Rodzina

Marek Michalak: Premier nie chce podjąć walki z przemocą

Marek Michalak
materiały prasowe
Rzecznik nie ma inicjatywy ustawodawczej, ja jednak wolałem przekazywać gotowe projekty, bo zauważyłem, że samo wskazanie problemu niewiele daje – przekonuje w rozmowie z Joanną Ćwiek ustępujący rzecznik praw dziecka, Marek Michalak.

Rz: Wszystko wskazywało na to, że doczekał się pan wreszcie następcy. Jednak senatorowie nie poparli kandydatury rekomendowanej przez PiS Agnieszki Dudzińskiej.

Marek Michalak, rzecznik praw dziecka od 2008 r.: To niepokojące, że obecny, obarczony nacechowaniem politycznym, sposób wyłaniania kandydata nie doprowadził do powołania nowego rzecznika. Dlatego apeluję do marszałków Sejmu i Senatu, by wyłanianie kandydata na rzecznika praw dziecka dokonywane było wspólnie, przy akceptacji wszystkich środowisk parlamentarnych i jedynie na podstawie merytorycznych przesłanek.

Czytaj także: Przemoc domowa: miesiąc w domu dziecka przez niesłuszne oskarżenie rodziców

Sytuacja z wyborem nowego rzecznika nie była jednak komfortowa. Pana kadencja skończyła się w lipcu, a nowego wybrano dopiero teraz.

Słyszałem dowcip, że w Polsce łatwiej obsadzić Trybunał Konstytucyjny niż urząd rzecznika praw dziecka. Musiałem odsunąć swoje plany. Wkrótce uruchomię instytut zajmujący się monitorowaniem ochrony praw dziecka w Polsce.

Czy to oznacza, że jest w Polsce pod tym względem bardzo źle?

Dzieci dźwigają pomysły świata dorosłych. Weźmy chociażby pod uwagę reformę systemu edukacji. Przez ostatni rok do Biura Rzecznika przyszła ogromna liczba listów od dzieci i ich rodziców. Były dramatyczne, bo ile te dzieci mogą wytrzymać? Przeładowana podstawa programowa powoduje, że nauka szkolna wypełnia im niemal 100 proc. czasu. Nie mają czasu na odpoczynek, na własne zainteresowania, dla rodziny. Przecież młody człowiek, idąc dalej w życie, musi wytyczyć sobie jakieś cele. Jak ma to zrobić? Tę dramatyczną sytuację potwierdzają przeprowadzone na moje zlecenie badania uczniów klas VII. Pokazują, że na lekcjach omawia się zaledwie 60 proc. programu. A potem przecież jest egzamin. Matematyk i polonista wiedzą, że jego wynik zdecyduje nie tylko o przyszłości ucznia, ale także o ich ocenie. Zmuszają więc dzieci, by reszty nauczyły się w domu.

Czy szefowa MEN Anna Zalewska rozmawiała z panem o wynikach tych badań?

Nie. Usłyszałem tylko w mediach, co zostało potwierdzone w odpowiedzi na moje wystąpienie, że zarzuca naszym badaniom przyjęcie niewłaściwej metodologii. I nie miało znaczenia, że przebadaliśmy kilka tysięcy osób, po cztery szkoły z każdego województwa. Minister Zalewska powtarza cały czas, że reforma się udała.

Wkrótce problem się powiększy, bo o przyjęcie do szkół średnich będą się ubiegali zarówno absolwenci gimnazjów, jak i podstawówek.

Możemy tu mieć do czynienia z naruszeniem Konstytucji RP, bo grupie dzieci odbiera się możliwość równego startu. Nie każde dziecko zechce z braku innych możliwości iść do szkoły branżowej. Państwo próbuje narzucić swoje koncepcje, nie biorąc pod uwagę tego, że młody człowiek ma prawo układać sobie życie po swojemu.

Trzeba jednak zauważyć, że w ostatnich latach nastąpiła znaczna poprawa w przestrzeganiu praw dziecka.

Od 2010 r. mamy w polskim prawie jednoznaczny zakaz stosowania kar cielesnych. To gigantyczny skok w myśleniu Polaków w ciągu ostatniej dekady. Statystyki pokazują, że przyzwolenie na przemoc wobec najmłodszych zmniejszyło się o 35 proc. Osiem lat temu było to 78 proc., obecnie jest 47 proc. Choć oczywiście wciąż źle, że niemal połowa Polaków nie widzi niczego złego w biciu dzieci.

Czy te regulacje zmieniły coś w podejściu do dzieci w Polsce?

Na pewno rozpoczęły wiele kampanii edukacyjnych przeciwko przemocy. Dzięki temu po latach udało się wprowadzić w życie kolejny pomysł rzecznika praw dziecka, czyli przepis w kodeksie karnym mówiący, że nie można odwracać głowy, kiedy dziecku dzieje się krzywda. Każdy z nas jest teraz prawnie zobowiązany do reakcji. Udało się też doprowadzić do podwyższenia kar za przestępstwa popełnione na dzieciach. To skandal, że do niedawna zbrodnia na nich była karana tak samo jak włamanie i kradzież telewizora. Wiele razy pytano mnie w listach, dlaczego ktoś za tak straszne przestępstwo poniósł minimalną karę. Ale paragrafy to jedno, a życie – drugie. Sama zmiana prawa nie zmieni rzeczywistości. Za tym muszą iść działania edukacyjne i profilaktyczne.

Ma pan na myśli jakieś konkretne działania?

Tak, prosiłem premiera, by podjąć pracę nad stworzeniem ogólnokrajowej, narodowej strategii na rzecz walki z przemocą wobec dzieci. W Polsce często niektóre działania są dublowane, a inne w ogóle niepodejmowane. Rozpoczęcie prac nad strategią zmusiłoby przedstawicieli poszczególnych resortów, by wspólnie pochylili się nad problemem przemocy wobec dzieci i skoordynowali działania. Premier jednak nie był tym zainteresowany.

Część środowisk uważa, że walka z tzw. klapsami to nadmierne ingerowanie w sprawy rodziny.

Dziecko zawsze jest słabsze, a przyzwoitość nakazuje chronić słabszych. Nie ma niczego dziwnego w tym, że ktoś upomina się o dzieci, tak samo jak upomina się o osoby niepełnosprawne, starsze czy wszystkich tych, którzy mają trudniejszą pozycję w społeczeństwie.

Mówiąc o osobach niepełnosprawnych, trzeba przypomnieć rozporządzenie ministra edukacji narodowej. Jego nieprecyzyjne zapisy stwarzają zagrożenie, że dzieci z niepełno- sprawnościami będą się uczyły w domu.

Większość osób zatrzymała się na pierwszym pomyśle ministerstwa i on był rzeczywiście fatalny. Jednym rozporządzeniem dzieci niepełnosprawne miały być wykluczone ze szkoły. Złożyłem negatywną opinię w tej sprawie. Eksperci moi i pani minister spotkali się i uzgadniali dalsze działania. W efekcie powstały trzy rozporządzenia – dwa z nich istotnie regulujące kwestię kształcenia dzieci z niepełnosprawnościami. Jedno dotyczy typowo nauczania indywidualnego, stosowanego, gdy np. dziecko po wypadku z urazem kręgosłupa nie może chodzić do szkoły. Drugie rozporządzenie reguluje nauczanie dzieci np. z autyzmem czy aspergerem, którym trzeba umożliwić naukę na terenie szkoły. Podczas prac udało się także zmienić sposób podejmowania decyzji o kształceniu indywidualnym. Pomysłem MEN było, by decydował o tym dyrektor szkoły. Udało się jednak wprowadzić zapis, by decyzję w tej sprawie podejmowała poradnia pedagogiczno-psychologiczna.

Niedawno wystąpił pan z pomysłem, by specjalną opieką prawną otoczyć także nienarodzone dzieci, których matki nadużywają alkoholu. Czy coś się w tej sprawie dzieje?

Ten pomysł stał się częścią nowego projektu kodeksu rodzinnego, który przekazałem m.in. prezydentowi, premierowi oraz parlamentarzystom. Rzecznik nie ma prawa inicjatywy ustawodawczej. Ja jednak od kilku lat przekazywałem gotowe projekty, bo zauważyłem, że samo wskazanie problemu niewiele daje. Dlatego właśnie powołałem społeczną komisję kodyfikacyjną, która przez sześć lat pracy przygotowała pełny projekt nowego kodeksu rodzinnego. Wiem, że w Kancelarii Prezydenta potraktowano go poważnie – trwają prace nad nim i są przygotowywane ekspertyzy.

Kodeks oceniono jako wywrotowy. Szczególnie jeśli chodzi o zastąpienie władzy rodzicielskiej odpowiedzialnością rodzicielską.

Moim zdaniem kodeks poprzez właściwe uregulowanie relacji wzmacnia rodzinę. Młody człowiek musi być otoczony maksymalnym wsparciem i państwo powinno mu je zabezpieczyć. Propozycja zmiany w nazewnictwie pokazuje, jakie relacje są właściwe, i jestem przekonany, że odpowiedzialność jest lepszym pojęciem od władzy.

Z drugiej strony nie można wszystkiego podporządkowywać dziecku, bo rodzice też mają swoje prawa – nie tylko obowiązki.

Dlatego też po wielu dyskusjach zdecydowaliśmy się złagodzić np. przepisy o ochronie matki i dziecka przed alkoholizmem – w projekcie nie ma teraz leczenia przymusowego, tylko możliwość skierowania na nie. Postawiliśmy na szerszą edukację i pomoc asystentów rodziny. Nie chcemy rozwiązań, które chroniąc jednego człowieka, w jakikolwiek sposób mogą naruszać prawa drugiego.

Jakie inne zmiany w tym projekcie uważa pan za istotne?

Przede wszystkim po raz pierwszy zdefiniowano pojęcie dobra dziecka. Mówimy o nim m.in. przy okazji ustalania pieczy podczas rozwodu rodziców. Tu też wprowadzamy pojęcie pieczy konsensualnej, gdy opieka nad dzieckiem jest wypracowana przez samych rodziców, a następnie zatwierdzona przez sąd. Mówimy też o pieczy równoważnej – ustalanej przez sąd i zgodnej z dobrem dziecka, uwzględniającej jego zdanie oraz prawo do wychowania przez oboje rodziców. Dziś mówimy o opiece naprzemiennej, rozumianej jako tydzień u taty, tydzień u mamy. Chcę przypomnieć, że dziecko to nie worek ziemniaków. Nie można go tak przestawiać z mieszkania do mieszkania. Ja opiekę równoważną rozumiem tak, że dziecko maksymalnie dużo czasu spędza i z mamą, i z tatą, ale bardziej zależy mi na jakości niż ilości kontaktów.

Podczas rozwodu trudniej jednak się tym czasem podzielić.

Dlatego w kodeksie wprowadzamy także instytucję adwokata dla dziecka, który w razie konfliktu reprezentuje jego interesy w czasie rozwodu, ale także zadba o sprawy majątkowe, gdy np. rodzice zginą w wypadku.

Czasami rodzice żyją, a nie dbają o sprawy finansowe dzieci. Ściągalność alimentów wciąż jest w Polsce na bardzo niskim poziomie.

To jeden z największych problemów. Razem z rzecznikiem praw obywatelskich powołaliśmy zespół, który opracował propozycje rozwiązań prawnych. Część znalazła już swoje odzwierciedlenie w przepisach, np. zlikwidowano zapis o „uporczywym uchylaniu się od alimentów". W Polsce problemem jest jednak przyzwolenie na niepłacenie alimentów. Musimy mówić otwarcie, że to po prostu okradanie własnych dzieci. Takie działania powinny być społecznie piętnowane.

Sejm pracuje nad obywatelskim projektem ustawy zakładającym dobrowolność szczepień. Pan jest wobec niego sceptyczny?

Tak, bo uważam, że większe i poważniejsze jest ryzyko zachorowania niż powikłań poszczepiennych. Ale są dzieci, które z powodów zdrowotnych nie mogą być szczepione, więc zaszczepienie innych rozciąga nad nimi parasol ochronny. Tutaj ocena należy do lekarza. Państwo musi brać odpowiedzialności za swoich obywateli. Jeśli rodzice nie są odpowiedzialni, są metody, by ich zdyscyplinować.

A nie sądzi pan, że stawianie policjanta pod salą z noworodkiem, by rodzice nie uciekli przed szczepieniami ze szpitala, to przesada?

Oczywiście. Dyskusja nie powinna dotyczyć dobrowolności szczepień, tylko tego, kiedy szczepić i jak. Trzeba zacząć rozmawiać np. o kalendarzu szczepień. Tyle że niekoniecznie trzeba toczyć rozmowy z polityką w tle. Tak samo jak w sprawie uchodźców.

A jak ocenia pan spot wyborczy pokazujący, że przyjmowanie uchodźców niesie ze sobą zagrożenie bezpieczeństwa?

Wciąganie w politykę ludzi, którym grozi śmierć, jest ohydne i niedopuszczalne. Byłem niedawno w Aleppo, przywiozłem dzienniczki uczniów ze zbombardowanej szkoły. Te dzieci są już na cmentarzu, zostały po nich tylko te zeszyciki. Jak się siedzi w ciepełku i ptasiego mleka tylko brakuje, to ciężko zrozumieć człowieka, który ucieka śmierci. Będziemy się wstydzić tych czasów. Powtórzę za Ireną Sendlerową, patronką 2018 r.: świat się niczego nie nauczył po drugiej wojnie światowej, a niereagowanie jest przyzwoleniem.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL