fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

USA: Kanibal z fabryki czekolady

≥Kanibal z Milwaukee głowy swoich ofiar przechowywał w lodówce, a po jednej z nich zostawił sobie makabryczną „pamiątkę” – czaszkę
afp
Nekrofil, pedofil, sadysta i alkoholik. Jeffrey Dahmer, nazywany kanibalem z fabryki czekolady, twierdził, że mordował, by nie czuć się samotnym. W pewien sposób różnił się od innych seryjnych morderców – nie lubił zabijać.

W upalną lipcową noc 1991 r. dwóch policjantów patrolowało jedną z uboższych dzielnic Milwaukee. Okolice Marquette University znane były z przestępczości i nocnych burd. Widok słaniającego się czarnoskórego mężczyzny zakutego w kajdanki nie wydał się im niczym zaskakującym. Policjanci postanowili sprawdzić, czy podejrzany mężczyzna nie jest narkomanem zatrzymanym wcześniej przez inny patrol. Okazało się, że człowiek ten jest bardziej przerażony niż odurzony. Przedstawił się jako Tracy Edwards i opowiedział, że napastował go jakiś blondyn. Najpierw zaprosił na drinka i wszystko wyglądało na dobrze rokującą randkę. Jednak po pewnym czasie poczuł dziwną senność, choć twierdził, że wcale nie wypił za dużo. Zaczął tracić świadomość. Gdy poczuł, że został zakuty w kajdanki, natychmiast otrzeźwiał. Blondyn zachowywał się coraz dziwniej. Groził mu nożem i powtarzał: „Wydrę ci serce i zjem je”. Tego było już za wiele. Tracy wyrwał się i uciekł.

Początkowo policjanci myśleli, że to tylko kłótnia homoseksualistów. Podobne zdarzenia były w tej okolicy na porządku dziennym. Postanowili jednak sprawdzić, kim jest ten „niesamowity gość”. Zabrali Edwardsa pod wskazany adres. Otworzył im spokojny biały mężczyzna o jasnych włosach i sympatycznym uśmiechu. Był wysoki, przystojny i czarujący. Jego opowieść wydawała się spójna i rzeczowa. Twierdził, że Tracy mu się spodobał i przyjął zaproszenie na drinka. Być może za dużo wypił i był zdenerwowany, ponieważ właśnie został zwolniony z pracy w fabryce czekolady. Ten fakt udało się później potwierdzić. Mówił, że nie jest z natury agresywny i bardzo żałuje tego, co się stało. Blondyn oświadczył, że rozkuje niedoszłego kochanka, ale musi iść po klucze do sypialni. Jeden z policjantów postanowił pójść za nim. I tam doznał szoku. Na ścianach ujrzał ogromną liczbę zdjęć wykonanych polaroidem. Przedstawiały zwłoki w różnym stopniu okaleczenia oraz ludzkie głowy ustawione na półkach w lodówce – takiej samej, jaka stała w rogu pokoju. Policjant otworzył ją i zobaczył trzy patrzące na niego twarze. „W tej lodówce jest pieprzona głowa!” – wrzasnął. Wtedy wybuchła szamotanina. Blondyn rzucił się do ucieczki, w czym próbował mu przeszkodzić drugi funkcjonariusz. Edwards zasłabł, ponieważ uświadomił sobie, że pogróżki nie były jedynie metaforą. Po chwili obaj funkcjonariusze obezwładnili Jeffreya Dahmera. Wtedy jeszcze nie zdawali sobie sprawy, kogo naprawdę ujęli.

Pierwszą osobą, która poza policją miała okazję obejrzeć mieszkanie mordercy, była reporterka Anne E. Swartz. Opisała to w książce „The Man Who Could Kill Enough”: „W głębi szafy stał metalowy kociołek zawierający rozkładające się dłonie i penisy. Na półce pod kuchenką leżały dwie czaszki. W szafie były także pojemniki z alkoholem etylowym, chloroformem i formaldehydem oraz kilka szklanych słojów, w których znajdowały się męskie genitalia zakonserwowane w formalinie. Były także zrobione polaroidem fotografie ofiar w różnych stadiach agonii. Jedna przedstawiała leżącą w umywalce głowę mężczyzny. Na innej ofiara była rozcięta od szyi aż po pachwiny, jak jeleń patroszony po zabiciu; cięcia były tak czyste, że mogłam wyraźnie dostrzec kości miednicy”.

Przeszukując mieszkanie „blondyna”, policja natykała się co chwilę na makabryczne odkrycia. Trzy ludzkie głowy i mięso przygotowane do spożycia spoczywały w zamrażarce, a odór rozkładu wydawał się wszechobecny. Dlaczego nikt w sąsiedztwie wcześniej nie czuł tych zapachów? Dahmer znalazł sobie idealne strategicznie lokum w dzielnicy, która wręcz oddychała zgnilizną. Na ulicach zalegały odpadki, co w upalne dni doskonale maskowało makabryczne „pamiątki” kanibala.

Korzenie zła

Jeffrey urodził się 21 maja 1960 r. w Milwaukee w stanie Wisconsin. Był zwykłym, radosnym dzieckiem, kochającym swojego psa o imieniu Frysky. Matka była nieco znerwicowana, a ojciec Lionel Dahmer, zajęty karierą naukową, nie poświęcał dzieciom zbyt wiele czasu. To była typowa rodzina z kilkoma trupami w szafie. Wbrew powszechnemu przekonaniu dzieciństwo psychopatycznych morderców nie musi być dramatyczne. Często wychowują się w podobnych warunkach jak inne dzieci. Dość wcześnie można u nich zaobserwować nietypowe zainteresowanie śmiercią i sadystyczne skłonności. Najczęściej od dzieciństwa są samotnikami, odrzucanymi instynktownie przez szkolną społeczność. Jeff na początku wydawał się normalny. Aż do okresu dojrzewania. Miał przyjaciela, nie dręczył zwierząt, był umiarkowanie towarzyski. Gdy odkrył swoje upodobania, zaczął zamykać się w sobie i stał się nieśmiały.

Nie wiadomo, kiedy pogodny i czuły chłopiec przeistoczył się w potwora. Ojciec pisał później w swojej książce „Father’s Story”, że Jeff w wieku sześciu lat przeszedł operację przepukliny. Po tym wydarzeniu diametralnie się zmienił. Stał się skryty, nieprzystępny, zaczął bronić swoich sekretów. Rodzice na próżno próbowali zdobyć jego zaufanie. Efekt tych zabiegów był odwrotny do zamierzonego – wszelkie próby dotarcia do chłopca kończyły się jeszcze większą izolacją. Gdy urodził się jego brat Dave, cała rodzina przeprowadziła się do Bath w Ohio. Tam proces zmian charakteru Jeffreya zachodził coraz szybciej. Wycofanie się pogłębiło. Stał się permanentnie napięty, małomówny, robił wrażenie nieobecnego. Przestał angażować się w życie społeczne. Szkolni koledzy odbierali go jako typowego samotnika, ale bez agresywnych skłonności. Nigdy się nie kłócił. Miał za to wyraźną skłonność do alkoholu.

Lionel Dahmer pisał, że dziwne upodobanie u syna zaobserwował jeszcze przed operacją. Gdy chłopiec miał cztery lata, ojciec podczas wymiatania śmieci spod werandy znalazł kości małego zwierzęcia, prawdopodobnie ptaka. Już wtedy zaniepokoiła go fascynacja Jeffreya tym znaleziskiem. Zachwycony malec grzechotał kośćmi, zanurzał w nich palce i chciał się nimi bawić. Wtedy był to jednak pojedynczy przypadek. Po operacji ta fascynacja przybrała na sile. Interesowała go śmierć. Chodził ulicami i szukał przejechanych zwierząt. Zabierał je i godzinami obserwował rozkładające się zwłoki. W swojej dziecięcej kryjówce przechowywał czaszkę psa. Podobno wcześniej nabił głowę martwego zwierzęcia na kij. Ojciec chemik pokazał mu, jak preparować owady i konserwować w formalinie małe zwierzęta. Te umiejętności Jeffrey wykorzystał później do przechowywania fragmentów ludzkich ciał.

Po aresztowaniu opowiadał detektywowi Patrickowi Kennedy’emu, kiedy pojawiły się w jego głowie pierwsze myśli o zabiciu człowieka. Już w okresie dojrzewania zaczął o tym fantazjować. Jego wyobrażenia dotyczyły jedynie mężczyzn. W zasadzie nie chodziło mu o zabijanie. Marzył o uprawianiu seksu ze zwłokami.

Gdy Jeffrey zaczynał myśleć o zabójstwie, państwo Dahmer przeżywali burzliwy rozwód. Nie mieli czasu dla dorosłego już Jeffreya. Ich walka toczyła się o prawa do opieki nad młodszym synem. Starszy zaczął mieszkać sam. Rozwód rodziców bardzo go rozstroił. Prawdopodobnie impulsem do pierwszego zabójstwa była silna frustracja podgrzana problemami rodzinnymi. Pewnego dnia zabrał autostopowicza, który na swoje nieszczęście okazał się gejem. Jeffrey zauroczył nieznajomego. Stephen Hicks zgodził się pojechać do jego domu. Tam pili alkohol i uprawiali seks. Gdy tylko mężczyzna wspomniał, że chce już wyjść, Dahmer uderzył go sztangą w głowę, po czym poćwiartował ciało, zapakował je w worki i zakopał na tyłach domu. Po latach podczas śledztwa zeznał, że zrobił to, bo nie chciał zostać sam.

Przez kolejne dziewięć lat udawało mu się panować nad pragnieniem obcowania z martwym mężczyzną. Jednak tylko nad tym. Z alkoholem było już gorzej. Pierwszą osobą, która poważnie podeszła do jego nałogu, była druga żona Lionela Dahmera, Shari. To ona namówiła Jeffreya do kontynuowania nauki. Dlatego po ukończeniu szkoły dostał się na uniwersytet w Ohio. Już po pierwszym semestrze i oblanych egzaminach został wyrzucony ze studiów za powtarzające się pijackie ekscesy. Prawdopodobnie już wtedy był alkoholikiem. Ojciec znalazł rozwiązanie, które miało pomóc synowi „wyjść na ludzi”. Namówił Jeffreya, by ten zaciągnął się do wojska. Dahmer wytrzymał tam tylko dwa lata. W 1980 r. został wyrzucony z powodu problemów z alkoholem. Po powrocie do domu zrealizował plan, o którym myślał w czasie pobytu w jednostce w Niemczech. Wykopał zwłoki Hicksa, zmiażdżył młotem i rozrzucił szczątki w lesie.

Miotało nim. Pijaństwo i rozróby w końcu doprowadziły do jego aresztowania w 1981 r. Wtedy ojciec zaczął przypuszczać, że z synem jest znacznie gorzej, niż mu się wydawało. Postanowił, że ten nie może pozostawać bez kontroli. Dlatego namówił go, by zamieszkał z babką w Allis West. To poskutkowało na pięć lat, ale tylko częściowo. Pojawiły się pierwsze problemy z policją. Na początku chodziło o jego pijaństwo i hałaśliwość, potem zarzuty stawały się poważniejsze: kradzieże, ekshibicjonizm, masturbacja w miejscach publicznych. W 1986 r. został skazany na rok w zawieszeniu za onanizowanie się na oczach młodych chłopców. Ten epizod rozpoczął ciąg wydarzeń, które przerodziły się w makabrę.

Rozgrzewka

W barze dla gejów Dahmer oczarował swoją drugą ofiarę. Steven Tuomi okazał się gotowy na przygodę. Upili się i wylądowali w hotelu. Jeffrey po latach opowiadał, że był tak pijany, że nie pamięta, co się stało. Gdy się obudził, obok niego leżał martwy kochanek. Pobiegł do domu i przyniósł walizę, do której zapakował ciało Stevena. Postanowił schować je u babki w piwnicy. Tam ponownie odkrył, że nekrofilia przynosi mu najwięcej przyjemności. Gdy się zaspokoił, poćwiartował zwłoki i wyrzucił na śmietnik. Wtedy świadomie postanowił zabijać.

Zaczął krążyć po barach dla gejów i szukać kolejnej ofiary. Okazał się nią czternastoletni Jamie Doxtator. Jeffrey zwabił go do mieszkania, proponując pieniądze za pozowanie do zdjęć. Tam zabił chłopca i zaniósł do piwnicy, by masturbować się nad zwłokami. Dalszy los Jamiego był podobny jak jego poprzednika. To samo spotkało też Meksykanina Richarda Guerrero. Styl polowania stał się rytuałem. Dahmer podrywał mężczyzn, zwabiał ich do domu pod pretekstem pozowania do zdjęć, seksu lub zwykłej imprezy. Do alkoholu dodawał środki odurzające. Gdy ofiara stawała się bezbronna, z łatwością mógł ją zabić i przejść do punku kulminacyjnego, czyli stosunków ze zwłokami i masturbacji. Ćwiartował ciała i wyrzucał. Później coraz częściej zabierał coś „na pamiątkę”.

Babka zaczęła narzekać na hałasy. Była przekonana, że to tylko pijackie wybryki. Nie miała pojęcia, co naprawdę działo się w jej domu. Jeffrey postanowił się wyprowadzić. Już drugiego dnia w swoim nowym mieszkaniu zwabił do siebie trzynastoletniego chłopca z Laosu. Nazywał się Sinthasomphone. Z jakiegoś powodu nie próbował go zabić, jedynie odurzył i molestował. Gdy chłopiec wrócił do domu, rodzice, widząc dziwne zachowanie syna, zawieźli go do szpitala. We krwi dziecka znaleziono jeszcze sporo narkotyku, więc sprawą zajęła się policja. Dahmer trafił do aresztu pod zarzutem seksualnego wykorzystywania nieletniego.

To go nie zatrzymało ani na chwilę. Oczekując na proces, dokonał kolejnego morderstwa, tym razem na 24-letnim czarnoskórym Anthonym Searsie. O ile scenariusz zbrodni był podobny do poprzednich, o tyle „pamiątka”, jaką zostawił sobie Dahmer, była upiorna. Zachował czaszkę ofiary. Oczyścił ją i pomalował białą farbą. Wyglądała jak eksponat do nauki anatomii. Jeffreyowi służyła jednak za obiekt do masturbacji.

W procesie o molestowanie Laotańczyka prokurator żądał kary pięciu lat pozbawienia wolności. Dahmer na wniosek obrońcy został przebadany psychiatrycznie. Zarówno on, jak i jego adwokat oraz biegli przekonali sędziego, że oskarżony wymaga leczenia, a nie izolacji. Na sali sądowej Jeffrey z wdziękiem charakterystycznym dla psychopatów wygłosił mowę, która uchroniła go przed więzieniem. Za wszystko winił alkohol, a jego skrucha zrobiła na przysięgłych ogromne wrażenie. Nawet sędzia był wzruszony. „To, co zrobiłem, było bardzo poważnym czynem. Nigdy przedtem nie byłem w takiej sytuacji, tak okropnej sytuacji. Jest to koszmar, który się spełnił. (…) Jedynym, co mam teraz w głowie i co daje mi pewien rodzaj dumy, jest moja praca. O mały włos mógłbym ją stracić z powodu mojego zachowania, za które biorę pełną odpowiedzialność. Wszystko, co mogę zrobić, to błagać was, proszę, darujcie mi moją pracę. Proszę, dajcie mi szansę, bym mógł pokazać wam, że mogę zarabiać na życie uczciwością i ciężką pracą i nie wplątać się więcej w taką sytuację jak ta. To uwiedzenie dziecka było szczytem idiotyzmu… Chcę pomóc. Naprawdę chcę zmienić moje życie”.

W 1989 r. Dahmer otrzymał wyrok w zawieszeniu, został wciągnięty na listę przestępców seksualnych i miał przebywać przez rok w domu poprawczym, z którego mógł wychodzić jedynie do pracy. Po dziesięciu miesiącach był wolny i wrócił do babki. Jego ojciec próbował przekonać sąd, by nie wypuszczano syna przedwcześnie. Apelował o udzielenie mu pomocy psychiatrycznej. Gdyby przychylono się wówczas do tej prośby, być może kolejne ofiary Jeffreya pozostałyby przy życiu.

Pociąg zwany szaleństwem

W maju 1990 r. Dahmer wrócił do swojego mieszkania przy North Street i poszedł na całego. Przez niecałe półtora roku jego ofiarą padło 12 mężczyzn i chłopców. Początek zawsze był podobny. Uwodził ich lub kusił łatwym zarobkiem za pozowanie do zdjęć, odurzał środkami nasennymi i zabijał, dusząc paskiem lub rękami. Dahmer był nietypowym seryjnym mordercą. Nie podniecało go zabijanie. Interesowali go martwi mężczyźni. Twierdził później, że robił to, bo nie chciał zostać sam. Nie mógł znieść porzucenia. Nie wiemy, czy była to prawda, czy kolejne kłamstwo i próba manipulacji. Z pewnością śmierć ofiary była środkiem do tego, co chciał z nią robić później. Jeśli zaczął zadawać ból, to po to, by stworzyć idealnie posłusznego kochanka, który go nie opuści i zrobi wszystko, czego Jeffrey sobie życzy. Dlatego zaczął wiercić dziury w czaszkach nieprzytomnych mężczyzn. Wstrzykiwał tam kwas solny lub wodę. Liczył, że w ten sposób zniszczy ich wolę i dłużej będzie mógł „korzystać” ze swoich ofiar. Te, jeśli miały szczęście, nie przeżywały lobotomii. Istnieje przypuszczenie, że niektórzy mogli pozostawać przy życiu jeszcze przez kilka dni.

Później działo się to, o co Dahmerowi naprawdę chodziło. Rozcinał zwłoki i ekscytował się wnętrznościami. Spełniał się wtedy seksualnie na wiele rożnych sposobów. Robił też zdjęcia na wszystkich etapach masakrowania zwłok. Na końcu ćwiartował je i wyrzucał lub rozpuszczał w beczkach z kwasem. Zostawiał sobie „pamiątki” – głowy, penisy, skórę zdartą z twarzy. Preparował je – wypychał lub zanurzał w formalinie i innych substancjach, tak jak uczył go ojciec. Z czasem zaczął też zjadać swoje ofiary. Był kreatywny – testował różne przyprawy i sposoby przyrządzania. Poszukiwał najlepszego smaku. Jego lodówka przypominała bramy piekieł.

Dr James Fox z Uniwersytetu Columbia, specjalista badający seryjne morderstwa, tak opisał przypadek Jeffreya Dahmera: „Pasował do stereotypu kogoś, kto jest poza rzeczywistą kontrolą i jest kontrolowany przez swoje fantazje. Różnica polega na tym, że większość seryjnych morderców zatrzymuje się, gdy ofiara umiera. Wszystko do tego prowadzi. Wiążą je, lubią słuchać, jak krzyczą i błagają o życie. To sprawia, że zabójca czuje się wielki, lepszy, potężny, dominujący. (...) W przypadku Jeffreya wszystko odbywało się post mortem – cała »zabawa« zaczynała się, gdy ofiary umierały. (...) Prowadził życie bogatych fantazji, które koncentrowały się na całkowitym posiadaniu kontroli nad ludźmi. (...) To życie, te fantazje mieszały się z nienawiścią, być może do samego siebie, projektowaną na jego ofiary. Jeżeli on sam czuł się źle z powodu własnej orientacji seksualnej, to łatwo można dostrzec projektowanie tego na ofiary i karanie ich, żeby pośrednio ukarać siebie”.

Może się wydawać, że tylko człowiek chory umysłowo jest w stanie popełnić takie czyny. Czy zatem można przypuszczać, że ogarnięty gorączką pożądania człowiek potrafi odróżnić dobro od zła? Czy jest poczytalny? Okazuje się, że tak. Psychopatia w ujęciu psychologicznym nie jest chorobą psychiczną. W dużym uproszczeniu to zwykle wrodzony całkowity lub częściowy brak sumienia i empatii emocjonalnej (w przeciwieństwie do empatii poznawczej, która odpowiada za zdolność do manipulowania innymi). Jeśli do tego dojdą nietypowe preferencje seksualne i duża potrzeba kontroli, powstaje mieszanka wybuchowa i przepis na mordercę. To jeszcze nie wszystko. Musi zadziałać jakiś wyzwalacz lub czynnik wywołujący rozhamowanie. U niektórych jest to traumatyczne wydarzenie w dzieciństwie, u innych, jak w wypadku Dahmera, alkohol, który ograniczał jego możliwości samokontroli.

O tym, że Jeffrey był świadomy, iż wyrządza zło, świadczą jego zainteresowania okultyzmem. Zamierzał wznieść świątynię z ludzkich czaszek oraz posąg gryfa – wszystko to na cześć ciemnej strony mocy. Oznacza to, że rozumiał, po której stronie się opowiedział. Wiedział, co jest dobre, a co złe. Nie chciał się powstrzymać od zabijania, więc wybór stał się jasny. Po aresztowaniu opowiadał: „Muszę się zastanowić, czy istnieje, czy też nie istnieje na tym świecie jakaś zła siła i czy byłem pod jej wpływem czy też nie. Chociaż nie jestem pewien, czy istnieje Bóg albo diabeł. Dotąd sporo o nich myślałem”.

Przed stacją końcową

Gdyby interwencję policyjną poprowadziły dwie czarnoskóre nastolatki Nicole Childress i Sandra Smith, prawdopodobnie morderca zostałby ujęty wcześniej. To one prawidłowo rozpoznały sytuację i zadzwoniły na policję. Opowiedziały, że po ulicy biega śmiertelnie przerażony nagi Azjata. Z jego bełkotu wywnioskowały, że boi się wysokiego białego mężczyzny, który podąża za nim i próbuje go nakłonić do powrotu. Policjanci okazali się bardziej podatni na manipulację Dahmera i gorzej wyposażeni w intuicję niż dziewczęta. Jeffrey przekonał ich, że jest to jego 19-letni kochanek, z którym się właśnie pokłócił. Funkcjonariusze pomogli mordercy zaprowadzić przerażoną ofiarę do jego domu i uznali sprawę za zamkniętą. Po chwili Konerak Sinthasomphone już nie żył. Dahmer udusił go i postąpił ze zwłokami tak, jak lubił najbardziej. Chłopiec był Laotańczykiem, bratem ofiary molestowania sprzed lat, i miał jedynie 14 lat.

Dziewczęta nie dawały za wygraną. Opowiedziały wszystko matce Sandry, Glendzie Cleveland, która mieszkała niedaleko lokum mordercy. Na drugi dzień kobieta zadzwoniła na posterunek, by dowiedzieć się, na jakim etapie jest sprawa. Policjant kontynuował wcześniej przyjętą strategię. Odpowiedział, że mężczyzna był dorosłym homoseksualistą, który w tej chwili „jest ze swoim chłopakiem w mieszkaniu”. Kilka dni później Glenda przeczytała w gazecie o zaginięciu Kornaka i ponownie zadzwoniła na policję. Niestety, zignorowano jej informacje. Próbowała nawet skontaktować się z FBI w Milwaukee, ale bez skutku.

Dahmer stracił czujność. Kolejny kochanek, Tracy Edwards, również wymknął mu się z rąk. I ta ucieczka okazała się przystankiem końcowym szaleństwa Jeffreya Dahmera. Podczas procesu jego obrońca dążył do orzeczenia niepoczytalności. Chciał udowodnić, że jego klient jest ofiarą choroby psychicznej. Rozrysował na tablicy wszystkie przejawy obłędu otaczające postać Dahmera. Wskazując na niego, podsumował: „To jest Jeffrey Dahmer, pędzący pociąg na torach szaleństwa”. Oskarżyciel skomentował tę wypowiedź: „On nie był pociągiem, on był maszynistą”

Za zabicie 17 mężczyzn i sprofanowanie ich zwłok „maszynista” pociągu szaleństwa został skazany na 15-krotne dożywocie, a dokładnie na 957 lat więzienia. Osadzono go w Portage w stanie Wisconsin. Przebywał w izolacji. Dzięki dobremu zachowaniu ten rygor został z czasem rozluźniony. Mógł pracować i jadać z innymi. Nie trwało to długo.

28 listopada 1994 r. Dahmer sprzątał cele razem z dwoma innymi więźniami – osadzonym za zabójstwo żony Jessem Andersonem oraz Christopherem Scarverem, czarnoskórym mordercą i schizofrenikiem z poczuciem misji. Ten ostatni postrzegał Dahmera i Andersona jako wcielone zło. Dlatego gdy tylko strażnik oddalił się na chwilę, zatłukł ich na śmierć kijem od miotły. Kanibal z fabryki czekolady nie dojechał do szpitala.

Wanda Krawczuk tak wspomina finał tej sprawy: „Mieszkałam w USA, gdy ujęto Dahmera. To była bardzo głośna historia. Całe Stany nią żyły. Każdy śledził proces kanibala. Gdy się później okazało, że w więzieniu zginął z ręki czarnoskórego, ludzie uznali, że dopiero wtedy dopadła go sprawiedliwość. Wszyscy się cieszyli, zapanowała radość”.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA