Rząd PiS

Sondaż dla "Rzeczpospolitej": PiS nie zyskałby dziś samodzielnej większości w Sejmie

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Partia Kaczyńskiego znów wygrałaby wybory, ale chcąc tworzyć rząd, musiałaby się podzielić władzą.

Zgodnie z wynikami najnowszego sondażu IBRIS dla „Rzeczpospolitej" PiS straciło w ciągu roku ok. 7 pkt proc. poparcia. Strata jest niewielka jak na temperaturę politycznych sporów, które toczyły się w Polsce przez ten rok.

Kliknij w grafikę, aby ją powiększyć:

Z Kukiz'15 i PSL?

– 30 proc. to jedne z niższych notowań PiS od powstania rządu – mówi prezes IBRiS Marcin Duma. – Wcześniej dwa razy partia rządząca miała podobnie słabe notowania: w czasie grudniowej kumulacji sporu o Trybunał, a potem wiosną. Jest mniej więcej na granicy swego żelaznego elektoratu, który od 2005 r. nigdy nie spadł poniżej 27 proc.

Duma podkreśla, że „dużo by się musiało stać", by to żelazne poparcie PiS utraciło. – Może powstanie wiarygodnej alternatywy po prawej stronie? Ale to polityczne science fiction – dodaje prezes IBRiS.

Co wyniki sondażu oznaczają dla aktualnej politycznej sceny? Okazuje się, że zagrożeniem dla bezpiecznej większości parlamentarnej PiS wciąż może być nawet niewielka zmiana preferencji wyborczych. Przed rokiem wystarczyłoby przecież, że SLD wystartowałby nie w koalicji, lecz samodzielnie (z 7,55 proc. głosów Zjednoczona Lewica nie przekroczyła wtedy progu wyborczego dla koalicji), a PiS nie miałoby większości w Sejmie.

– Przy takim układzie wyników jak w sondażu to PiS wciąż wygrywa wybory i ma inicjatywę polityczną, ale nie ma samodzielnej większości – komentuje prof. Norbert Maliszewski, specjalista od marketingu politycznego z UKSW. – Może się więc porozumieć z Kukiz'15 i wtedy dysponuje nieznaczną większością, albo dobrać jeszcze PSL i mieć pełne bezpieczeństwo. Ale znając słabe koalicyjne zdolności PiS, taki wynik to dla nich problem.

Zdaniem Maliszewskiego w koalicji trudno byłoby PiS realizować swoje ideologiczne koncepcje i projekty, bo inne partie ich nie popierają.

SLD tylko samodzielnie

Po drugiej stronie politycznej sceny, jak wynika z symulacji podziału mandatów przygotowanej przez dr. Tomasza Jurkiewicza z Uniwersytetu Gdańskiego, koalicję musiałaby utworzyć zróżnicowana grupa partii – PO, Nowoczesna, SLD i PSL – a i tak miałaby ona minimalnie mniej niż połowę mandatów. Niewielka zmiana wyniku wyborów mogłaby jednak oznaczać, że ludowcy staliby się języczkiem u wagi w obu układankach.

By koalicja „przeciw PiS" przejęła władzę, o wyborczym konkurowaniu ze sobą musiałyby też zapomnieć PO i Nowoczesna. – Potencjał elektoratu liberalnego jest większy – uważa prof. Maliszewski – ale obie partie walczą przecież o fotel lidera opozycji. Widać to np. w Warszawie, gdzie z żadnej strony nie padło ani jedno słowo o wspólnym kandydacie na prezydenta stolicy.

A co z SLD? – Gdyby Sojusz wystartował teraz pod własnym szyldem, do którego wyborcy mają jeszcze sentyment, PiS utraciłoby samodzielną władzę – mówi prof. Maliszewski. – Zresztą możliwości, że obóz SLD mógłby się poszerzyć o młode ugrupowania, takie jak Razem, raczej nie ma.

PiS bezdyskusyjnie wygrało wybory w 2015 r. dzięki przyciągnięciu centrowego elektoratu, zawiedzionego rządami PO. Dziś, w rok po sformowaniu przez siebie rządu dysponującego komfortową większością parlamentarną, partia Jarosława Kaczyńskiego wycofała się do swoich żelaznych szańców, co zresztą nie odbiera jej pozycji lidera. Na razie nie wygląda jednak na to, by PiS chciało o tamte centrowe głosy ponownie walczyć.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL