Rzecz o historii

Elżbieta Batory: Krwawa hrabina z Transylwanii

AFP
Nazywano ją wampirzycą z Transylwanii. Opowiadano, że własnoręcznie zakatowała ponad 600 służących. Czy legendy opierają się na faktach, czy powstały na użytek spisku, który miał usunąć waleczną kobietę ze sceny politycznej?

Legenda o Elżbiecie Batory przedstawia ją jako morderczynię wszech czasów. Sadystyczną dewiantkę, która znęcała się nad młodymi służącymi, a gdy ich już zabrakło, także nad szlachciankami przybywającymi do niej na edukację. Sztuki zadawania bólu miała nauczyć się od męża, którego przerosła wprawą, kreatywnością i skalą przedsięwzięcia. Po jego śmierci obsesja kąpania się we krwi dziewic popchnęła ją do częstych podróży, gdy okoliczni mieszkańcy zaczynali się niepokoić zmasakrowanymi trupami pojawiającymi się w okolicach zamku. W piwnicach posiadłości w Čachticach znajdowała się sala tortur z wymyślnymi urządzeniami do zadawania bólu. Katalog męczarni był ogromny. Nieuważnym szwaczkom wbijała szpilki pod paznokcie, zaszywała usta lub kaleczyła je nożyczkami. Pokojówki zimą oblewała wodą i wystawiała na mróz, latem zaś kazała je smarować miodem i zostawiać na pastwę owadów. Chłosta, okaleczanie i przypalanie były codziennością. W przerwach między wojaczkami mąż hrabiny przyłączał się do tych sadystycznych zabaw.

Głównym powodem zabójstw było jednak obsesyjne pragnienie zachowania młodości i urody. Ponoć pewnego dnia Elżbieta, bijąc jedną ze służących, zauważyła, że krew działa wygładzająco na jej skórę. Od tamtego czasu mordowała na skalę przemysłową. Pomagały jej w tym dwie rosłe i brzydkie służące oraz karzeł Ján Ujvári, zwany Fritzko. Elżbieta miała też korzystać z rad znachorki-czarownicy Anny Darvulii. To właśnie ona wspierała hrabinę w kuracji odmładzania krwią. Przekonała ją, że jest to starożytny rytuał, który nie tylko cofa zegar życia, ale pozwala przejąć duchowe i cielesne atrybuty zamordowanej osoby.

W podziemiach stała beczka, z której kazano dziewczynom zaczerpnąć wina. Wtedy Fritzko ogłuszał ofiarę i podcinał jej żyły. Krew spływała rynną do drugiego pomieszczenia, gdzie stała wanna. Tam właśnie hrabina Batory zanurzała się w ożywczym eliksirze. Fritzko ukrywał zwłoki w jednym z piwnicznych korytarzy. Gdy ciał było zbyt dużo, wrzucał je do fosy lub zostawiał w lesie. Miejscowi byli bezradni wobec hrabiny, ale pogłoski o jej zbrodniczej działalności dotarły do kuzyna Jerzego Thurzó, palatyna Węgier. Odkrycia, jakich dokonali w 1610 r. urzędnicy na zamku w Čachticach, potwierdziły makabryczne oskarżenia. Wszędzie znajdowano ciała w różnym stadium rozkładu. Pojmano członków świty Elżbiety, a ci zeznali wszystko, czego od nich oczekiwano. Najbardziej obciążającym dowodem okazał się pamiętnik Elżbiety, który zawierał skrupulatne opisy prawie 650 zbrodni.

W 1611 r. stracono najbliższych współpracowników hrabiny, a ją samą z uwagi na urodzenie jedynie zamurowano w komnacie jednej z wież na zamku w Čachticach. Elżbieta przeżyła tam jeszcze trzy lata. Zdążyła zapisać majątek dzieciom, choć nie w całości. Wiele z jej dóbr dostało się jej krewnym, a także kuzynowi, który sprowadził na nią sprawiedliwą karę. Najprawdopodobniej umarła z głodu, gdyż powoli przestawano ją karmić.

W 1729 r., ponad 100 lat po śmierci hrabiny, węgierski jezuita László Túróczy napisał pracę „Ungaria suis cum regibus compendio data”. Miała to być ostrzegawcza powiastka o Elżbiecie Batory, prezentująca wszystkie okropności, jakich dopuściła się arystokratka. W zasadzie chodziło tylko o to, że to luteranizm doprowadził ją do tego wynaturzenia. W ten sposób jezuita dał początek legendzie. Prawda o Elżbiecie Batory musiała poczekać do lat 80. XX wieku. Współcześni historycy węgierscy odkryli wiele nowych faktów, które każą spojrzeć na nią z zupełnie innej strony.

Prawie jak w bajce

Elżbieta Batory (węg. Báthory Erzsébet) przyszła na świat 7 sierpnia 1560 r. w rodzinnym majątku Nyírbátor (północno-wschodnie Węgry), stanowiącym część regionu Ecsed. Należała do jednego z najpotężniejszych i najbardziej wpływowych europejskich rodów przełomu XVI i XVII wieku. Początki dynastii sięgały XIII w., kiedy to powstała legenda o Hunie Gutkeldzie, który w nierównej walce pokonał smoka, czym zasłużył sobie na przydomek „Bátor”, czyli dzielny.

Anna, siostra Stefana Batorego, koronowanego w 1576 r. na króla Polski, poślubiła dalekiego kuzyna – pastora Jerzego (György). Elżbieta była ich drugim dzieckiem. Od początku odznaczała się niezwykłą inteligencją, ale i porywczością. Zachowały się zapisy o jej napadach furii, które miały dać początek przyszłym sadystycznym skłonnościom. Nie było to nic nowego w dynastii Batorych. Małżeństwa blisko spokrewnionych osób dały mieszankę wybuchową. Pojawiali się potomkowie zapadający na choroby psychiczne lub inne dolegliwości o podłożu genetycznym. Nie brakowało też furiatów i okrutników.

W ten sposób próbowano też tłumaczyć późniejsze zachowanie hrabiny. Wyjątkowa skłonność do sadyzmu miała być wynikiem choroby psychicznej, której przyczyna leżała w kazirodczym związku jej rodziców. Historycy obalają jednak tę hipotezę. Linie Ecsed i Somlya, z których wywodzili się rodzice Elżbiety, były głównymi gałęziami dynastii. Od wspólnych przodków dzieliło ich 7 pokoleń i ponad 200 lat. Jeśli hrabina rzeczywiście znęcała się nad służącymi, to po prostu mogła być psychopatką. A to może się zdarzyć nawet w najlepszej rodzinie. Tyle że jej listy wysyłane do męża i dzieci nie zdradzają osobowości psychopatycznej. Wprost przeciwnie. Płynie z nich miłość, wyrozumiałość i empatia, czyli cechy, których sadystyczni dewianci nie mają i na dłuższą metę nie są w stanie ich spójnie udawać.

Inni przyczyn obłędu hrabiny dopatrują się w wydarzeniach z dzieciństwa – drastycznych scenach, których mała Elżbieta mogła być świadkiem. W 1566 r. miejscowy Cygan został oskarżony o kradzież dzieci i sprzedanie ich Turkom w niewolę. Sześcioletnia Elżbieta widziała, jak pobitego do nieprzytomności mężczyznę żywcem zaszyto w brzuchu martwego konia. Takie wytłumaczenie jest nieco naiwne, bo choć traumy z dzieciństwa wpływają na rozwój osobowości, to jednak nie jest oczywiste, że przemoc kształtuje sadystę. Z pewnością wrodzona twardość została wzmocniona przez środowisko, w którym normy moralne w stosunku do poddanych po prostu nie istniały. Służbę się biło. Można było zakatować nieposłusznego parobka. Nikt się temu nie dziwił ani nie interweniował. Kuzyn Elżbiety, książę Siedmiogrodu, w przypływie gniewu rozkazał stłumić próbę powstania okolicznych chłopów. 54 osobom w ramach kary obcięto uszy i nosy. W taki sposób 13-letnia dziewczynka dowiadywała się, że aby skutecznie rządzić, należy być twardym i odrzucić wszelkie skrupuły.

Z całą pewnością Elżbieta Batory była wybitnie inteligentna. W XVI w. większość arystokratek była niepiśmienna, tymczasem ona nie tylko biegle czytała i pisała, ale również z łatwością nauczyła się języka niemieckiego i łaciny. Jak się później okazało, posiadała też wiele talentów, które ostatecznie przyniosły jej zgubę. Doskonale zarządzała majątkiem i strategicznie prowadziła wojny. Była w tej sztuce bieglejsza niż wielu współczesnych jej mężczyzn. A na dodatek wyróżniała się niezwykłą urodą.

Miłe złego początki

W 1573 r. rodzice Elżbiety zaaranżowali jej małżeństwo z członkiem innej bogatej i wpływowej rodziny – Ferencem Nádasdym, spadkobiercą rodu Drághaffy. Dzięki temu Batorowie skupili w swoich rękach dobra nie tylko w Siedmiogrodzie, ale także znaczny obszar pozostający pod wpływami dynastii Habsburgów. Po ślubie 8 maja 1575 r. para zamieszkała w zamku Sárvár, należącym do rodziny Ferenca.

Historycy zaprzeczają, że Elżbieta przed ślubem wdała się w romans z miejscowym chłopem, czego owocem miało być skrywane przez rodzinę dziecko. Gdyby tak było, musiałaby zajść w ciążę w wieku 11 lat. Poza tym rodzina nie pozwoliłaby na jakiekolwiek zapiski na ten temat. Zachowane źródła mówią coś zupełnie przeciwnego. Zaaranżowane małżeństwo Elżbiety i Ferenca okazało się bardzo udane. Listy i dokumenty ujawniają, że Elżbieta bardzo kochała męża i dzieci. Ferenc jednak więcej czasu spędzał na wojnie z Turkami niż u boku żony. Ta jednak wspierała go w misji obrony kraju.

Podczas nieobecności męża podróżowała, odwiedzając swoich krewnych. Tu pojawia się kolejny punkt naświetlony przez legendę o wampirzycy z Transylwanii. Podobno w tym okresie odwiedzała w Wiedniu swoją ciotkę Klarę, która miała wprowadzić młodą kobietę w świat orgii i dewiacji seksualnych oraz obudzić w niej pociąg do kobiet. Prawdą jest, że krewna prowadziła wystawny tryb życia i z rozmachem organizowała bale. Jednak nie zachowały się żadne zapiski potwierdzające, by imprezy u ciotki Klary miały nietypowy charakter. A bywało na nich jednorazowo nawet tysiąc osób.

Pierwsze dziecko Elżbiety urodziło się dopiero po dziesięciu latach małżeństwa. Trudno się dziwić. Ferenc spędzał życie na wojaczce. W tym czasie w jego imieniu hrabina zarządzała majątkiem, rozstrzygała spory i edukowała młode szlachcianki, które trafiały na jej dwór. Według legendy już wtedy hrabina znęcała się i mordowała młode kobiety, a powierzone jej na wychowanie dziewczęta z dobrych domów znikały bez śladu. Rodzice mieli otrzymywać listy, że ich córki zginęły na polowaniu lub rzuciły się z okna z powodu nieszczęśliwej miłości. Gdyby na zamku dochodziło do jakichkolwiek aktów sadyzmu i tortur lub cokolwiek złego stało się młodym dziewczętom, możne rody szybko przestałyby posyłać córki do hrabiny Batory. Dobrych dworów było wiele, a jednak dziewczęta trafiały do Elżbiety.

Główne zarzuty stawiane krwawej hrabinie dotyczyły służby. Miała mordować dziewczęta z okolicznych wsi, które przychodziły do niej do pracy. W ciągu 35 lat jej ofiarą miało paść nawet 650 kobiet, czyli miesięcznie więcej niż jedna kobieta była katowana, pozbawiana krwi i mordowana. Przeciwnicy tej legendy twierdzą, że w czasach, kiedy epidemie i zarazy dziesiątkowały ludność, brakowało rąk do pracy, więc każdy służący był na wagę złota. Elżbieta była zbyt inteligentna, by pozwolić sobie na takie straty personelu.

Większość źródeł podaje, że małżonkowie doczekali się czwórki dzieci. Prawdopodobnie było ich sześcioro. Po Annie na świat przyszli: Katalin (Katarzyna, ur. 1594), Pál (Paweł, ur. 1597), András (Andrzej, ur. 1598), a także Miklós (Mikołaj) i Orsolya (Urszula), których daty urodzenia nie zachowały się w dokumentach.

Czarne chmury

Według legendy o wampirzycy z Transylwanii małżonkowie początkowo we dwoje pastwili się nad służącymi. To Ferenc miał udzielać Elżbiecie pierwszych lekcji sadyzmu. A ona tę sztukę doprowadziła do perfekcji, aż w końcu 4 stycznia 1604 r. otruła męża, który powrócił z wojny i przeraził się potwora, jakiego sam stworzył. Za oficjalną przyczynę śmierci uznano rany odniesione podczas bitwy kilkanaście dni wcześniej.

Niedawno historycy z Budapesztu odkryli nowe karty tej historii. Otóż okazuje się, że Ferenca kilka tygodni przed śmiercią nacierano rtęcią. Była to kuracja, którą niewielu przeżyło, a miała działać na rany zadane nie tyle przez Turków, ile przez Turczynki, które wzięte do niewoli koiły „smutek rozłąki z żoną”. Mężczyzna nie dożył końca trzymiesięcznej kuracji kiły. W ostatnim liście do męża Elżbieta czule wyrażała niepokój o jego pogarszające się zdrowie. Nie wiadomo, czy była wyrozumiała czy nieświadoma dolegliwości, jakie dręczyły jej małżonka.

Po pogrzebie Ferenca Elżbieta Batory przeprowadziła się na stałe do Čachtic (węg. Csejte), zamku położonego we wschodnich Karpatach na terenie dzisiejszej Słowacji. Był to dar, który otrzymała od męża na początku małżeństwa. Wtedy była to zimna, surowa i nieprzyjazna budowla. Teraz wydała jej się idealna, tym bardziej że postanowiła uczynić z niej swój nowy dom. Twierdzę przebudowano tak, by nadawała się do zamieszkania nawet podczas mroźnych zim. Pojawiło się bogate wyposażenie, a wnętrza zyskały renesansowy styl.

Elżbieta nie zdążyła przeżyć żałoby po mężu, gdy spotkało ją drugie nieszczęście. Zmarł jej ukochany starszy brat Stefan. Nie pozostawił spadkobierców. Oznaczało to, że Elżbieta Batory dołączyła do swojego ogromnego majątku zamek Dévény, strategiczny punkt na granicy z Austrią. Umieszczenie tam oddziałów chroniących twierdzę wywołało groźbę wojny zarówno ze strony Habsburgów, jak i Pozsony, dzisiejszej Bratysławy. Chcąc uniknąć niezręcznej pozycji, hrabina sprzedała Dévény. Z niewiadomych przyczyn nigdy nie otrzymała za niego zapłaty.

Elżbieta sama zarządzała majątkiem. Miała do tego wyjątkowy talent. Była silną i nieustępliwą kobietą. W tym samym roku, gdy zmarł jej brat, jeden ze szlachciców Siedmiogrodu, Jerzy Bánffy, zajął jej posiadłość w pobliżu Lindve. Oto list, jaki wystosowała do niego na wieść o najeździe: „Magnifice Domine Nobis Observandissime. Niech Wam da Bóg wszystkiego dobrego. Muszę Wam napisać, czego dowiedziałam się wczoraj od mojego poddanego Jánosa Csimbera. Powiedział mi, że najechałeś moje włości w Lindve. Nie rozumiem zupełnie, jak mogłeś zrobić taką rzecz? Nie myśl sobie, Jerzy Bánffy, że stanę się kolejną wdową Bánffy! Uwierz mi, że nie będę milczeć. Nie pozwolę komukolwiek dotknąć mojej najświętszej własności. Chcę jedynie, żebyś o tym wiedział. Ex arce nobis Kapu, 3 lutego 1606 r. Elizabeta Comittissa de Báthor. PS. Ja wiem, na Boga dobrego, że to twoja sprawka. Próba okupowania moich włości dowodzi tylko, że jesteś biedakiem, lecz nie myśl sobie, że pozwolę ci na cokolwiek. Uważaj, bo przekonasz się, że w moim ciele kobiety drzemie mężczyzna”.

Elżbieta Batory musiała nie tylko zarządzać ogromnym majątkiem, ale również poruszać się w coraz bardziej skomplikowanej sytuacji politycznej. W 1608 r. księciem Siedmiogrodu został Gabor Batory. Jego apetyt na węgierską koronę bardzo niepokoił Habsburgów. Elżbieta z uwagi na strategiczne położenie Čachtic mogła wesprzeć swojego kuzyna Gabora w sięgnięciu po węgierski tron. Jego pozycja była bardzo mocna po powstaniu, które zmieniło konfigurację sił na Węgrzech. Wsparcie Elżbiety dawało mu wiele możliwości – zarówno najechanie na Węgry poprzez udostępnienie przejścia przez ich wschodnią część, jak i drogę do Polski. Każda z opcji naruszała interesy Habsburgów. Postanowili zatem osłabić pozycję Elżbiety, a najchętniej pozbyć się jej wpływów w Siedmiogrodzie. Nie mogli rozpocząć otwartej wojny, zaplanowali więc intrygę, w której główną rolę odegrał kuzyn hrabiny Węgier György Thurzó.

Człowiek, który zmienił bieg historii

Thurzó został palatynem pod koniec 1609 r., dzięki czemu miał niemal nieograniczone możliwości. Jego udział w trzech spiskach zleconych przez Habsburgów jest niezaprzeczalny. W tym samym czasie uwięziono Zygmunta Batorego w Pradze, zorganizowano zamach na życie Gabora i rozprawiono się z Elżbietą na Węgrzech.

Zaangażowanie Thurzó w obalenie hrabiny Batory miało więcej powodów niż tylko interesy Habsburgów. György mógł upiec kilka pieczeni przy jednym ogniu. Król Węgier Mátyás II miał ogromny dług wobec Elżbiety, zaciągnięty jeszcze u jej męża Ferenca Nádasdyego. Gdyby doszło do skazania pani na Čachticach, Thurzó mógłby nie tylko dysponować jej majątkiem, ale i zyskać wdzięczność króla poprzez zmazanie jego zadłużenia. Wszystkim był zatem na rękę upadek Batorych. Z jakichś powodów umowa króla ze spiskowcem oszczędzała dzieci Elżbiety. Po podziale dóbr miały mieć zapewnione środki do spokojnego i dostatniego życia.

Spisek był misternym dziełem. Thurzó zdobył wszelkie niezbędne informacje, by stworzyć alternatywną historię życia hrabiny Batory. Wykorzystał nastroje, jakie panowały w Čachticach. Węgierska arystokratka na słowackich ziemiach nie budziła sympatii. Do tego luteranka w katolickim otoczeniu traktowana była jak heretyczka. Nie pomagały jej szczodre datki na rzecz miasta i Kościoła.

Nocą 29 grudnia 1610 r. Thurzó wtargnął do zamku, aresztował Elżbietę i jej najbliższych poddanych. Opisywany później makabryczny obraz sal tortur i dogorywających kobiet miał w jakiś sposób umocowanie w faktach. Jednak prawda była zupełnie inna, niż zostało to przedstawione. Wielką pasją Elżbiety Batory było leczenie i uzdrawianie. Opiekowała się nie tylko chorymi szlachcicami, ale również biedotą. Zatrudniała najlepszych medyków i specjalistów. Na przełomie XVI i XVII w. takie praktyki budziły przerażenie. Tym bardziej że wielu ze sposobów leczenia mieszkańcy nigdy wcześniej nie widzieli na oczy. Nie znali też tajników siedmiogrodzkiego zielarstwa, więc łatwo było rzucić oskarżenie o trucicielstwo i uprawianie magii. Czara się przepełniła, gdy Elżbieta sprowadziła z Wiednia chorwacką położną i uzdrowicielkę Annę Darvulię. Jej metody przerażały miejscowych jeszcze bardziej. Darvulia upuszczała krew, przypalała rany, wycinała guzy, czyraki, ropnie i znamiona, usuwała chore tkanki, stawiała bańki. Po takich zabiegach pacjenci wracali do domów z ranami, które łatwo było pomylić ze śladami tortur.

Palatyn Thurzó doskonale widział, jak podsycać strach przed hrabiną. Wykorzystywał wszystkie fakty do udowodnienia, że w zamku mieszka szalona kobieta, która przy pomocy czarownicy bezkarnie znęca się nad ludźmi. Nie miało już znaczenia, że doniesienia o licznych zgonach młodych ludzi pokrywały się z odnotowanymi epidemiami chorób zakaźnych – dżumy i tyfusu. Ich śmierć szybko została wykorzystana przez palatyna i stała się pretekstem do wkroczenia do zamku. Oczywiście do akt nie załączono informacji, że w czasie lokalnej epidemii hrabina przebywała z córką w Wiedniu. Thurzó dopełnił obrazu, rozrzucając martwe ciała w okolicznych lasach, czym zyskał całkowite uzasadnienie aresztowania Elżbiety.

Jak ujawniają zapiski miejscowego lekarza, gdy wojska palatyna zajmowały zamek, Darvulia właśnie leczyła dziewczynę zaatakowaną dzień wcześniej przez dzikie zwierzę. Nie uwzględniono jej zeznań, chociaż pacjentka przeżyła i opowiedziała o wydarzeniach. Gdyby posądziła Darvulię o próbę morderstwa, to oświadczenie z pewnością zostałoby skrupulatnie wykorzystane. Na dziedziniec wyciągnięto czekające na pochówek ciała znalezione w piwnicy. Byli to pacjenci, którzy nie przeżyli zabiegów. Mieszkańcy wioski mogli obejrzeć, ale tylko z daleka, ciała swoich bliskich i zgodnie stwierdzili, że ich rany wyglądają jak ślady tortur. Chociaż w śledztwie żaden z nich nie stwierdził, że był kiedykolwiek świadkiem przemocy zadawanej przez hrabinę lub jej służbę. Wszyscy oświadczyli, że tylko słyszeli takie pogłoski.

Elżbieta nie przyznała się do zarzutów, ale nie pozwolono jej też zeznawać. To budzi wiele wątpliwości, ponieważ proces z udziałem osoby szlachetnie urodzonej powinien być przeprowadzony z należytą rzetelnością. Jej zeznania mogłyby wzbudzić wątpliwości, a brak bezpośrednich dowodów na jej zbrodnie zniweczyłby plan nie tylko kuzyna Thurzó, ale i króla Mátyása II, który liczył na wymazanie długu wobec Elżbiety Batory.

Hrabinie nigdy oficjalnie nie zarzucono czarów i rzucania uroków. W akcie oskarżenia nie ma ani słowa o kąpielach w ludzkiej krwi, magii i współpracy z czarownicą. Osoby zainteresowane majątkiem Batory trzymały Kościół jak najdalej od tej sprawy. W razie oskarżenia o czary bogactwa zostałyby skonfiskowane, a tego nie życzył sobie ani Thurzó, ani król Węgier. Elżbiecie postawiono jedynie zarzuty kryminalne o morderstwa i znęcanie się nad szlachciankami. Służące Dorotea Szentes (Dora) i Ilona Jo oraz karzeł Fritzko przyznali się do wszystkich zarzucanych im czynów dopiero udręczeni torturami. Wyrok śmierci był dla nich wybawieniem.

Wersję śmierci Elżbiety również należy zweryfikować. Thurzó zarządził wobec niej areszt domowy pod nadzorem strażników, jednak hrabina mogła poruszać się po swoim domu całkiem swobodnie. Otrzymywała wszystkie potrzebne rzeczy, których sobie zażyczyła, a także mogła przyjmować gości. Odwiedzał ją jednak tylko syn i spowiednik. Cały czas czekała na proces. Mijały miesiące i lata, a palatyn – mimo zapewnienia króla o niezbitych dowodach – wciąż nie decydował się na rozpoczęcie procesu hrabiny. Prawdopodobnie zdawał sobie sprawę, że nie ma wystarczających i mocnych dowodów jej winy. Wiedział, że w razie rozpoczęcia procesu Elżbieta łatwo się obroni i jego plany przejęcia majątku Batorych legną w gruzach. Już sam fakt uwięzienia szlachcianki bez wyroku sądu był przestępstwem, za które Thurzó z całą pewnością by odpowiedział. Dlatego starał się wyciszać sprawę i odosobnienie hrabiny było mu bardzo na rękę.

Elżbieta obawiała się jednak procesu. Zabezpieczyła się na ewentualny wyrok skazujący, tuż przed śmiercią, spisując testament. Podzieliła majątek na trzy części i przekazała swoim dzieciom. W ten sposób sama pozbawiła się wszelkich środków do życia, a tym samym ani kuzyn, ani król nie mogli liczyć na to, czego się po tej intrydze spodziewali. Istnieją dokumenty, które świadczą o tym, że król Maciej II zaczął tracić cierpliwość i naciskał na jak najszybsze rozpoczęcie procesu. Thurzó wytrwale lawirował. Czy zatem znalazł rozwiązanie i doprowadził do śmierci hrabiny? Tego nie wiadomo.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL