fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rozmowy czwartkowe

Julian E. Zelizer o wyborach w USA: Bunt klasy średniej

AFP
Takich wyborów w historii USA jeszcze nie było. Nigdy tak blisko Białego Domu nie znalazł się ktoś równie nieprzewidywalny jak Donald Trump – mówi Jędrzejowi Bieleckiemu Julian E. Zelizer, profesor historii uniwersytetu Princeton.

"Rzeczpospolita": Kto będzie następnym prezydentem Stanów Zjednoczonych?

Julian E. Zelizer, profesor historii uniwersytetu Princeton: Chyba jednak Hillary Clinton. Ostatnie dni kampanii są dla niej bardzo trudne. Dokumenty ujawnione przez WikiLeaks pokazały mechanizm finansowania fundacji Clintonów w zamian za korzystne decyzje polityczne, gdy Hillary była sekretarzem stanu. Jednocześnie FBI wznowiła śledztwo w sprawie użycia przez nią w tym czasie prywatnego serwera do korespondencji służbowej. To powoduje, że jej przewaga w sondażach szybko topnieje. Zresztą moim zdaniem wyniki sondaży i tak są niedoszacowane, bo część wyborców wstydzi się przyznać do poparcia dla Trumpa. Mimo wszystko Clinton wygra ze względu na specyfikę amerykańskiego systemu wyborczego. Jej przewaga w podziale głosów elektorskich jest tak ogromna, że Trumpowi bardzo trudno będzie na ostatniej prostej to zmienić. Musiałby zdobyć właściwie wszystkie stany, w których rozgrywka jest wyrównana.

Z czego wynika ten niekorzystny dla republikanów podział głosów elektorskich?

Około 20 stanów już od ćwierć wieku głosuje w wyborach prezydenckich na demokratów – w tym tak kluczowe, jak Kalifornia i Nowy Jork. Ale przewaga nad republikanami została bardzo wzmocniona dzięki spuściźnie Baracka Obamy. W czasie jego kadencji wiele stanów republikańskich przeszło na stronę demokratów. Dziś kandydat występujący w barwach demokratów ma więc na starcie ogromną przewagę.

Trump od początku był skazany na porażkę?

To są wybory, jakich w amerykańskiej historii jeszcze nie było – przede wszystkim ze względu na osobowość kandydata jednej z dwóch głównych partii politycznych. Nigdy tak blisko Białego Domu nie znalazł się ktoś równie impulsywny, nieprzewidywalny i brutalny jak Trump. Kandydatura republikanów od początku była więc bardzo niepewna. Trump mógł to wrażenie zmienić, ale mu się nie udało.

O wszystkim zdecydowały trzy debaty telewizyjne?

Już w sierpniu od Trumpa odsunęli się czołowi republikanie: John McCain, Condoleezza Rice, Paul Ryan. Wtedy u wyborców pojawiły się pierwsze poważne wątpliwości, czy człowiek z taką osobowością może zostać prezydentem. Ale rozstrzygające były rzeczywiście debaty telewizyjne. Trump wygrał prawybory, przyciągając uwagę mediów ciągłymi prowokacjami. Wywoływał entuzjazm słuchaczy brutalnymi atakami na przeciwników. Ludzie, którzy przychodzili na wiece, byli mu z góry przychylni, odrzucali establishment. Jednak w starciu z Clinton powinien był pokazać inną twarz. Zwracał się przecież do znacznie szerszej publiczności niż jego zwolennicy. Wielu Amerykanom może by nawet nie przeszkadzało, że w Białym Domu znalazł się klaun – tak powszechna jest niechęć do waszyngtońskich elit. Jest jednak jedno ale: użycie broni atomowej. Clinton znakomicie przemawia, potrafiła więc tak wyprowadzić debatę i tak sprowokować Trumpa, że ten stracił panowanie jak na wiecach, zaczął używać języka z rynsztoka, obrażać oponentkę. Wtedy bardzo wielu wyborców doszło do wniosku, że taki człowiek nie może decydować o wypowiedzeniu wojny. Trumpa dobiły również taśmy, w których bardzo brutalnie wypowiadał się o kobietach. Bronił się, że to była prywatna rozmowa, ale to jeszcze pogorszyło sprawę. Ludzie uznali, że skoro nie mówił tego przed kamerami, lecz na spotkaniu ze znajomymi, były to jego autentyczne poglądy, to był prawdziwy Trump.

Mimo wszystko Trump, nawet jeśli przegra, znalazł się bardzo blisko prezydentury. Czym to tłumaczyć?

Widzę trzy główne powody. Najważniejszym jest niepewność, z jaką w naszych czasach musi żyć klasa średnia. Obama pozostawia Amerykę w znacznie lepszej kondycji gospodarczej niż była ona w 2009 r. Nie tylko nie grozi nam bankructwo, ale mamy wzrost gospodarczy, bezrobocie spadło do poziomu sprzed kryzysu. Bardzo wielu Amerykanów nie wie jednak, czy starczy im pieniędzy na wykształcenie dzieci, na spłacenie kredytu za dom, na koszty operacji medycznej. Często chwytają się kilku etatów, mogą z tygodnia na tydzień stracić pracę. I nie chcą dłużej żyć w takim świecie.

Drugim problem są stosunki rasowe. Gdy Obama został wybrany na prezydenta, wydawało się, że skoro Afroamerykanin doszedł do najwyższego stanowiska w państwie, wchodzimy w epokę społeczeństwa postrasistowskiego. Ale to zawsze była iluzja, o czym świadczą choćby brutalne starcia policji z czarnymi.

I wreszcie jest problem imigracji. Od 1965 r. Ameryka stawia czoła wielkiej fali przyjezdnych, przede wszystkim z krajów latynoskich i azjatyckich. To zmienia wygląd naszych miast i przedmieść. Ale przecież są części kraju, które żyją jak dawniej we wspólnotach białych i tam podnosi się bunt.

To wszystko znakomicie wykorzystuje Trump, mówiąc o konieczności budowy muru i deportacji 11 milionów nielegalnych imigrantów. Nowy prezydent będzie musiał zmierzyć się z każdym z tych problemów, jeśli chce rozładować ogromny potencjał frustracji w amerykańskim społeczeństwie.

Osiem lat temu prezydentem został pierwszy Afroamerykanin, teraz może nim zostać pierwsza kobieta. Czy tak szybkie zmiany społeczne nie sprowokowały populistycznej reakcji?

Nie przypuszczam, choć pewnie dla niektórych kandydatura Hillary Clinton jest dodatkowym powodem, aby stanąć po stronie Trumpa. Ale to może obrócić się przeciwko republikanom, w szczególności, jeśli kobiety z klasy średniej, z zamożnych przedmieść, rzeczywiście będą masowo głosować na Clinton w reakcji na to, co Donald Trump mówił o kobietach. Tę przepaść w preferencjach wyborczych w zależności od płci trudno będzie republikanom zasypać.

Brak stabilności klasy średniej to według pana najważniejszy czynnik, który wypromował Trumpa. Tylko że Ameryka przechodziła już przez podobne zapaści ekonomiczne. A jednak w latach 30. XX wieku wybory wygrał Herbert Hoover, a potem Franklin D. Roosevelt. Ani republikanie, ani demokraci nie stracili w prawyborach kontroli nad tym, kto ma być kandydatem, populizm nie uwiódł Ameryki.

Historycy jeszcze długo będą się zastanawiali nie tyle nad Trumpem i jego osobowością, ile nad głębokimi zmianami społecznymi, które umożliwiły jego spektakularną karierę. Chcę zwrócić uwagę na jeden czynnik: media. W historii USA byli już prezydenci, którzy znakomicie potrafili się nimi posługiwać. Roosevelt poprzez radiowe pogadanki przy kominku bezpośrednio komunikował się z narodem, aby wytłumaczyć trudny proces wychodzenia kraju z wielkiego kryzysu. Media znakomicie wyczuwał też Jimmy Carter, no i oczywiście Ronald Reagan. Ale dziś żyjemy w innych czasach. Dzięki internetowi każdy jest uczestnikiem rynku medialnego. Rola tradycyjnych redakcji zmalała, w dodatku ze względów finansowych musiały one radykalnie ograniczyć kontrolę wydawców nad wiarygodnością treści. Trump, posługując się głównie Twitterem, znakomicie to wykorzystuje. Jego zarzut, że Barack Obama nie urodził się w USA, choć nieprawdziwy, właśnie dlatego tak długo nie był kontrowany i mógł się przebić do części elektoratu. To zjawisko jest tym poważniejsze, że media są w Ameryce spolaryzowane jak nigdy. Czytelnik czy widz odwiedza te portale czy ogląda te kanały telewizyjne, które propagują jego własne idee. To tak, jakby żyć we własnym świecie, do którego nie docierają sygnały z innych światów. Przypomina to makkartyzm z pierwszej połowy lat 50. XX wieku, kiedy powtarzano bezpodstawne zarzuty o tym, że komuniści znajdują się w amerykańskim rządzie.

Jeśli Hillary Clinton odniesie sukces, to w ogromnym stopniu głosami Latynosów i Afroamerykanów. Czy w dzisiejszej Ameryce, w której biali stanowią już mniej niż 2/3 społeczeństwa, można jeszcze wygrać wybory wbrew mniejszościom etnicznym?

Można, ale jest to coraz trudniejsze. Aby tak się stało, frekwencja wśród Latynosów i Afroamerykanów musi być niska. Właśnie dlatego prezydent Obama tak usilnie nawołuje do głosowania. Bo jeśli czarni i Latynosi masowo pójdą do urn, to niewielka przewaga, jaką republikanie mają wśród białych mężczyzn, okaże się niewystarczająca dla zdobycia Białego Domu. Strategia frontalnego ataku na mniejszości narodowe, jaką wybrał Trump, na dłuższą metę jest dla republikanów zabójcza.

Clinton – jeśli zwycięży – to bardzo niewielką przewagą głosów. Będzie silnym prezydentem?

Od samego początku stanie w obliczu bezwzględnej opozycji Kongresu i to nawet, jeśli demokraci odzyskaliby większość w Senacie, bo takiej większości nie będą mieli w Izbie Reprezentantów. Przy okazji wyborów prezydenckich za mało uwagi zwraca się na wybory do Kongresu, bez poparcia którego głowa państwa, szczególnie w polityce wewnętrznej, może niewiele. Obama zderzył się z tym już w 2009 r., kiedy próbował wylansować plan stymulacji gospodarki. Ale od tego czasu sytuacja tylko się pogarszała, bo w Partii Republikańskiej umacniało się radykalne skrzydło, wywodzące się z Tea Party – tzw. Freedom Caucus. To kolejny skutek kryzysu gospodarczego, polaryzacji dochodów w amerykańskim społeczeństwie. Można to porównać do lat 50. i 60. XX wieku, gdy stosunek do praw obywatelskich dla Afroamerykanów podzielił demokratów z południa i północy USA. Dziś równie głębokiemu podziałowi muszą stawić czoła republikanie. Wstrząsy w amerykańskiej polityce są tak głębokie, że nawet Wall Street w coraz większym stopniu wiąże się z demokratami, nie republikanami. Ale wszystko to powoduje, że republikańska opozycja jest coraz bardziej radykalna. Spór o obsadę Sądu Najwyższego jeszcze za kadencji Obamy pokazał, że jeśli Clinton wygra wybory, nie będzie mogła liczyć na żaden kompromis ze strony Kongresu.

Skoro prezydent jest tak ograniczony przez Kongres, to może nie powinniśmy się obawiać zwycięstwa Trumpa, bo i tak będzie miał związane ręce?

Pozostają uprawnienia wykonawcze. A one nie są małe, w szczególności w polityce zagranicznej...

A co w razie zwycięstwa Clinton pozostanie z wielkiego ruchu socjalnego, jaki wylansował Bernie Sanders?

On zmobilizował przede wszystkim młodych ludzi, tzw. milenialsów. Znam ich, bo to moi studenci. Zachowują wielki dystans wobec świata, żeby nie powiedzieć cynizm. Gdy kandydatura Sandersa upadła, zmalała też ich mobilizacja. Bardzo trudno powiedzieć, czy ich zaangażowanie w politykę znów wróci.

Sukces Trumpa, utrata kontroli aparatu partii republikańskiej nad prawyborami, blokada prezydenta przez Kongres, wątpliwości co do uczciwości Clinton... Czy to nie sygnał, że amerykański system polityczny wymaga głębokich zmian?

Amerykanów szczególnie irytuje rola wielkiego pieniądza w polityce, co jest też skutkiem kryzysu. Ale struktura dwóch głównych partii politycznych pozostaje bardzo mocna, nie sądzę też, aby system głosów elektorskich został zmieniony. Mimo wszystkich kłopotów zdolność amerykańskiej demokracji do odrzucania politycznego ekstremizmu wciąż działa.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA