić lwowskie kawiarnie dla biednych jak mysz kościelna wiosek. Stąd polem bitwy o narodowy rząd dusz w Beskidzie Niskim stała się Cerkiew, szczególnie odkąd unicka hierarchia jęła otwarcie używać księży do ukrainizowania Rusinów, co szczególnie wspierał biskup przemyski Konstantyn Ritter von Czechowicz.

Łemkowskim wiernym nie spodobało się wzmożenie kultu św. Jozafata Kuncewicza, który – zanim został zamordowany – w XVII w. terrorem zwalczał prawosławnych, lecz szczególnie ubodła ich zmiana jednego słowa w tekście liturgii. Wskutek rzekomego aktu herezji, w 1911 r. trzy wioski podniosły bunt i w całości przeszły na prawosławie. I choć najpewniej chłopi tylko skorzystali z religijnego pretekstu, by utrzeć nosa aroganckim proboszczom, świat usłyszał, że Łemkowie nie chcą być Ukraińcami i łacinnikami.

Atmosferę zaogniało wsparcie Łemków przez prorosyjskich Czechów, a także pomoc płynąca od zarobkowych diaspor w USA i Kanadzie, gdzie także ruszyła fala konwersji na prawosławie. Władze świeckie i Kościół unicki zgodnie dostrzegły w tym fermencie niewidzialną rękę Rosji. Z rosyjską agenturą wiązano zwłaszcza działalność trzech prawosławnych duchownych, z których największą charyzmą cieszył się urodzony w Zdyni ks. Maksym Sandowicz (Gorlicki), świeżo upieczony absolwent seminarium w Żytomierzu. Podobno jego sprawką – jeszcze jako kleryka – było namówienie chłopów z Grabia do konwersji na prawosławie z myślą o przejęciu tamtejszej parafii. Wszakże obejmując posługę w Galicji, Sandowicz łamał obowiązujący w Austro-Węgrzech zakaz pracy dla prawosławnych duchownych, których wyświęcono w Rosji.

Wielkie rozdarcie

Wybuch wojny z Rosją przemienił podejrzliwość władz w paranoję, przez co swady religijne w zapadłych wioskach stały się kwestią życia i śmierci. Rusini świetnie pasowali do roli kozła ofiarnego za austriackie klęski z 1914 r., a im szybciej rosyjski walec zbliżał się do Krakowa, tym mocniej tropienie szpiegów i sabotażystów staczało się w barbarzyństwo.

Ks. Sandowicza na rozkaz rotmistrza Ditricha z Linzu rozstrzelano bez sądu w gorlickim więzieniu na oczach ciężarnej żony, ojca oraz brata, uwięzionych razem z kapłanem. Tysiące takich podejrzanych, potencjalnych lub prawdopodobnych moskalofilów, za których austriacka administracja uznała większość lokalnych elit, a więc duchownych, nauczycieli i urzędników, nierzadko z całymi rodzinami wywożono do Styrii, gdzie w Talerhofie dla Rusinów z Galicji i Bukowiny stworzono bodaj pierwszy w Europie obóz koncentracyjny.

Represje podzieliły łemkowską społeczność, ponieważ ukrainofile bez skrupułów austriackimi rękami zwalczali przeciwników politycznych, a denuncjacje służyły też grabieniu dobytku aresztowanych. Krótkotrwała rosyjska okupacja poskutkowała nie mniej bezwzględnym odwetem, po czym w 1915 r. kolejne tysiące Rusinów wolało wycofać się z armią Dimitrijewa na wschód. Reszty spustoszeń dokonało dwukrotne przejście frontu oraz zimowa wojna pozycyjna. Czego w wioskach nie zniszczył ogień artylerii, żołnierze spalili w ogniskach, a zryte lejami, okopami i tysiącami grobów pola nie nadawały się do użytku.

Na co dzień cierpiąca nędzę, a teraz jeszcze spustoszona Łemkowszczyzna nie dostała wsparcia austriackich władz. Po ofensywie gorlickiej represje polityczne jeszcze się wzmogły, a ogromne środki, zamiast na pomoc dla głodnych i bezdomnych, przeznaczono na budowę pompatycznych cmentarzy wojennych. Nawet tak wpływowa persona jak Władysław Długosz – bogaty magnat naftowy, poseł do Rady Państwa w Wiedniu i minister do spraw Galicji – za krytykę tego skandalu, który dotyczył także Polaków, trafił pod nadzór policyjny.

Upadek Austro-Węgier zastał więc Łemkowszczyznę rozdartą wewnętrznie i ograbioną z elit, a do tego głodną i często bez dachu nad głową. Tkwiąc w tym rozpaczliwym stanie, Łemkowie chcieli zaradzić politycznej pustce, w którą nagle popadli. Wprawdzie Polacy i Ukraińcy już przed końcem wojny byli gotowi do montowania swoich administracji w Galicji, lecz dysponowali ograniczonymi siłami, skupili się więc na walce o miasta, górskie wioski zostawiając własnemu losowi. Jednak wobec narosłych podziałów nawet sąsiednie łemkowskie parafie nie umiały znaleźć wspólnego języka ani celu.

Ku Rosji

Pierwszą próbę samoorganizacji podjęli ukrainofile z powiatu sanockiego, którzy już 4 listopada 1918 r. zebrali okolicznych mieszkańców na wiecu w Wisłoku Wielkim. Z inicjatywy powołanej wtedy Ukraińskiej Rady Ludowej, powstała tzw. Republika Komańczańska, z ambicjami przyłączenia całego powiatu, wraz z Sanokiem, do Ukrainy.

Na zajęcie zamieszkanego w olbrzymiej większości przez Polaków miasta nie mieli jednak szans, głównie z powodu braku broni i dowódców wojskowych. Utworzoną milicją dowodził piekarz ze stopniem sierżanta austriackiej armii, lecz mimo usilnych próśb obiecywana w gazetach pomoc Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej nigdy nie nadeszła. Pod koniec stycznia 1919 r. w zasadzie sam widok 300 polskich żołnierzy pod Komańczą sprawił, że po drobnej potyczce powstańcy bez walki rozeszli się do domów. W istocie, wiele wsi nie przyłączyło się do awantury, a gdy w lutym do Woli Michowej zabłąkał się ukraiński oddział, chłopi pod wodzą greckokatolickiego księdza rozbroili go i wydali Polakom.

Po tygodniach braku zainteresowania polskich władz – mimo ewakuowania Austriaków i powołania już w październiku Polskiej Komisji Likwidacyjnej w Krakowie – swój samorząd postanowili powołać także Rusini z zachodniej części Beskidu Niskiego. Oprócz pilnej potrzeby zapełnienia administracyjnej pustki chciano zapobiec przyłączeniu Łemkowszczyzny do Ukrainy, co wobec wydarzeń pod Sanokiem uznano za realne niebezpieczeństwo.

W powiecie gorlickim wnioski wyniesione z pierwszych zebrań ludowych w Świątkowej przyniesiono na wielki wiec, który odbył się 27 listopada w Gładyszowie. 2 tysiące ludzi zebranych w zrównanej z ziemią wsi zdecydowało, że reprezentować ich będzie Ruska Rada wybrana demokratycznie z kilku przedstawicieli każdej wsi. Na czele samorządu postawiono powszechnie szanowanego unickiego proboszcza z Czarnego Michała Jurczakiewicza.

Najważniejszym celem politycznym wyznaczonym radzie było przyłączenie Łemkowszczyzny do Rosji. I choć wiadomości o skutkach rewolucji czyniły ten postulat coraz mniej atrakcyjnym, nie było mowy o ustępstwach. Dziś trudno pojąć, że w umysłach Łemków mit Wielkiej Rusi miał bardziej mistyczny niż polityczny charakter. Jednomyślności wprawdzie nie uzyskano, jednak zdanie odrębne proboszcza z Małastowa poparły tylko cztery wsie, wśród których znalazł się proukraiński Grab (ten sam, który niedawno z wierności do Rusi zmienił wyznanie na prawosławie) oraz leżąca po sąsiedzku Ożenna. Spełnienia aspiracji Łemków miał dochodzić ich własny delegat na konferencję pokojową w Paryżu, wysłany za pieniądze pochodzące ze specjalnego podatku.

Ustanowiono też własne sądy w celu ścigania donosicieli i współpracowników władz austriackich. Mimo że pachniało to początkiem nowej wendety, zapadł tylko jeden wyrok śmierci na pewnego nauczyciela odpowiedzialnego za uwięzienie w Talerhofie proboszcza z Izb, Dymitra Chylaka. Wszakże z powodu ucieczki skazanego nawet tego jednego wyroku nie wykonano. Z poczuciem sprawiedliwości wiązał się też postulat wypędzenia greckokatolickich księży, którzy sprzyjali Ukrainie. Poza tym wiec zarządził wprowadzenie nauki rosyjskiego w szkołach.

Polska – wielka nieobecna

Pod wrażeniem wydarzeń w Gładyszowie podobne zgromadzenia zwołano w Krynicy, Śnietnicy i Sanoku, tworząc rady dla powiatów nowotarskiego i sądeckiego, ale zapał do wiecowania dotarł nawet do Osturni na Spiszu. Dzięki temu po utworzeniu 5 grudnia 1918 r. we Florynce Naczelnej Rady Łemkowszczyzny szumnie ogłoszono zjednoczenie wszystkich Łemków, choć w tej deklaracji jedności było więcej życzeniowego myślenia niż prawdy.

Wszystko to działo się przy otwartej kurtynie i pełnej świadomości członków Polskich Komitetów Likwidacyjnych, czasem oficjalnie goszczonych na wiecach. Może dzięki temu, zwłaszcza na najlepiej poinformowanym szczeblu lokalnym, polskie władze nie okazywały zaniepokojenia poczynaniami Łemków, nawet gdy rady zakazały Łemkom płacenia podatków Rzeczypospolitej. Nieraz wspomina się też o przychylności Władysława Długosza, który u boku Witosa został ważną figurą w Polskiej Komisji Likwidacyjnej. Wszakże główną przyczyną tej zdystansowanej obojętności był nadmiar ważniejszych problemów, a zwłaszcza groźniejszych wrogów. W istocie, hermetyczny i ukryty w górach świat Rusinów nie miewał na co dzień punktów stycznych ze światem Polaków.

Nawet utworzenie łemkowskiej milicji wzbudziło więcej aprobaty niż obaw, ponieważ przeciągająca się nieobecność jakichkolwiek sił policyjnych rozzuchwaliła grasujących po górach bandytów. Kiedy więc były oficer austriackiej armii Roman Sembratowicz sformował swoich milicjantów, Polski Komitet Likwidacyjny w Grybowie chętnie przekazał mu pół setki karabinów, z czego jeden maszynowy. Oprócz pokusy zaprowadzenia porządku bez angażowania polskich sił, przeważył pogląd, że nie ma lepszego gwaranta obrony przed ukraińskimi zakusami niż Łemkowie. Ponieważ jednak Kazimierz Ramult, który podjął decyzję o wydaniu broni, jeszcze w 1918 r. otrzymał dymisję, trzeba zauważyć, że ów optymizm nie był powszechny.

Szansę na spokojne ułożenie polsko-łemkowskich stosunków zaprzepaściły wydarzenia za oceanem oraz w południowej stronie Karpat. Rusińska diaspora w Ameryce, która na obczyźnie zradykalizowała się bardziej niż rodacy w starej ojczyźnie, już w październiku 1918 r. podjęła w Filadelfii negocjacje z przyszłym czechosłowackim rządem. Masaryk miał obiecać zjednoczenie wszystkim karpackim Rusinom w jednym autonomicznym okręgu wchodzącym w skład republiki. Czy miał na myśli także Łemków spod Nowego Sącza i Gorlic – pozostało sprawą interpretacji prelegentów na wiecach.

Ku Czechom

Wkrótce z aprobatą Pragi Rusini z rejonu Preszowa powołali własną Karpatoruską Radę Ludową w Starej Lubowni, a za nimi poszli mieszkańcy Zakarpacia z Użhorodu i Chustu. Chociaż tam również nie było jedności, to przeważała opcja czechosłowacka, zwłaszcza w przyległym do Beskidu Niskiego okręgu preszowskim.

Wielu działaczy łemkowskich spod Nowego Sącza i Gorlic dostrzegło, że powstanie granicy państwowej wzdłuż grzbietu Karpat, oddzieli ich od reszty rusińskiej wspólnoty, a co gorsza, przerwie tradycyjne szlaki handlu bydłem z Węgrami i Słowakami. Odkąd pod wpływem bolszewizmu z głów zaczęła im wietrzeć tęsknota za Rosją, od wielkorusko-ukraińskich dylematów ważniejsza była niepodzielność Łemkowszczyzny. Szczególnym trafem, do walki o jedność najgoręcej zagrzewał Dymitr Markow, działacz splątany więzami z Victorem Hładykiem, przywódcą diaspory w Ameryce i spiritus movens sojuszu z Czechami.

W efekcie 23 stycznia 1919 r., po prowokacyjnym samorozwiązaniu Naczelnej Rady Łemkowszczyzny i przekazaniu jej uprawnień Radzie Ludowej w Preszowie, większość działaczy rzuciła się pod skrzydła Pragi. Często dosłownie, bo wielu zaraz uciekło na Słowację, skąd wysyłali proczeskie i antypolskie manifesty, zaogniające sytuację. Z dawnych władz przy obowiązkach został tylko prawnik i pragmatyk dr Jarosław Kaczmarczyk próbujący nadal budować szkoły i nadwyrężone stosunki z Polakami. Oliwy do ognia dolały gazety piszące o czeskich patrolach penetrujących Beskid Niski oraz dostarczanych z południa transportach broni. Ponieważ rok 1919 wyjątkowo nie służył zaufaniu do Czechów, reakcja Polski była natychmiastowa – wojsko zajęło otwartą dotąd granicę, a potem wkroczyło do wiosek.

Jakkolwiek czeskiego wojska w Koniecznej ani Gładyszowie nie znaleziono, to wielu działaczy bardzo się starało o jego przybycie. Specjalna łemkowska delegacja prowadziła w Koszycach negocjacje z czeskimi oficerami o możliwej aneksji polskiej części Karpat z Nowym Sączem, Gorlicami i Sanokiem włącznie. Zachwyceni wojskowi ubrali plan w taktyczne szczegóły i przedstawili politykom w Pradze, gdzie spodobał się większości ministrów. O jego odrzuceniu zdecydował Masaryk, który, będąc w trakcie sporów o Spisz, Orawę, a zwłaszcza Śląsk Cieszyński, nie chciał otwierać nowego pola konfliktu z Polską, zwłaszcza o teren gospodarczo bezwartościowy, a politycznie więcej niż kłopotliwy.

Z nikim, przeciw wszystkim

Mimo użycia wojska polska operacja miała policyjny charakter, aczkolwiek szykany i aresztowania bywały dotkliwe. Już w lutym internowanymi działaczami zaczęto wypełniać odziedziczony po Austriakach obóz jeniecki w Dąbiu. Jednym z pierwszych zatrzymanych był greckokatolicki ksiądz z Izb Dymitr Chylak, który niedawno wyszedł z  Talerhofu. On był tym kapłanem, który miejsce udzielenia sakramentu na metrykach opisywał jako Ruską Republikę Ludową, co potem zmienił na określenie Ruska Ziemia.

Bywały także ofiary śmiertelne. Wójt Regetowa stracił syna, zastrzelonego podczas ucieczki przed patrolem, a kolejny zabity zdarzył się w Andrzejówce. Największym zyskiem z aresztowań i ucieczek nieprzejednanych działaczy do Preszowa było wzmocnienie pozycji skłonnego do kompromisów Kaczmarczyka. Na dłuższą metę nic to jednak nie dało, bo efekty ustępstw na szczeblu lokalnym zaraz niszczyły wyższe władze, a reszta świata o problemie nie chciała nawet słyszeć.

W czerwcu na przykład do Krynicy przybył Merian G. Cooper, wtedy przedstawiciel amerykańskiej organizacji humanitarnej, a  wkrótce as polskiego lotnictwa podczas wojny z bolszewikami, który jednak największą sławę zdobył jako scenarzysta i współreżyser słynnego „King Konga”. Cooper z wysłuchanych żalów, protestów i postulatów spisał szczegółowy raport, który jednak przepadł bez żadnej reakcji.

Szczególną formą represji był formalnie bezprawny pobór Łemków do wojska, co przy braku rąk do pracy na roli, wywołanym klęską głodu i epidemią hiszpanki, zagrażało egzystencji całych wiosek. Skutkiem były ucieczki oraz odmowy składania przysięgi, a poza tym sprzeciwiano się kontrybucjom i rekwizycjom żywności, choć zwykle do tego stopnia nie było co rekwirować, że często rezygnowano z nakazów.

Kiedy w grudniu 1919 r. z Paryża zjechał w Beskid Niski sam Viktor Hładyk, o szukaniu kompromisów można było tylko zapomnieć. Zebrawszy kamarylę radykałów, której przewodził adwokat Zachary Kopystianski, w marcu 1920 r. znów uczynił z Florynki miejsce historycznego wydarzenia, choć skromniejszego od pamiętnych wieców. Kilkudziesięcioosobowe zebranie powołało nowe ciało, szumnie nazwane Radą Zwierzchnią Łemkowskiej Rusi. Stał nad nią zarząd o nazwie Komitetu Wykonawczego z przewodniczącym Jarosławem Kaczmarczykiem, a także m.in. z ks. Chylakiem, odpowiedzialnym za sprawy wewnętrzne, i Mykołą Gromasiakiem do spraw rolnych.

To prawdopodobnie ze zbitki składu komitetu i adnotacji ks. Chylaka na metrykach chrztu powstał mit o Ruskiej Ludowej Republice Łemków. Sama Zwierzchnia Rada zapewne miała tylko legitymizować i wzmacniać pozycję Hładyka w Paryżu, by wymóc przeprowadzenie referendum, ale w Beskidzie niczym istotnym się nie zajmowała. Protesty amerykańskich i kanadyjskich Rusinów także nie zostały usłyszane w Wersalu.

Podczas wojny z bolszewikami sprawa poboru do wojska znów się zaostrzyła, powodując ucieczkę tysięcy mężczyzn oraz kilku zabitych. Głośny był przypadek niejakiego Mychajły Koska, którego tak ciężko pobito, że zmarł w drodze do aresztu w Jaśle.

Władz Rady Zwierzchniej nikt jednak nie prześladował, uznając ją za nieszkodliwą aberrację. Nawet deklaracja woli połączenia Łemkowszczyzny z Rosją nie zrobiła wrażenia na władzy. Choć podczas wojny z bolszewikami była to co najmniej niezręczność, Kaczmarczyka, Chylaka i Gromasiaka aresztowano dopiero w styczniu 1921 r. Mimo najcięższych oskarżeń o zdradę stanu ich proces przed Sądem Okręgowym w Nowym Sączu nie zmienił się w wielkie przedstawienie polityczne i – jak się zdaje – nikt nie miał na to ochoty. Oskarżeni, wspierani przez dwie gwiazdy lwowskiej palestry, wykazali, że nie mogą być winni dążenia do zmiany granic państwa w sytuacji, gdy granice te w sensie prawnym jeszcze nie istniały. Trwające zaledwie kilka godzin posiedzenie sądu z 10 czerwca 1921 r. zakończyło się pełnym uniewinnieniem od wszystkich zarzutów, a apelację prokuratury odrzucono, wytykając jej przy tym rażącą niekompetencję.

Niemniej Jarosław Kaczmarczyk postanowił wtedy ostatecznie rzucić politykę i całkowicie zająć się prawem, ks. Dymitr Chylak zaś wrócił na swoją parafię w Izbach, gdzie wziął jeszcze aktywny udział w schizmie tylawskiej, podczas której mieszkańcy kilkunastu wiosek dokonali konwersji na prawosławie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA